Gorące tematy: Iran i Irak vs USA Ryszard Opara: „AMEN” Fotowoltaika Dyżury administratorów RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
111 postów 26903 komentarze

Kula Lis

kula Lis 69 - Zagorzały Antybolszewik herbu Jastrzębiec

GRABARZE POLSKIEJ NADZIEI 1980-2005

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Tak naprawdę, to przygotowania do rozbiórki Sowietów rozpoczęły się już u progu lat 60. i nie w samym ZSRR. Kongres USA w 1959 roku przyjął dalekosiężny plan rozbicia Sowłagru na 22 państwa.

                                                                                                                                                                                                                                                                                                             Rola  śmiertelnych korników przypadła żydomasońskiej agenturze wewnątrz  ZSRR, usytuowanej w resortach siłowych i na szczytach KPZR. W początkach lat 60. na Uniwersytecie Kolumbia rozpoczynali swoją karierę żydowscy prekursorzy „pierestrojki”  A. Jakowlew i O. Kaługin, wysokiej rangi funkcjonariusz NKWD, a pytanie o to,  jak oni się tam dostali, jak wyjechali za żelazną kurtynę, jest z  gatunku pytań o swobodne wojaże „naszych” prekursorów, takich  jak Michnik, Geremek, Blumsztajn, J. T. Gross  i dziesiątki innych KOR-ników. Jakowlew i Kaługin należeli do kadrowych funkcjonariuszy KGB, co ujawnił w 1993 roku przedstawiciel KGB  W. Kriuczkow’. W  połowie l at 60. Jakowlew w „Litieraturnoj Gazietie”  otwarcie  krytykował  „nacjonalizm” rosyjski, występował antyrosyjsko i jakoś przechodziło mu to bezkarnie. Jakowlew  swobodnie  podróżował  do  Kanady, gdzie wchodził w nieformalne układy z wpływowymi przedstawicielami tamtejszej masonerii, na czele z premierem Kanady Pierre Trudeau. W połowie lat 60.-70. we władzach centralnych KPZR uformowała się grupa agentów wpływu pochodzenia żydowskiego:  F. Burłaszkin, G. Szachnazarow, G. Gierasimow, Arbatow i Bowin. Czołową postacią był w tej grupie Arbatow. Urodzony  w  1923 roku, był  członkiem  KPZR  nieprzerwanie od  1943 do 1991 roku. W  latach 60. i 70. Arbatow był jednym z głównych zakulisowych rozgrywających  w  polityce  zagranicznej  ZSRR, m.in. jako dyrektor Instytutu USA i Kanady. Zajmował zdecydowanie proamerykańskie stanowisko, o czym wtedy nie wiedziały jeszcze (rzekomo), sowieckie służby wywiadowcze. Przyjacielem Ameryki stał się już w latach 70. Wtedy też ważnym tuzem żydomasońskiej agentury wpływu okazał się słynny A. Sacharow i jego żona H. Bonner. Wtedy też rozpoczynała się gra o globalną dominację międzynarodowego syjonizmu spod znaku  loży Bnai-Brith, Bilderberg Group i Komisji Trójstronnej, której współzałożycielem był „nasz” Zbigniew Brzeziński, zakulisowy promotor wyboru kard. K. Wojtyły na papieża. Inną międzynarodową atrapą  oligarchów  świata stał się słynny  Klub Rzymski. Jego członkiem był późniejszy „rosyjski” premier i miliarder „z niczego” J. Primakow (1972). Wtedy właśnie harwardzki historyk żydowskiego pochodzenia Ryszard Pipes opracował dla administracji prezydenta Reagana  strategiczny program erozji sowieckiego molocha za pomocą dywersji w takich dziedzinach, jak polityka międzynarodowa, kultura i ekonomia. Był to na razie program „wojny propagandowej” o powolny demontaż ZSRR.  (1. „Młoda Gwardia”,  1992, nr 10 s. 84.  Zob.: Oleg  Płatonow: „Rosja  pod  władzą  masonerii”, Moskwa  2000, s. 10. Passim)                                           
                                                                                                                                                                                                              Na gruncie polskim próbami siłowymi okazała się prowokacja z grudnia 1970 roku, zakończona masakrą stoczniowców Trójmiasta, potem w 1976 r. jednorazowa podwyżka cen żywości o 70 proc, której wynikiem stały się zamieszki w Radomiu i innych miastach. A jeszcze wcześniej tzw. „wydarzenia marcowe” 1968 w Warszawie oraz „praska wiosna”  w Czechosłowacji. Wszystkie te wydarzenia były koronkowo zorganizowanymi prowokacjami. Na przełomie lat 70. – 80. agentura wpływu usadowiona na szczytach KC KPZ R, KGB i GRU, w ekonomii i  polityce zagranicznej ma już zwarty program i funkcjonuje  sprawnie. Umyka to uwadze rzekomo wszechwiedzącym z KGB i GRU, ale to już dziwić nie może, zwłaszcza w kontekście kariery Andropowa, wkrótce Gorbaczowa.
1. Zob. rozdział: Jaruzelski wykańcza Gierka i gospodarkę.

„Zachód”, czyli głównie USA, wyasygnował na „proces demokratyzacji” ZSRR 90 miliardów dolarów. Te dolarowe dywizje szły głównie na wspieranie setek żydowskich agentów wpływu usadowionych we wszystkich dziedzinach życia Sowłagru, w tym na nowoczesny sprzęt wywiadowczy, na instrukcje, literaturę „drugiego (skąd my to znamy!) obiegu„. W trakcie, a  nawet już po pierestrojce, świat  dziwił się tej  „nagłej”  bezkrwawej,  pokojowej  transformacji, „demokratyzacji” ZSRR. Cudownej przemianie bestii w baranka. Arbatow , przy ścisłej współpracy Gorbaczowa i Jakowlewa, zajął czołową rolę w kierowaniu procesami „transformacji” ZSRR w masę upadłościową. Wokół Arbatowa skupili się inni czołowi agenci wpływu, tacy jak Koroticz, Afanasjew, Popów, Primakow. Zwłaszcza Primakow, wkrótce  „milioner z niczego”. Dziwnym trafem, byli to w całości tego składu rosyjscy żydzi, to jeszcze jeden, a tak naprawdę to jedyny cud sowieckiej „pierestrojki”. Dokładnie jak i u nas. „Nasza” pierestrojka to kalka tamtej. W tym kręgu głównym rozgrywającym stawał się żyd Gorbaczow. Charakterystyczne, że poza tym kręgiem pozornie pozostawał Andropow. Nie kojarzono go ze spiskowcami. Przeciwnie, jeszcze uchodził za twardogłowego stalinowca starej daty. Partyjny  aparat  KPZR, czołowi działacze  kultury i nauki, stanowili otoczkę, zewnętrzny pierścień tego rdzenia. W Polsce już mieliśmy za sobą rzekomo spontaniczną eksplozję „Solidarności”, umowę sierpniową, stan wojenny, nikomu jeszcze nieznane tajne rozmowy Kuronia i Wałęsy z SB w sprawie przejęcia władzy przez żydomasoński KOR, podczas gdy w ZSRR trwała gigantyczna praca agentury wpływu. W latach 1989-1992 odbyło się w ZSRR ponad 50 „naukowych konferencji” w czołowych  ośrodków ZSRR – w Moskwie, Rydze,  Leningradzie, Swierdłowsku, Woroneżu, Tallinie, Wilnie, Irkucku, Tomsku. W samej Moskwie odbyło się sześć takich instruktażowych konferencji. KGB i GRU nie reagowały. Straciły rewolucyjną czujność! Oficjalnie  wszyscy z mocą akcentowali, na czele z żydem Gorbaczowem, „przewodnią” rolę partii. Ukochane dziecko GRU, organizacja pod nazwą „Narodowy udział  w  demokracji” (przewodniczący A. Wajnsztejn), finansowała działalność  Instytutu Sacharowa, który propagował:
— 1984 r. – działalność na rzecz „praw człowieka” — 1986 r. – działalność „wolnych uniwersytetów” (skąd my to znamy!). W 1990 roku specjalny fundusz Kongresu USA finansuje działalność tzw. „Międzynarodowej parlamentarnej grupy Wierchownogo Sowieta SSSR”.‚
Konsoliduje się czołówka przyszłego reżimu pijaczyny Jelcyna, marionetki żydowskich oligarchów: Popow, Starowojtowa, Połtorianin, Muraszow, Stankiewicz, Gajdar, Boczarow, Jawlińskij, Bołdyriew, Łukin, Czubajs, Nyjkin, Szabad a także główni promotorzy wyboru Jelcyna na prezydenta: Urmanow,  Wiriutin,  Rzeźnikow,  Andrejewskaja,  Nazarow  oraz czołowi przedstawiciele prasy i telewizji. I znów, dziwnym trafem, wszyscy, dokładnie wszyscy tu wymienieni mieli pochodzenie „jerozolimskie”. Gorbaczow już jako gensek KPZR znał doskonale przebieg i programy szeroko zakrojonej „pierestrojki” ZSRR w wykonaniu tej piątej kolumny. Nie  sprzeciwiał  się  niczemu. Przeciwnie, dyskretnie  roztaczał nad tą robotą parasole ochronne. KGB go o tej kreciej robocie  informowało wielokrotnie, bowiem ta machina wciąż jeszcze „rabotała” rzekomo proradziecko. W 1990 roku meldował mu o tym  przedstawiciel  KGB  Kriuczkow, o czym pisała „Sowietskaja Rossija” w 1992 (21 X) i 1993 roku (29 V). Wydarzenia  toczyły  się już lawinowo. Do gry wchodzi Fundacja Sorosa i jego liczne agentury „pozarządowe”. Pilotują tę robotę tacy agenci wpływu jak J. Afanasjew redaktor naczelny pisma „Znamia” G. Bakłanow, ideolog pierestrojki Zasławskaja, sędzia Trybunału Konstytucyjnego Ametystów. W szóstym numerze pisma „Znamia” (1989) Soros już jawnie nawołuje do wal ki  z rosyjskim "nacjonalizmem", upatrując w nim wielkie niebezpieczeństwo dla światowych sił „demokracji”. I znów identycznie w Polsce: "nacjonalizm", "szowinizm", "ksenofobia" i, ma się rozumieć, "antysemityzm". Cała czołówka rosyjskiej „pierestrojki”, to żydomasoneria. Pierwsze związki i kontakty żydowskich liderów KPZR z masonerią zachodu, datują się na długo przed faktyczną pierestrojką, już w latach 60. i 70. Pierwszy kontakt z masonerią zachodu Gorbaczow nawiązał podczas prywatnego  urlopu we Włoszech, gdzie prężnie działały loże masońskie na czele ze słynną lożą „P-2″. Jakowlew wszedł w konspiracyjne związki z masonerią w Kanadzie.  Spotykał się tam z masonem Pierre Trudeau, premierem Kanady. Pierwsze wzmianki o masońskiej inicjacji  Gorbaczowa pojawiły się w 1988 roku  w  niemieckiej prasie i w „Nowym rosyjskim słowie” z 4 października 1989 roku. Tam właśnie ukazały się zdjęcia Grobaczowa z prezydentem G. Bushem (seniorem), przekazującymi wolnomularskim „braciom” masońskie gesty nie znane „profanom”.  (1. Sowietskaja Rossija, 26 października 1992.) Do  światowej  masonerii Gorbaczow dołączył po wstąpieniu  do Komisji Trójstronnej z inicjatywy agenta Mossadu G. Sorosa. To  Soros  finansował  rosyjsko-amerykański fundusz pod nazwą „Inicjatywa kulturalna”. Bardzo kulturalna, jak wynikało z jej rezultatów. Wśród  funkcjonariuszy i  beneficjentów Funduszu Sorosa znaleźli się  m.in. tacy wpływowi rusofobi, jak wspomniany Afanasjew, Makarow i Ametystow. Gorbaczow  stał  się  członkiem  Komisji Trójstronnej w 1989 roku, ale główny, wręcz historyczny w skutkach sabat światowej masonerii odbył się w Moskwie pod wodzą Dawida Rockefellera i członka loży Bnai-Brith Henry Kissingera2 , światowej rangi żydomasona Valery’ego d’Esteinga Giscarda oraz Nakasone. Ze strony rosyjskojęzycznej żydomasonerii, oprócz Gorbaczowa, w tym masońskim zlocie wzięli udział Jakowlew, Szewardnadze, Arbatow, Primakow, Miedwiediew i inni. W  rezultacie  tajnego porozumienia, zostały wtedy opracowane dalekosiężne plany  dekompozycji  ZSRR, długo jeszcze nieznane nawet liczącym się politykom i obserwatorom sceny politycznej w ZSRR. Nie rozumieli  oni  tajnej istoty historycznego spotkania Gorbaczowa na Malcie, bastionie  światowej loży "Kawalerów  Maltańskich" 3 z amerykańskim prezydentem. Malta stała się miejscem kluczowych ustaleń, które doprowadziły do demontażu Związku Sowieckiego i rzekomo spontanicznych przewrotów w krajach "demoludów" sowieckich. Dodajmy, że Gorbaczow, Jakowlew, Szewardnadze (były szef KGB), Miedwiediew i Primakow, to członkowie Politbiura KPZR, od których wychodziły wszystkie najważniejsze decyzje polityczne Sowłagru. Dodajmy także, że chronologicznie pierwszą strukturą masońską powołaną w ZSRR była loża żydowska Bnai-Brith. W 1989 roku „L’Arche” żydomasoński periodyk wychodzący w Paryżu napisał, że w Moskwie w  dniach 23-29 października 1989 roku gościła delegacja francuskiego  dystryktu tej światowej loży żydowskiej Bnai-Brith, w składzie 21 przedstawicieli, na czele z prezydentem dystryktu M. Aronem. W skład powołanego wtedy rosyjskiego dystryktu Bnai-Brith  weszło  63 rosyjskich wpływowych żydów, faktycznych twórców „rosyjskiej” pierestrojki!

1. Z powodu powiązań z Mossadem, Soros został wydalony z Węgier, skąd pochodził, a także z Rumunii i Czechosłowacji. Zob. O. Płatonow, op. cit., s. 23.

2. Jesienią 2006 roku – żyd-syjonista i mason (dod. red. polonica.net)- Kis singer  został  nieformalnym  doradcą  papieża  Benedykta  XVI  do  spraw międzynarodowych.

3. Czołowymi masonami z loży Kawalerów Maltańskich są: Jelcyn, Gorbaczow,  Bierezowski,  Jakowlew,  Abramowicz,  Szewardnadcze,  Lisowskij i Borodin. W tym samym czasie powołali przedstawicielstwa (filie) Bnai-Brith w Wilnie i Rydze, a w późniejszym czasie  w  Petersburgu, Kijowie, Odessie, Niżnym Nowogrodzie i Nowosybirsku’. Najważniejsi  członkowie  rosyjskojęzycznej  loży  Bnai-Brith, poza Gorbaczowem to: miliarder z niczego Gusińskij, Łużkow, Smoleńskij, Szajewicz, Chodorkowski  (odsiaduje  ośmioletni wyrok  za  miliardowe  grabieże podatkowych należności za ropę i gaz), Fridman, Awien i Hajt. Tę  ekskluzywną sitwę światowej rangi żydomasonów z Bnai-Brith uzupełnią potem następni giganci Bnai-Brith i  innych rytów: Czernomyrdin, Gajdar, Czubajs, Jawlinskij, Niemców, późniejszy  premier Kirijenko, Hakamada i Fiedorow. Wymieńmy jeszcze „rosyjskich przyjaciół” Wielkiego Wschodu Francji. Są to: Łużkow, Primakow, Karaganow, Lebied (zginął w „wypadku” helikoptera ). Członkami „Wielkiego Turana” (masonerii islamskiej) są: Szaimujew, Auszew i znani przywódcy czeczeńscy Maschadow i Basajew. Takie to były kulisy, tacy to byli twórcy „rosyjskiej” pierestrojki, pod którą podwaliny  położył żyd Andropow i kontynuował jego  protegowany żyd Gorbaczow. Nasze rozważania o „cudzie” bezkrwawej pierestrojki zakończymy  rolą  Jana Pawła II w tej międzynarodowej operacji „zwijania” Sowłagru. W książce Nowotwory Watykanu wykazaliśmy, że promotorem tej nominacji było światowe żydostwo ze wspomnianych dykasterii masońskich, na czele ze Zbigniewem Brzezińskim, H. Kissingerem, D. Rockefellerem, przy  współudziale kilku watykańskich kardynałów żydowskiego pochodzenia. Kardynał Karol Wojtyła odbył  promocyjne, nieoficjalne podróże do USA i Kanady, podejmowany m.in. przez masona Trudeau. W tym czasie ministrem do spraw  wielokulturowości  był  w rządzie Trudeau polskojęzyczny "szlachcic jerozolimski" senator Stanly Haidasz. Odbywał on spotkania z kard. Karolem Wojtyłą także w prywatnym gronie kanadyjskich żydów. Jedno z takich spotkań dokumentujemy fotografią nigdzie dotąd nie publikowaną.  (patrz poniżej – red. polonica.net)                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                          Po wyborze kard. K. Wojtyły, senator Haidasz i Zbigniew Brzeziński byli pierwszymi gośćmi nowego papieża Jana Pawła II.
1. Zwróćmy uwagę na zbieżność  czasową tych  wydarzeń  z  „polskim”  Okrągłym Stołem  z  lutego 1989 roku. Senator Haidasz  to Wielki Mistrz Zakonu Maltańskiego Szpitalników, wyjątkowo wpływowej w Kościele Katolickim  loży masońskiej udającej szlachetne cele humanitarne i charytatywne, jak zresztą każda loża masońska. Na wniosek senatora Haidasza, Senat Kanady wysłał gratulacje Janowi Pawłowi II z okazji jego wyboru na papieża. Ówczesny sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej, wybitny mason watykański kard. J. Villot1 przysłał senatorowi Haidaszowi podziękowanie za tę inicjatywę. Historia XX wieku wciąż bezskutecznie czeka na definitywne ustalenie  zleceniodawców zamachu na Jana Pawła II 13 maja 1981 roku. Papież sam stwierdził, że Agca był tylko wykonawcą zlecenia. Kim więc byli zleceniodawcy? Czy służby specjalne Andropowa? On sam? Jeżeli tak, to kłóci się ten zamach z rolą Andropowa jako zakulisowego wodza „rosyjskiej” pierestrojki. Czyżby  więc  był ten zamach rezultatem niesubordynacji KGB wobec wodza?  Wszak Jan Paweł II spełniał kluczową rolę w tajnych działaniach na rzecz de montażu Sowłagru. Po cóż więc zamach na zwolennika pierestrojki? Same pytania i ani jednej przekonującej odpowiedzi 2. Tak oto Gorbaczow „pierestrojkowicz” z nadania Andropowa całkowicie zapanował na Kremlu i mógł przystąpić etapami do rozbiórki Sowłagru, a tym samym do odpadania demoludów od „matiuszki” . Odbywać się to musiało w miarę bezkolizyjnie. Efektem tego było w Polsce zamrożenie na całe 8-9 lat „demokratyzacji”, dzięki stanowi wojennemu, a przedtem metodycznemu wyrzucaniu z „Solidarności” jej prawdziwych przywódców  i założycieli, przez żydowskich sprzymierzeńców Zachodu i Gorbaczowa, na czele z „bandą czterech” czyli Michnikiem, Kuroniem, Mazowieckim i Geremkiem. Szło im jak po sznurku, od Moskwy po Berlin Wschodni, bo mieli w cuglach Wałęsę. Dopiero po takim „wstępie” wyjaśnia się,  dlaczego na stanowisko rzekomo głównego rozgrywającego w  „Solidarności” desygnowano Wałęsę, oscylatora pomiędzy Bezpieką a  „Solidarnością”, który niszczył i wyrzucał ze Związku radykalniejszych „gojów”, bo przeszkadzali w „pokojowej transformacji” Polski i całego bloku, bo myśleli i działali w kategoriach dobra robotników, Polski, a tamci w kategoriach żydolewackiego internacjonału. Jednocześnie otrzymujemy pośrednią odpowiedź na dotąd nie rozstrzygnięte pytanie: czy Jaruzelski i Kiszczak musieli wprowadzić stan wojenny?
                                                                                                                                                                       1. Posądzany o otrucie papieża Jana Pawła I.

2. Szerzej i więcej na te fascynujące pytania – w książce autora ” Rosja we krwi i nafcie, która się ukaże latem 2007. I na drugie pytanie: czy Sowieci weszliby do Polski, gdyby Jaruzelski odmówił „towarzyszom radzieckim” wprowadzenia stanu wojennego? Przesłanki wyłożone w tym rozdziale wskazują na to, że: Jaruzelski  musiał wprowadzić stan wojenny. W  przeciwnym  razie  jego los byłby nie do pozazdroszczenia. Musiał  wprowadzić  stan wojenny również dlatego, że nigdy w całej swojej karierze, w żadnej sprawie, nawet nieskończenie mniej ważnej niż stan wojenny, nie powiedział swym kremlowskim mocodawcom: „NIET!” Gdyby  nawet  odmówił,  to  Sowieci i tak by nie weszli, czego gwarantem był sam Andropow i totalnie zażydzone struktury KGB, przygotowane przez Andropowa do  historycznej rozbiórki Sowłagru decyzją światowego syjonizmu, któremu w budowaniu wszechświatowego globalizmu w miejsce wszechświatowego komunizmu, już od dawna przeszkadzał skostniały stalinowski aparat partyjnych mamutów z czasów rewolucji żydobolszewickiej 1917 roku. Niewprowadzenie stanu wojennego  spowodowałoby niekontrolowaną erozję władzy sowieckiej w Polsce metodą strajków, interwencji ZOMO, ogólnego chaosu, ale bez siłowej kontrrewolucji. Zmierzalibyśmy do tego samego finału jak po stanie wojennym do Okrągłego Stołu. W latach 1980-1981 Jaruzelski stał się postacią w pewnym sensie tragiczną: gdyby odmówił, jego nie tylko kariera starego agenta NKWD, ale i jego życie byłoby realnie zagrożone. Towarzysze radzieccy wszak umieli te sprawy załatwiać bezszelestnie, a zdrada światowej ojczyzny proletariatu zwykle kończyła się strzałem w tył głowy lub spożyciem „ciastka z kremlem”. Generał Jaruzelski jak zwykle mijał się z prawdą wmawiając Polakom, że stan wojenny był  mniejszym złem niż wejście „Wani” i że Sowieci stawiali to wejście jako nieuniknioną alternatywę rezygnacji ze stanu wojennego. Z omówionych tu powodów Andropow i potem jego masoński następca Gorbaczow nigdy by się nie zdecydowali na rozpętanie w Polsce „drugich Węgier” z 1956 roku czy Czechosłowacji z 1968 roku. Czy  jednak  Jaruzelski,  Kiszczak i pozostali z esbeckowojskowej junty wiedzieli, co tak naprawdę dzieje się podskórnie w Sowłagrze? To mianowicie, że  zachodzą  tam zasadnicze przesunięcia sił na korzyść pełnej  dominacji KGB i władca imperium Andropow całkowicie wykluczył zbrojną  interwencję, bo to by  naruszyło dominację KGB i oddało władzę i dawną rangę armii, nadto zamroziłoby na czas nieokreślony od dawna zaplanowaną „pierestrojkę”? Na to pytanie nie otrzymamy odpowiedzi nawet  od samego Jaruzelskiego, bo krętactwo i kłamstwo stanowiło podstawowy rys jego osobowości. Można jednak pokusić się o założenie, że rządząca klika jednak nie rozumiała tej dalekosiężnej strategii i celu Kremla, jego głównego lokatora. Reżim sowiecki jeszcze za czasów „wczesnego” Gorbaczowa przynajmniej werbalnie kreował bowiem pozory kontynuacji stalinowskiego monolitu. Gorbaczow w  ówczesnych wystąpieniach posługiwał się twardą retoryką stalinizmu. Mówił o wiecznie żywym komunizmie, o nieuchronnej klęsce kapitalizmu. W tym samym tonie paplała „Prawda”. Jaruzelski  mógł  śledzić  dość czytelne personalne przegrupowania sił na korzyść KGB, czy jednak już wtedy trafnie rozpoznawał ich dalekosiężny cel, jakim był pokojowy demontaż  Sowłagru siłami zażydzonego, agenturalnego KGB i partii, będącej  już  tylko atrapą dawnej KPZR? Można w to wątpić, ale pewności brak. Propagandową retorykę swych kremlowskich mocodawców Jaruzelski zawsze przyjmował jako nieodwołalne prawdy. Utwierdzać go w tym mogła zwłaszcza retoryka Gorbaczowa. Jeszcze na dwa tygodnie przed XXVII  zjazdem  KPZR, w wywiadzie dla komunistycznego francuskiego „L’Humanite”, Gorbaczow stanowczo zapewniał, że w ZSRR nie istniał żaden stalinizm: Stalinizm to pojęcie wymyślone przez wrogów komunizmu, aby oczerniać  ZSRR i cały socjalizm 1. Te słowa padały pięć lat po wprowadzeniu stanu wojennego! Jeszcze bardziej betonowo przemawiali generałowie Andropowa i on sam aż do swojej śmierci  w 1984 roku. Tak więc Jaruzelski mógł wierzyć w tamten i późniejszy bełkot Andropowa i globalisty Gorbaczowa. Tym bardziej, że był to miód na jego serce, stalinowca oddanego komunizmowi na śmierć i zakłamane do końca życie. Przecież wszystko zależało, w tym jego życie, od trwałości i potęgi Wielkiego Brata. Gadając o niezniszczalności komunizmu, Gorbaczow w tym samym czasie czynił wiele na rzecz rozbiórki światowej ojczyzny proletariatu. Potwierdził to swoją  postawą już po pomyślnym zakończeniu swej misji, nagle zamieniając się w ideowego, fanatycznego piewcę globalizmu, wolności, „demokracji”, wolnego rynku, uniwersalnego masońskiego „Humanizmu” i New Age. (1. „Prawda”, 8 lutego 1986.) W „Newsweeku” z 19 września 1998 roku, kiedy już dawno opadły z niego maski werbalne, a ze Związku Sowieckiego żelazna kurtyna, Gorbaczow ogłosił swoje credo: Rozwój świata jest możliwy tylko przy poszukiwaniu konsensusu dla wspólnego budowania,  tak jak my (globaliści – H.P.)  kroczymy do Nowego Porządku Świata. To o czym mówimy, jest jednością w różnorodności 1. Gorbaczow otrzymał od rządu amerykańskiego, w podziękowaniu za pokojowe rozbicie Związku Sowieckiego ranczo po byłej bazie wojskowej w Presidio koło San Francisco w Kalifornii. Logo tego presidio jest  identyczne z masońskim logo tzw. Zjednoczonej Inicjatywy. Gorbaczow   został prezydentem Międzynarodowego Zielonego Krzyża (Green Cross International) globalistycznej organizacji Zielonych. Logo tego Międzynarodowego Zielonego Krzyża jest identyczne z logo organizacji pod nazwą United Religions Initiative...Ciekawe, że „humanistyczny” wspólnotowy żargon globalizmu zaczynał już opanowywać pozornie niereformowalny „późny” Breżniew, może dzięki temu, że jego żoną była żydówka rosyjska, a może działały nań fluidy Andropowa i jego niewidzialnych a nietykalnych protektorów zagranicznych i wewnętrznych. Breżniew jednak nie mógł być tak otwarty, jak wiele lat później Gorbaczow. Łączył jednak mantrę socjalizmu z czymś nowym: Sowieckie społeczeństwo jest urzeczywistnioną ideą proletariackiego i socjalistycznego humanizmu 2. Wiemy aż do bólu, co  oznaczał w praktyce ten proletariacki i socjalistyczny „humanizm”: dziesiątki milionów ofiar żydobolszewickiego terroru w Sowłagrze. Gdybyśmy się  wdali w lekturę przemówień generała Jaruzelskiego z tamtych czasów  aż po Rakowskiego: Sztandar Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej wyprowadzić, otrzymalibyśmy wielce pouczające podobieństwo do tamtych schematów oficjalnego żargonu naszych okupantów. Należał bowiem Jaruzelski do niereformowalnych twardogłowych, a jego sztywna sylwetka jakby na zawsze dopasowała się do gorsetu duchowego. Poszedł na konfrontację z narodem, godząc się nawet  z odstraszającą masakrą górników kopalni  „Wujek”, co  było zresztą całkowicie zbędne, nadto stało w jawnej sprzeczności z nawoływaniem do spokoju, rozwagi, jedności. Generał Kiszczak był jego twardogłowym alter ego. Masakra „Wujka” wynikała z ich bolszewickiej, agenturalnej do szpiku kości formacji duchowej: utopić we krwi, rozdeptać, rozjechać  gąsienicami czołgów jak na Węgrzech i w Czechosłowacji, choć  jednocześnie wiedzieli, że zwyczajna blokada kopalni „Wujek” w zupełności by wystarczyła do jej neutralizacji. Gdyby Jaruzelski był inny niż Kiszczak i jego armia zbirów z ZOMO, MO i SB, to zrobiłby wszystko, aby z wysokości swego stanowiska skutecznie powściągać „jastrzębi” i prowokatorów Kiszczaka i jego samego. Mord na księdzu Jerzym Popiełuszce był oczywistą prowokacją od nich niezależną, obliczoną  na wściekłość katolickiego narodu, na radykalizację nastrojów właśnie uciszanych przez konstruktywną opozycję „bandy czterech”: Kuronia, Michnika, Geremka i Mazowieckiego pod wodzą generała Kiszczaka. No właśnie: kto zatem stał za tym mordem? Gdyby stali Kiszczak z Jaruzelskim, byłaby to akcja samobójcza. Oni przecież wiedzieli, że nastrojów katolickiego narodu nie ucisza się mordowaniem kapłanów, jak w latach 1945-1955. Czy więc Grzegorz Piotrowski „szlachcic jerozolimski”  działał ponad głowami Jaruzelskiego i Kiszczaka, choć za wiedzą różnych Pietruszków i Płatków, dających Piotrowskiemu jedynie logistyczną osłonę? Na co mógł liczyć sowiecki potwór zlecając mord na popularnym kapłanie, jeżeli wiemy już, że zależało mu na łagodnej transformacji ZSRR i demoludów? Co więcej po śmierci Jana Pawła II prokuratura i sąd włoski, które prowadziły śledztwo i skazały Ali Agcę, zaczęły jawnie oskarżać KGB o zlecenie zamachu na papieża, podczas  gdy przez 20 lat ustalenia kończyły się na „bułgarskim śladzie”. Czy Andropow mógł skorzystać na tej śmierci? Z  pewnością tak, lecz ryzyko było straszliwe! Czymś innym był mord na księdzu Popiełuszce, dokonany w Polsce, co nieuchronnie wskazywało na domniemanych policyjno-esbeckich zleceniodawców. Breżniew  i potem Andropow jawnie przypisywali nominację kard. Wojtyły na papieża Zbigniewowi Brzezińskiemu i jego wpływom, o czym pisałem w książce Nowotwory Watykanu. Potwierdził to sam Brzeziński, w wywiadzie dla kanadyjskiego filmu biograficznego o Janie Pawle II. Papież powiedział do niego po konklawe: Ty mnie wybrałeś, więc musisz mnie odwiedzić. Po upływie ćwierćwiecza wiemy o tych dwóch zbrodniach niemal tyle samo co wtedy nadal nie znamy zleceniodawców. Znamy tylko „rękę i miecz”. Żydowskie przysłowie mówi: Nie sztuką jest rzucić w kogoś kamieniem, sztuką jest szybko schować rękę. Zleceniodawcy schowali ją z szybkością światła!

1. World progress is onlypossible trough a searchfor universal human as we moveforward to a new world order… What we are talking about… is unily in diwrsity.

2. Przekład z przekładu angielskiego Denissa Laurence Cudd’ego: Secular Humanizm... w „Christian World Report”, wrzesień 1989.
Ten sam Jaruzelski, który jeszcze w latach 70. patronował usuwaniu żydów z armii, w stanie wojennym i potem radykalnie przestawił azymuty na służalczość wobec nowych panów. Pod groźbą izolacji reżimu w kręgach politycznych i gospodarczych Zachodu, zaczął usłużnie  zabiegać o akceptację wpływowych kręgów żydowskich w Europie i na świecie. Występował jako przyjaciel żydów, który rozgromił pierwszą „Solidarność”, gdyż była „antysemicka”, „nacjonalistyczna”. Sprzyjała  kreowaniu takiego obrazu „otwartego” na  Zachód Jaruzelskiego jego  komitywa z Michnikiem. Starając się zyskać poparcie światowego lobby, Jaruzelski oskarżał Polaków o „antysemityzm”, co było szczególną  podłością tego zdrajcy i zaprzańca polskości. Są tego przynajmniej dwa nikczemne przykłady. Jeden z nich podaje osławiony Aleksander Smolar, zaciekły wróg polskości na łamach podziemnego „Aneksu” z 1986 roku (nr 41-42, s. 121)’. Potwierdzał takie przykłady żydowski publicysta z USA Michael Kaufman w książce „Mad dreams saving grace, Poland: A Nation in Conspiracy”, New York 1989, s. 17P. Kaufman  opisał  tam  zachowanie  Jaruzelskiego w czasie wizyty w Polsce prezesa Światowego Kongresu Żydów Edgara Bronfmana. Pisał, że rządowi oficjele wciąż powtarzali oskarżenia, że Solidarność wyrażała antysemickie poglądy i postawy. Tak oto sami światowej rangi żydzi syjoniści potwierdzali, że w zniszczeniu pierwszej „Solidarności” junta Jaruzelsko-Kiszczkowa sprzęgła swoje wysiłki z polskojęzycznymi żydami w walce z  „Solidarnością”, z jej twórcami, a nurt ten reprezentowała właśnie „banda czterech” Kuroń, Geremek, Mazowiecki, Michnik i cały KOR,  bastion późniejszej Unii Demokratycznej i Unii Wolności. Mając dookoła tylu wrogów w szeregach własnych, w wojsku, Bezpiece, w KOR i w zachodnim syjonizmie „Solidarność” musiało spotkać to, co ją spotkało rozbicie od wewnątrz, eliminacja jej twórców o narodowym, robotniczym rodowodzie. Ciąg dalszy, czyli skutki tej zmasowanej dywersji, sabotażu, pałek ZOMO i pałek propagandy medialnej polskojęzycznej i zachodniej już znamy. Zapamiętajmy więc Jaruzelskiemu ten jego zakłamany, koniunkturalny filosemityzm, jego marsz po trupie pierwszej „Solidarności” i po trupach wielu jej działaczy. Był do końca, przez całą swoją karierę agenta NKWD bezwzględny wobec słabych, śliski  jak glista wobec aktualnie silniejszych wobec  żydostwa sowieckiego i potem zachodniego. Z takimi można było wypić wiadra gorzałki, a potem nagle zobaczyć noże wyciągnięte zza cholew walonek…Z jednym tylko „historycznym” wyjątkiem obradami Okrągłego Stołu i spiskowaniem w gabinetach SB, jak to robili Kuroń, Wałęsa. Protokoły rozmów Kuronia z  esbekiem Janem Lesiakiem, sądzonym w 2006 roku za „inwigilację  prawicy”, publicysta Stanisław Michalkiewicz nazwał „protokołami  mędrca Kuronia”, co było werbalnym nawiązaniem do słynnych „Protokołów Mędrców Syjonu”. Ale cóż, Michalkiewicz to przecież „antysemita„, więc człek niewiarygodny.

1. Zob. J. R. Nowak: Antypolski separatyzm, „Nasz Dziennik”, 3 października 2006.                                                                                                                                                                                                             2. Tamże.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                        Za:polonica.net                                                                                                                            Za; http://w-sercu-polska.org/
Opublikowano 27th February 2015,                                                                                                         autor: Prawda.....                                       

KOMENTARZE

  • @ Autor
    "Rola śmiertelnych korników przypadła żydomasońskiej agenturze wewnątrz ZSRR, usytuowanej w resortach siłowych i na szczytach KPZR."

    Zupełnie nie wiem jak Ruscy dali się tak spenetrować...

    5*
  • @Jasiek 03:27:07 Agentów GRU nawet nasza ubecja nawet wąchać nie mogła
    Agent Stasi Detlef Ruser spotykał się nie tylko z tw Oskarem na wybrzeżu,z kim jeszcze czyt."Niebezpieczne związki Donalda Tuska", i właśnie na tych ludzi postawili komuniści by utrzymać władzę. Kilkanaście miesięcy świrowania na początku lat 80-tych a później odcinanie kuponów przez ponad 30 lat. To tak jakby w polityce na początku lat 90-tych nadal był Bierut! Irytuje mnie, że wszyscy styropianowi są kolesiami, są na "ty". Żaden nie odpowiada za to, że głupola wystawili na lidera i tym samym zrobili cały naród w trąbę. Pilnują kasy i nic więcej (własnej). Niestety żyjemy w czasach gdy ludzie z niebytu stają się z dnia na dzień politykami, których jedynym prawdziwym zajęciem jest urządzenie się na resztę życia. Każdym kosztem. Wtedy mamy takie "borsuki"...Ciekawe, że gołodupcowi żydouropowi Frasyniukowi na zakup tirów POnoć "pożyczki"udzielił żyd Solorz, zatem zrozumiałe stają się protesty Frasyniuka przeciw obchodzenia rocznicy mordu smoleńskiego.
  • Dużo ciekawych informacji z pozycji solidarucha z kompleksami.
    Dobrze opisana penetracja Watykanu, ZSRR i Polski przez mafię żydowską. Też tak to widzę do podobnych wniosków doszedłem.
    Natomiast co do Jaruzelskiego i Kiszczaka to widać kompleksy solidarucha poniżonego błyskawicznym zwycięstwem w stanie wojennym.
    Jaruzelski wtedy uratował Polskę od gorącej wojny domowej a takie były przecież plany solidaruchów o czym autor starannie milczy.
    Wszystkie wzmianki o Jaruzelskim i Kiszczaku świadczą o kompleksie autora (np te o osobowości Jaruzelskiego...Jaruzelski miał dokładnie odwrotny charakter od tego który autor mu przypisuje).

    Reasumując dobry artykuł znaczącego PISowca z kompleksem Jaruzelskiego.
    Rola mafii żydowskiej została dobrze opisana i to jest obecnie siła sprawcza całego zła na świecie .. i o tym staram się pisać...
    Cieszy podkreślenie faktu ze JPII to wybór mafii żydowskiej ..
    Co do Jaruzelskiego to mamy skrajnie odmienne opinie...

    W sumie dobry i odważny artykuł.
    Jednego tylko nie widzę .. gdzie są ci antysemici z pierwszej solidarności...
    OK rozumiem w dzisiejszych warunkach muszą być w głębokim podziemiu.
  • jankiel szaweł ll
    już w dzieciństwie grał w żydowskiej drużynie (jako bramkarz) przeciw Polakom i nigdy się to nie zmieniło
  • @nieżyt 09:41:48
    Nikt się także nie zastanawia, dlaczego K.Wojtyła musiał się ukrywać w czasie okupacji -?
  • @Jasiek 03:27:07
    https://wolnosc24.pl/wp-content/uploads/2017/02/okragly-stol.jpg

    Okrągły stół – największa manipulacja w historii Polski. Zarobili głównie komuniści a Polacy stracili 30 lat. 28 lat temu rozpoczęły się oficjalnie obrady tzw. Okrągłego Stołu. To dość długo przygotowywana operacja przez służby specjalne PRL, działające pod nadzorem swoich sowieckich zwierzchników. Okrągły Stół był operacją wpisująca się w politykę kosmetycznych zmian mających na celu ratowanie systemu, które wasalnym państwom zaaplikował szef sowieckiej kompartii Gorbaczow. Komuniści do tej operacji przygotowywali się dość długo, przez cały czas czyszcząc podziemną Solidarność z autentycznych działaczy. Kiedy w lutym 1989 r. rozpoczęły się rozmowy ze stroną społeczno-soliarnościową, ta w ogromnej większości była reprezentowana przez agentów SB, na czele z Lechem Wałęsą lub składała się z ludzi poprzednio „spacyfikowanych” przez system. Okrągły Stół miał za zadanie formalnie podzielenie się polityczną władzą, przy zachowaniu ogromnych majątków przez komunistów, które oni zagrabili społeczeństwu. Z tego powodu po drugiej stronie siedziało tak wielu ludzi na których organizator Okrągłego Stołu gen. Kiszczak miał teczki (potocznie miał haki).

    Poniżej przedstawiamy opinie znanych polityków o tym wydarzeniu.

    Stanisław Michalkiewicz – publicysta:
    Z tego między innymi powodu uważam, że Okrągły Stół był mistyfikacją, zaaranżowaną przez komunistyczne tajne służby przy pomocy swoich konfidentów oraz tak zwanych pożytecznych idiotów – żeby zakamuflować w ten sposób umowę między razwiedką a tak zwaną „lewicą laicką” – czyli stalinowcami, którzy w różnych okresach i z różnych powodów wystąpili przeciwko partii – umowę o podział władzy nad narodem polskim. Stworzono wprawdzie pozory, iż dzięki tej umowie naród odzyskał polityczna suwerenność, ale te pozory zostały odrzucone 4 czerwca 1992 roku, kiedy to próba ujawnienia komunistycznej agentury w strukturach państwa została błyskawicznie storpedowana przez obydwie strony umowy okrągłego stołu.

    Kornel Morawiecki – marszałek senior Sejmu:
    Okrągły Stół zaprzepaścił wielką ideę solidarności. Wepchnął Polskę w nomenklaturę, nieprawy kapitalizm. Przyniósł niewymierne straty moralne i słabnięcie polskiej tożsamości.

    Jan Olszewski – b.premier (wypowiedź o wyborach 4 czerwca będących następstwem okrągłego stołu):
    Trudno to traktować jako święto wolności. Raczej święto żałoby po wolności.

    Janusz Korwin-Mikke:
    Okrągły Stół był przekazaniem władzy agentom generała Kiszczaka.
    Antoni Macierewicz – minister obrony narodowej:
    Okrągły Stół został ułożony w Moskwie według koncepcji gorbaczowowskiej przemian europejskich.

    Krzysztof Wyszkowski – działacz Solidarności:
    Okrągły Stół był teatrem odgrywanym na użytek publiczny.

    Andrzej Gwiazda: – b. wiceprzewodniczący Solidarności :
    Okrągły Stół był kapitulacją. Kapitulacją w imieniu całej opozycji stanu wojennego. Proszę też pamiętać, że Okrągły Stół był tylko w Polsce – nie był budowany w żadnym innym kraju, a jednak tam też komunizm skończył się, upadł. Można w związku z tym porównać wyniki. Otóż Polska ucierpiała na likwidacji komunizmu znacznie mocniej niż inne kraje, gdzie okrągłych stołów nie było z tego można by wyciągnąć prosty wniosek, że przyczyną katastrofy polskiej transformacji był właśnie Okrągły Stół, a nie co innego.
    autor: Wojciech Tomaszewski
  • @Jasiek 03:27:07
    Jeśli Kaczyńscy wiedzieli, że Wałęsa jest agentem, to dlaczego zrobili z niego prezydenta? I co Lech robił przy okrągłym stole? Polityczne tajemnice braci
    Przez Andrzej Paulukiewicz - 1 lutego 2017
    https://wolnosc24.pl/wp-content/uploads/2017/02/Wa%C5%82esa-Kaczy%C5%84ski-Olszewski.jpg Drugi od lewej Jan Olszewski, kandydat na premiera, Jarosław Kaczyński, prezyddent Lech Wałęsa Foto: PAP
    -To jest wiadomość, która jest mi znana, już taki w bardzo konkretny sposób, bo różne informacje na ten temat krążyły w opozycji już nawet przed 1980 rokiem, przynajmniej od 26 lat – tak skomentował Jarosław Kaczyński informacje IPN o tym, że tzw. teczka ,,Bolka’’ zawiera prawdziwe zobowiązanie do współpracy z SB Lecha Wałęsy a także donosy pisane jego ręką oraz pokwitowania pobrania wynagrodzenia. I póki co, Kaczyński poprzestał na tym stwierdzeniu.

    Znając stosunek lidera PiS do Wałęsy może to zaskakiwać. Przez całe lata darzyli się nienawiścią i przy każdej okazji bezpardonowo atakowali. A teraz daleko idąca ostrożność. Dziwne? Niekoniecznie.

    Kaczyński wie, że ujawnienie prawdy o Wałęsie może uderzyć w niego rykoszetem a także w jego nieżyjącego brata.

    „To nie jest tak, że wtedy nie wiedziałem, że Wałęsa był agentem. Wiedziałem. Byłem tego świadomy, gdy kandydował na prezydenta. Wiedziałem też od Leszka, że on się w istocie do tego przyznaje, mówi o swojej teczce czy wspomina w momentach szczerości o tym, że popełniał błędy” – niedawno przyznał Kaczyński w rozmowie z Piotrem Semką.

    Oznacza to, że Lech i Jarosław Kaczyńscy świadomie postawili w 1990 r. na kogoś, o kim wiedzieli, że był uwikłany w współpracę z SB. A przy tym musieli zakładać, (a przecież co jak co ale podejrzliwości nie można im odmówić), że owa współpraca może być powodem do szantażowania Wałęsy przez b. funkcjonariuszy SB w momencie gdy zostanie prezydentem. Wątpliwości nie ma Andrzej Gwiazda.

    – Mam nadzieję, że wreszcie przestaniemy się zajmować Lechem Wałęsą, który był agentem na krótkiej smyczy, a zajmiemy się odkrywaniem jego mocodawców. Nikt chyba nie podejrzewa Wałęsy o taki stopień inteligencji, który pozwalałby mu na samodzielne prowadzenie gry. On cały czas był kukiełką. – powiedział dla dzisiejszej Rzeczpospolitej Gwiazda.

    Bracia Kaczyńscy gorąco opowiadali się za kandydaturą Wałęsy na prezydenta i stanowili jego najbliższe zaplecze. Za Wałęsą opowiedziało się Porozumienie Centrum. Lider ,,Solidarności” wybory wygrał. Kaczyńscy objęli kluczowe stanowiska w Belwederze. Jarosław został szefem Kancelarii Prezydenta RP, Lech objął szefostwo Biura Bezpieczeństwa Narodowego.

    Nadchodzi jednak czas rozejścia się dróg Wałęsy i Kaczyńskich. Zaczynają się różnić co do spraw politycznych, personalnych (walka o wpływy między Kaczyńskimi a Mieczysławem Wachowskim), dużą rolę grają ambicje Wałęsy i braci. Kryzys sięga apogeum gdy rząd ma utworzyć Jan Olszewski. Kaczyńscy stawiają na Olszewskiego, Wałęsa na Bronisława Geremka. Premierem zostaje Olszewski a rząd toczy wojny z Belwederem. Aż przychodzi noc z 4 na 5 czerwca 1992 roku, ,,noc teczek’’. Rząd Olszewskiego upada, wybucha za to sprawa ,,listy Macierewicza’’. Lista to wykaz domniemanych współpracowników Służby Bezpieczeństwa. Jest na niej najważniejsze nazwisko – Lecha Wałęsy jako TW „Bolka”. Wałęsa w tej sytuacji doprowadza do upadku rządu.

    Konflikt między Wałęsą a Kaczyńskimi sięga apogeum w czasie manifestacji zorganizowanej przez Porozumienie Centrum w styczniu 1993 roku, gdy przed Belwederem spłonęła kukła Lecha Wałęsy ,,Bolka’’.

    W ten sposób Kaczyńscy przeszli drogę od aktywnego popierania Lecha Wałęsy TW ,,Bolka’’ na prezydenta, do atakowania tego samego Lecha Wałęsy za bycie TW ,,Bolek’’.

    Jest jeszcze jeden niewygodny dla Jarosława Kaczyńskiego aspekt tego, że Lech Wałęsa był TW.

    Jeśli jest tak, jak twierdzi Andrzej Gwiazda, że Wałęsa był kukiełką, to czym były rozmowy w Magdalence? Najważniejsze postacie tego wydarzenia to gen. Czesław Kiszczak i Lech Wałęsa. Czyli oberpolicjant i jego agent. A pomiędzy nimi (obok m.in. Adama Michnika) Lech Kaczyński. Przecież wiedział kim był Wałęsa więc w jakim celu brał udział w tym teatrzyku? Lech Kaczyński nigdy się z Magdalenki nie wytłumaczył. Jeśli nawet pytanie o to przytrafiło się w jakimś wywiadzie, zbywał to kilkoma zdaniami. A na pytanie czy pił wódkę z Kiszczakiem odpowiedział kiedyś, że tak ale mniej niż inni.

    A przy tym trzeba pamiętać, że bracia Kaczyńscy czynnie popierali ,,okrągły stół’’, który dla wielu z ich obozu jest synonimem zdrady narodowej.

    W tym świetle można zrozumieć powściągliwość Kaczyńskiego w atakowaniu Wałęsy po ujawnieniu prawdy o jego teczkach. Zbyt wiele niejasności i dwuznaczności związanych z wydarzeniami z naszej historii wiąże się z jego osobą i jego brata. Na Katona Kaczyński się nie nadaje.
  • @Jasiek 03:27:07
    Amerykanie o Okrągłym Stole...Wydarzenia 1989 r. w depeszach amerykańskich służb...Przygotowania do Okrągłego Stołu i same obrady były uważnie śledzone za Atlantykiem. Demokratyzację systemu uznano za pożyteczną i potrzebną, jednak to zmiany w gospodarce były priorytetem dla amerykańskiej administracji. Dawno Polska nie cieszyła się takim zainteresowaniem amerykańskich mediów i polityków jak w latach 80. Trzy zaledwie dzienniki – „New York Times”, „Washington Post” i „Wall Street Journal” – pisały o PRL ponad 2 tys. razy. Według badań Instytutu Gallupa i National Geographic, Polska była w tym okresie najbardziej rozpoznawalnym – obok ZSRR – członkiem Układu Warszawskiego. Nie bez powodu amerykańscy dziennikarze mówili o „polskiej dekadzie za oceanem”. Apogeum amerykańskiego zainteresowania wydarzeniami nad Wisłą przypadło na początek 1989 r. „W świecie olbrzymie zainteresowanie X Plenum KC i przyjętymi dokumentami”, zanotował w dzienniku Mieczysław F. Rakowski. Burzliwa, trwająca od listopada 1988 r. do stycznia 1989 r. narada na szczytach partii dała liderom PZPR zielone światło do rozmów z opozycją. Był to niewątpliwie przełom i osobisty sukces gen. Wojciecha Jaruzelskiego. W czasie plenum zapowiedział on bowiem, że brak zgody na wznowienie rozmów z opozycją będzie równoznaczny z jego rezygnacją z funkcji I sekretarza KC i przewodniczącego Rady Państwa. Na taki scenariusz nie mogli się zgodzić nawet najwięksi jego oponenci.

    Głosy sprzeciwu

    Zwycięstwo partyjnych liberałów nie przyszło jednak łatwo. „Jaruzelski ma kłopoty z szeregowymi członkami partii, którzy boją się, że legalizacja »Solidarności« może zagrozić ich pozycji ekonomicznej i politycznej”, depeszował ambasador USA w Warszawie John R. Davis, jedna z najlepiej wówczas poinformowanych osób w stolicy. Ambasada amerykańska na bieżąco śledziła sytuację w PZPR. Po latach Davis wspominał, że w pierwszych miesiącach 1989 r. byli w pracy „niemal przez 24 godziny na dobę, zbierając, analizując oraz wysyłając wiadomości i opinie”. Badając sytuację w Polsce na progu 1989 r., amerykańscy dyplomaci zauważyli z niepokojem, że również „Solidarnością” targały problemy wewnętrzne. Już 6 stycznia Davis raportował do Waszyngtonu: „Wałęsa ma kłopoty z radykałami, niektórzy z nich są jego rywalami od dawna (…), inni po prostu chcą teraz więcej pieniędzy i nie są zainteresowani kształtowaniem politycznej przyszłości Polski”. Przyjęte na X Plenum stanowisko otwierało drogę do dialogu z opozycją, lecz nie bezwarunkowo. Kością niezgody stało się żądanie niewzniecania strajków przez najbliższe dwa lata, w trakcie których rząd planował zreformować polską gospodarkę. Ambiwalentność propozycji PZPR dobrze odczytał dziennik „New York Times”. Dzień po zakończeniu plenum jego warszawski korespondent poinformował o propozycji partii, zaznaczając jednak, że zarówno po stronie PZPR, jak i w łonie opozycji dało się słyszeć liczne głosy sprzeciwu.
    Z tego samego powodu pesymistami co do szans wznowienia rozmów pozostawali amerykańscy dyplomaci w Warszawie. Komentując sceptycyzm Janusza Reykowskiego, członka Biura Politycznego i „jednego z dwóch prawdziwych intelektualistów pozostałych w partii”, ambasador Davis oceniał: „Jest szczególnie godne uwagi, że człowiek z takimi referencjami może mieć tak duże trudności z zaakceptowaniem potrzeby relegalizacji »Solidarności«. Jest to bariera mentalna, której przezwyciężenie jest jeszcze trudniejsze dla reszty kierownictwa partyjnego”. Więcej optymizmu prezentował natomiast sekretarz stanu George Schultz. W odpowiedzi na depeszę Davisa szef amerykańskiej dyplomacji podkreślał, że „pierwszy raz od czasu stanu wojennego polskie władze publicznie przedstawiły warunki powtórnej legalizacji »Solidarności«”. Chociaż więc uznawał powrót do stanu sprzed 13 grudnia 1981 r. za trudny i odległy, jednoznacznie stwierdzał, że „jest to realnie możliwe”. Stanowisko administracji USA polski ambasador w Waszyngtonie Jan Kinast uważał za „ostrożne, zrównoważone poparcie dla tego kroku, jego znaczenia dla porozumienia narodowego”.
    Tajemnicą poliszynela były sympatie amerykańskich korespondentów i dyplomatów. Związany z „New York Timesem” Michael Kaufman wspominał, że musiał porzucić obiektywne dziennikarstwo na rzecz zaangażowania się po stronie opozycyjnej. Również dyplomaci otwarcie popierali „Solidarność”, zapraszając jej przedstawicieli na mniej lub bardziej oficjalne spotkania. „Byli pełni energii, zdolni, interesujący, a rozmawiało się z nimi o wiele ciekawiej niż z jakimkolwiek urzędnikiem państwowym lub partyjnym aparatczykiem”, wspominał opozycjonistów ambasador Davis. Nic dziwnego, że relacje amerykańskich gazet o przygotowaniach do Okrągłego Stołu były pisane z perspektywy opozycji. W korespondencjach z Polski dziennikarze podkreślali „koncyliacyjność i opanowanie Wałęsy”, który „robił wszystko, aby jak najszybciej rozpocząć obrady Okrągłego Stołu”. Z kolei role czarnych charakterów przydzielali przeważnie Alfredowi Miodowiczowi i gen. Jaruzelskiemu, przy każdej okazji wypominając temu drugiemu, że „siedem lat wcześniej wysłał wojsko, aby zmiażdżyć »Solidarność«”. Jeśli amerykańska prasa cytowała przedstawicieli władzy, to głównie uchodzących za liberałów, takich jak Rakowski. Chociaż więc premier nie brał udziału w negocjacjach partii z opozycją, on właśnie firmował je na Zachodzie.

    Są ustępstwa, nie ma ulg

    Wiele uwagi w dniach poprzedzających obrady Okrągłego Stołu ambasada USA w Warszawie poświęciła Miodowiczowi i jego związkowi. To w OPZZ Amerykanie widzieli najpoważniejszą przeszkodę w porozumieniu polskich władz z opozycją. W komentarzu do jednej ze swoich depesz ambasador Davis zwracał uwagę na widoczny rozdźwięk między stanowiskiem OPZZ a rządem i partią. Jego zdaniem, wynikał on z obawy koncesjonowanych związków przed współzawodnictwem z „Solidarnością”. „Większość osób – pisał – z którymi rozmawiamy, nisko ocenia możliwości działaczy OPZZ w zakładach pracy i nie traktuje oficjalnych związków zawodowych jako poważnego rywala”. Mimo to przewidywał, że „OPZZ nie pójdzie na dno bez walki”. Przełom w drodze do Okrągłego Stołu nastąpił 27 stycznia w Magdalence, gdzie spotkali się m.in. gen. Kiszczak i Wałęsa. Chociaż w oficjalnym komunikacie stwierdzono, że spotkanie dotyczyło wyłącznie przygotowań do wspólnych obrad, w rzeczywistości obie strony ustaliły na nim warunki powtórnej legalizacji „Solidarności”. Zaskakująco dobre informacje o przebiegu spotkania miał ambasador USA w Warszawie. W depeszy do sekretarza stanu Jamesa Bakera, który w międzyczasie zastąpił Schulza, relacjonował: „Rzeczywisty porządek spotkania nie miał wiele wspólnego z organizowaniem rozmów Okrągłego Stołu, ale raczej z określeniem podstawowych warunków relegalizacji »Solidarności«”. Davis zwracał także uwagę na nieobecność – pomimo zaproszenia – Miodowicza, co miało go stawiać w „sytuacji nie do obrony zarówno jako szefa OPZZ, jak i członka Biura Politycznego”. Ambasador łączył ustępstwa polskich władz ze staraniami o zagraniczne kredyty. Na potwierdzenie swoich słów powołał się na rozmowy z niemieckimi dyplomatami, według których „być może zostaną ominięte przeszkody prawne w udzieleniu Polsce gwarancji na 100 mln marek kredytu eksportowego”. Co więcej, RFN miała się zgodzić na poparcie stanowiska polskiego rządu w Klubie Paryskim. John Tagliabue z „New York Timesa” podsumowywał: „Warszawa ma nadzieję, że państwa zachodnie uznają pokojowe porozumienie z »Solidarnością« jako powód do wzmożonego gospodarczego wsparcia i lepszych warunków spłaty 39 mld dol. polskiego długu”. Administracja USA powstrzymywała się przed jednoznaczną deklaracją pomocy finansowej. Podczas rozmowy ze Zbigniewem Brzezińskim ambasador Kinast usłyszał, że „Polska nie może liczyć na pomoc taką jak w latach 70., kiedy to Amerykanie »dali się nabrać«”. Były doradca ds. bezpieczeństwa narodowego miał jednak potwierdzić konsultacje Waszyngtonu z Europą Zachodnią „co do dalszej polityki wobec Polski, ale nie w takim wydaniu, jak ma to miejsce w naszych [polskich] rozmowach z RFN”. Oficjalne stanowisko wobec wydarzeń w Polsce Waszyngton przedstawił kilka dni przed rozpoczęciem obrad. 3 lutego 1989 r. doszło do spotkania Kazimierza Morawskiego, członka Rady Państwa, z doradczynią sekretarza stanu ds. Europy i Kanady. Ta przekazała Morawskiemu, że „Stany Zjednoczone z zadowoleniem przyjęły wznowienie dialogu między władzami polskimi a »Solidarnością«”. Ostrzegła zarazem, że planowana reforma gospodarcza „nie będzie przebiegała bez zakłóceń”. Podczas rozmów nie padła żadna konkretna oferta pomocy, co strona polska odebrała z nieskrywanym rozczarowaniem. Brak zdecydowanej reakcji Waszyngtonu wynikał po części ze zmian, jakie zachodziły wewnątrz amerykańskiej administracji. 20 stycznia 1989 r. został zaprzysiężony na prezydenta George Bush. Chociaż wiele go łączyło z Ronaldem Reaganem, bliżej mu było do realizmu Richarda Nixona niż do idealistycznej wizji świata niedawnego szefa. Podczas przyjęcia dla korpusu dyplomatycznego Bush miał ciepło wspominać wizytę w Polsce w 1987 r. i prosić polskiego ambasadora o „przekazanie gen. Jaruzelskiemu wyrazów szacunku”.

    Skazani na sukces

    Obrady Okrągłego Stołu zaczęły się 6 lutego 1989 r. „Rząd i zakazany związek zawodowy »Solidarność« rozpoczęły dzisiaj dyskusję na temat szerokiej politycznej i gospodarczej zmiany w Polsce”, informował „New York Times”. Sens rozmów amerykański dziennikarz sprowadzał do prostej transakcji wymiennej: ponowna legalizacja „Solidarności” i częściowo wolne wybory do parlamentu w zamian za poparcie dla rządowego programu reform gospodarczych. W depeszy o rozpoczęciu obrad ambasador Davis pisał, że „rozmowy są skazane na sukces”. Powoływał się przy tym na rozmowę z Bronisławem Geremkiem, według którego „główne punkty porozumienia prawdopodobnie są już określone”. Negocjacje przy Okrągłym Stole miały więc się skupić na dopracowaniu szczegółów w sprawie pluralizmu związkowego oraz wyborów parlamentarnych. Chociaż Davis oceniał początek obrad niezwykle pozytywnie, to ubolewał, że w „strukturze Okrągłego Stołu pominięto (…) podkomisję ds. kultury i mniejszości narodowych z Andrzejem Wajdą i Markiem Edelmanem”. Prasa amerykańska, na czele z „New York Timesem”, pilnie śledziła przebieg rozmów Okrągłego Stołu. Warszawski korespondent dziennika zastanawiał się, czy władzom znów nie chodziło o to, aby „wyremontować państwowy statek, pozostawiając jednak swoich ludzi przy sterze”. Dziennikarz powoływał się na przedstawicieli opozycji, według których „pomysł udziału opozycji w rządzie wydaje się być co najmniej przedwczesnym”. Podkreślał jednocześnie, że robotnicy tracili cierpliwość z powodu przedłużającej się stagnacji gospodarczej. W samym styczniu 1989 r. w Polsce odnotowano ponad 170 strajków, w których brało udział 6 tys. osób. W kolejnych dniach uwaga amerykańskich mediów nadal skupiała się na Polsce, lecz niekoniecznie na Okrągłym Stole. Więcej emocji wywoływały informacje o publikacji przez tygodnik „Odrodzenie” raportu o rzeczywistych sprawcach zbrodni katyńskiej. Zdaniem amerykańskiego publicysty, był to znak, że „rząd gen. Wojciecha Jaruzelskiego wyłamywał się z szeregu w stosunkach z Moskwą”. Z kolei w polityce wewnętrznej druk raportu przez oficjalną prasę miał znamionować początek końca monopolu władzy na historię najnowszą.

    Mecz ważniejszy

    Amerykańscy dyplomaci koncentrowali się natomiast na sprawach gospodarczych. W depeszach słanych do Waszyngtonu John R. Davis zwracał uwagę na populistyczne żądania „Solidarności”, dotyczące np. indeksacji wynagrodzeń, których realizacja powodowałaby „wzrost inflacji i dalsze pogorszenie zaopatrzenia na rynku”, a także przeszkodziłaby w zwiększeniu wydajności. Ambasador obawiał się, że spory na tle ekonomicznym nie tylko pogarszały atmosferę dwustronnych negocjacji, ale również prowadziły do „poważnych różnic zdań” wewnątrz samej „Solidarności”. Obserwujący przebieg negocjacji Davis z zaskoczeniem stwierdził, że więcej reformatorskiego zapału było po stronie partyjno-rządowej. W rozmowie z prof. Witoldem Trzeciakowskim, głównym negocjatorem „Solidarności” ds. gospodarczych, usłyszał bowiem, że „miał on o wiele więcej problemów z namówieniem własnej strony do przyjęcia wspólnego stanowiska niż z prowadzeniem – w tej fazie – rozmów z rządem. (…) Lokalni przywódcy »Solidarności« chcą uniknąć porozumienia z rządem w sprawach gospodarczych. Boją się utraty własnej pozycji, jeśli będą musieli wezwać swoich członków do powstrzymania się od żądań płacowych i strajków”. O szczególnym zainteresowaniu strony amerykańskiej kondycją polskiej gospodarki informował ambasador Kinast. Po obiedzie wydanym przez polską ambasadę dla członków Izby Reprezentantów stwierdził, że goście „interesowali się szczegółowo naszymi stosunkami z Międzynarodowym Funduszem Walutowym i Bankiem Światowym”. Zaznaczył przy tym, że „z ich wypowiedzi nie wynikało jednak, aby Amerykanie mieli zamiar pozytywnego zaangażowania się wobec naszych postulatów w tych instytucjach”. Ambasador konstatował: „Polska i jej sprawy widziane są tutaj w szerszym kontekście polityki USA wobec ZSRR i Europy Wschodniej jako regionu”. Podpisanie porozumień Okrągłego Stołu 5 kwietnia 1989 r. przyjęto za oceanem z satysfakcją, lecz bez emocji. Największe dzienniki zauważały co prawda potencjał rozpoczętych przemian, ale spokojnie czekały na dalszy bieg wydarzeń. Warszawski korespondent „New York Timesa” donosił, że sami Polacy zachowywali dystans wobec porozumienia władzy z opozycją. Potwierdzeniem tego miało być przerwanie przez telewizję publiczną transmisji zakończenia obrad, aby rozpocząć relację meczu AC Milan z Realem Madryt. „Oni tylko rozmawiają i rozmawiają, podczas gdy potrzebne mi maszyny stają się coraz droższe”, cytował wypowiedź jakiegoś rolnika „NYT”. „Problemy pozostają, ale to, że porozumienie było możliwe, jest z pewnością pozytywne” – tak depeszę z 6 kwietnia rozpoczynał ambasador Davis. Z satysfakcją odnotowywał, że „postanowienia w sprawie nowego ładu ekonomicznego są w zasadzie pozytywne i proreformatorskie, korzystne dla sektora prywatnego, sprzyjają gospodarce wolnorynkowej”. Kilka kwestii wzbudziło jednak jego niepokój. Przede wszystkim niektóre zapisy porozumienia były – zdaniem Davisa – zaledwie „listą życzeń”. Z kolei „obiecane przestawienie produkcji sektora zbrojeniowego na potrzeby rynku dóbr konsumpcyjnych ma znaczenie bardziej symboliczne niż praktyczne”.

    Zróżnicowane rezultaty

    „Rezultaty rozmów z pewnością są zróżnicowane”, głosiło stanowisko amerykańskiej administracji. O ile zgodę na liberalizację systemu politycznego przyjęto z zadowoleniem, o tyle „negocjacje w sprawie reform gospodarczych były o wiele mniej udane”. Wśród materiałów przygotowanych dla Departamentu Stanu dominowała więc myśl, że polska „gospodarka jest w złym stanie i pod pewnymi względami sytuacja pogarsza się, a odbudowa i stabilizacja gospodarcza pozostają głównym zadaniem do wykonania”. Po zakończonych z sukcesem obradach ruch powinna była wykonać amerykańska administracja. W Polsce z niecierpliwością oczekiwały tego zarówno strona partyjno-rządowa, jak i opozycja. Tymczasem w Waszyngtonie wciąż powstrzymywano się przed konkretnymi decyzjami. Nie skutkowały ponaglenia ambasadora Davisa, który pisał z Warszawy, że „zmęczeni negocjatorzy niedługo wstaną znad Okrągłego Stołu, patrząc z niepokojem na Zachód i oczekując na naszą odpowiedź”. „Stany Zjednoczone długo mówiły Polakom, że jeśli załatwią konkretne sprawy, to rząd USA również wykona pewne posunięcia. Jeśli teraz nie odpowiemy, stracimy twarz i wpływy”, przyznał zastępca sekretarza stanu Lawrence Eagleburger w rozmowie z ambasadorem brytyjskim. Jednak na jego naleganie, aby podjąć „konkretne działania”, amerykański dyplomata odpowiedział, że „niektóre punkty naszej odpowiedzi będą trudne z powodu problemów gospodarczych i budżetowych Stanów Zjednoczonych”. Rozmowy polityczne w Waszyngtonie uważnie śledziła tamtejsza prasa. „Nawet »Solidarność« nie jest w stanie zdziałać cudów sama”, podkreślał „New York Times”. Jeden z jego czołowych publicystów, Serge Schmemann, pisał: „Przez lata Zachód dawał do zrozumienia, że jakakolwiek pomoc dla zrujnowanej polskiej gospodarki i redukcja długu sięgającego 39 mld dol. zależały od zgody komunistycznych władz na zalegalizowanie »Solidarności« i demokratyzację systemu”. Doradca prezydenta Busha ds. bezpieczeństwa narodowego Brent Scowcroft wspominał, że reakcje na zakończenie obrad Okrągłego Stołu były wewnątrz administracji zróżnicowane. O ile on sam opowiadał się za „hojnym” wsparciem gospodarczym dla Polski, o tyle sprzeciwiał się temu sekretarz skarbu Nicholas Brady. Liberalizacja systemu politycznego – argumentował ten ostatni – nie musiała wcale oznaczać liberalizacji systemu gospodarczego, a tylko wtedy pomoc amerykańska miałaby sens.
    Ostatecznie spór rozsądził sam Bush. W przemówieniu wygłoszonym 17 kwietnia (niemal dwa tygodnie po zakończeniu obrad!) zaproponował pewne udogodnienia w handlu z PRL, m.in. „zachęcenie naszych sojuszników” do odroczenia spłaty polskiego długu oraz umożliwienie amerykańskiemu kapitałowi inwestowania w Polsce. Jednocześnie zapowiedział, że będzie „zachęcał Międzynarodowy Fundusz Walutowy do wypracowania z Polską działającej, nakierowanej na rynek polityki gospodarczej”. Rozczarowanie amerykańską ofertą było powszechne. Ambasador USA w Moskwie wprost nazwał politykę administracji Busha „fuszerką Waszyngtonu”. Na nic się zdały słowa ambasadora Kinasta, który przekazał asystentce sekretarza stanu, że „w Polsce wszyscy spodziewają się współpracy, a nawet pomocy Zachodu”. Z kolei ambasador Davis cytował w depeszy Wałęsę, który przekonywał, że „niezwykle istotna jest znacząca pomoc Zachodu dla reform, które usiłuje się wprowadzić w Polsce. (…) Choć wymaga to pieniędzy, nie jest działalnością charytatywną”. Sytuacja gospodarcza nad Wisłą wkrótce zdominowała korespondencje dziennikarskie i depesze ambasady USA w Warszawie. Czas zachwytu nad polską drogą do demokracji minął równie szybko, co nieodwracalnie. Zaczął się trudny okres transformacji systemowej, którą chciano wykorzystać nie tylko w Waszyngtonie. Romantyzm pierwszych miesięcy 1989 r. ustąpił brutalnej rzeczywistości, o czym polskie elity miały się wkrótce przekonać.

    Wykorzystana literatura:
    1. Ku wielkiej zmianie. Korespondencja między Ambasadą PRL w Waszyngtonie a Ministerstwem Spraw Zagranicznych, styczeń-październik 1989, Warszawa 2008.
    2. Ku zwycięstwu „Solidarności”. Korespondencja Ambasady USA w Warszawie z Departamentem Stanu, styczeń-wrzesień 1989, Warszawa 2006.
    3. Anna Mazurkiewicz, Prasa amerykańska wobec wyborów w Polsce w latach 1947 i 1989, Gdańsk 2009.
    4. Mieczysław F. Rakowski, Dzienniki polityczne 1987–1990, Warszawa 2005.
    5. Andrzej Leon Sowa, Historia polityczna Polski 1944–1991, Kraków 2011.

    Wałęsa ma kłopoty z radykałami, niektórzy z nich są jego rywalami od dawna, jak Andrzej Gwiazda, inni po prostu chcą teraz więcej pieniędzy i nie są zainteresowani kształtowaniem politycznej przyszłości Polski. Z kolei Jaruzelski także ma kłopoty z szeregowymi członkami partii, którzy boją się, że legalizacja „Solidarności” może zagrozić ich pozycji ekonomicznej i politycznej. Niemniej zarówno kierownictwo rządu, jak i opozycji wydaje się coraz bardziej przekonane, że system wkrótce musi być radykalnie zmieniony. Trudność leży w uzgodnieniu, jaki system powinien powstać na końcu tej drogi.

    Depesza ambasadora Davisa z 6 stycznia 1989 r.

    Od ponad tygodnia w wielu sprawach toczą się negocjacje Okrągłego Stołu między polskim rządem a opozycją. Wznowiwszy dialog z „Solidarnością”, z dużymi obawami o jego wynik, rząd polski z niepokojem oczekuje na pierwsze reakcje Stanów Zjednoczonych i Europy Zachodniej. (…) Proponuję, aby teraz Stany Zjednoczone podjęły konkretne kroki i wystąpiły ze skromnymi propozycjami, które zarazem byłyby symbolicznym gestem politycznym, a jednocześnie zwiększyłyby możliwości działania ambasady w tej coraz bardziej dynamicznej i niepewnej sytuacji.
    Depesza ambasadora Davisa z 13 lutego 1989 r.

    Rośnie prawdopodobieństwo, że w Polsce w ciągu kilku następnych tygodni zostanie osiągnięte historyczne porozumienie między rządem a „Solidarnością” przy błogosławieństwie i wyraźnym poparciu Kościoła. (…) Droga do tego porozumienia będzie wyboista, ponieważ obie strony dążą do uzyskania ostatnich ustępstw, ale wydaje się niemal pewne, że posunęły się za daleko, aby zawrócić. (…) Komunizm przemienia się w coś, co Jaruzelski określił jako „demokratyczny neosocjalizm”, pomysł, który wydaje się mieć więcej wspólnego ze współczesną Szwecją niż stalinowską Rosją.
    Depesza ambasadora Davisa z 7 marca 1989 r.

    Postanowienia w sprawie nowego ładu ekonomicznego są w zasadzie pozytywne i proreformatorskie, korzystne dla sektora prywatnego, sprzyjają gospodarce wolnorynkowej.
    Depesza ambasadora Davisa z 6 kwietnia 1989 r.

    Według przyjaciela przywódcy „Solidarności”, po Okrągłym Stole Lech Wałęsa woli pozostać poza bieżącą polityką, aby zachować autorytet kogoś ponad podziałami. Podobno Wałęsa nosi się z zamiarem przekazania w przyszłości przywództwa „Solidarności” demokratycznie wybranemu następcy. Mówi się, że jego kandydatem na tę funkcję jest Władysław Frasyniuk.
    Depesza ambasadora Davisa z 14 kwietnia 1989 r.

    RFN ogromnie interesuje się Polską, która jest przedmiotem dużego zmartwienia. W ubiegłym roku RFN wydała Polakom 800 tys. wiz, a 40 tys. osób poprosiło o azyl. W tym roku co miesiąc liczba wydanych wiz rosła o 40-50%. (…) Drugim pod względem ważności aspektem sprawy polskiej jest dla Niemiec kwestia zadłużenia: jedna trzecia z 39 mld dol. polskiego zadłużenia przypada na Niemcy Zachodnie. Ministrowie finansów muszą być elastyczni, Polska jest bowiem tylko jednym z wysoko zadłużonych krajów, powinniśmy być ostrożni w ustanawianiu precedensów, które będą trudne (jeśli nie niemożliwe) do powtórzenia.
    Depesza zastępcy przedstawiciela Stanów Zjednoczonych przy NATO Johna Kornbluma do sekretarza stanu z 14 kwietnia 1989 r.

    Kuroń podkreślił, że Stany Zjednoczone muszą podjąć zasadnicze kroki, aby pomóc Polsce. Polska jest w trakcie bezprecedensowych zmian. Wprowadzenie mechanizmów prawdziwie rynkowych jest operacją ogromną i stwarzającą duże ryzyko. Opozycja jest świadoma, że reformy rynkowe mocno powiększą nierówności w dochodach, zanim przyniosą duży wzrost poziomu życia, a jeżeli nastąpi to zbyt raptownie, skutkiem będzie rewolucja. Depesza sekretarza stanu do ambasady USA w Warszawie z 3 maja 1989 r., dotycząca rozmowy asystenta sekretarza ds. europejskich Thomasa W. Simonsa z Jackiem Kuroniem. Wiele szczegółów porozumień Okrągłego Stołu i związanych z nimi rozwiązań instytucjonalnych zostało wypracowanych przez „Solidarność” po to, aby uniknąć wrażenia jakiejkolwiek współpracy z reżimem, przypominającej partnerstwo. To nie miała być konstrukcja koalicyjna. Depesza ambasadora Davisa z 24 maja 1989 r. AUTOR: Krzysztof Wasilewski
  • Kulisy obrad Okrągłego Stołu, czyli różne wymiary zdrady
    http://niezwykle.com/wp-content/uploads/2015/04/kiszczak-walesa.jpg Zdrada okrągłego stołu

    Był wtorkowy wieczór, 7 marca 1989 r. w Magdalence. Bodaj najważniejsze z magdalenkowych spotkań „strony opozycyjnej” z przedstawicielami władz PRL. Właśnie wówczas przyjęto zbliżony do końcowego kształt okrągłostołowego kontraktu. Wszystko, co było później przypominało już tylko teatr, bo było jedynie realizacją magdalenkowych ustaleń. Samozwańczy reprezentanci „Solidarności” zaakceptowali podział mandatów w Sejmie (65% – obóz władzy, 35% – „Solidarność”), wolne wybory do Senatu, powstanie silnego kompetencyjnie urzędu prezydenta (dla wszystkich było jasne, że będzie nim gen. Wojciech Jaruzelski) wybieranego przez Zgromadzenie Narodowe (Sejm i Senat) oraz „niekonfrontacyjny” charakter wyborów (powstrzymanie się od ataków na kandydatów).

    Wszystko zakończyło się suto zakrapianą imprezą zorganizowaną przez szefa MSW i wieloletniego wojskowego czekistę gen. Czesława Kiszczaka, który zlecił wcześniej utrwalenie kamerą wideo tych historycznych scen. Był na tyle akuratny, że już w czasie pierwszych poufnych dyskusji wspomniał, że towarzysząca mu „kamera nie jest z telewizji”. Ale wcale nie zrobiło to większego wrażeniach na opozycyjnych partnerach Kiszczaka.

    Leży przede mną nigdy nie publikowany zapis stenograficzny tzw. taśm Kiszczaka (wideo) z zakulisowych rozmów na Zawracie i w Magdalence. Wartość tego dokumentu ma przede wszystkim wymiar symboliczny, bowiem dokumentuje dynamiczny proces fraternizacji elit okrągłostołowych, które wkrótce stanowić będą już wspólną elitę III RP. „Wałęsa rozwiązuje krzyżówkę” – czytamy w stenogramie. „Wałęsa jedząc słone paluszki słucha wypowiedzi Janusza Reykowskiego w sprawę wyborów”. I dalej: „Wałęsa pijący alkohol”. „Jacek Kuroń, Stanisław Ciosek, Zbigniew Bujak – rozmawiają i piją wódkę. Adam Michnik pijący wódkę. Czesław Kiszczak i Bronisław Geremek rozmawiający. Ireneusz Sekuła opowiada dowcip. Kiszczak wznosi toast, Michnik odpowiada, że pije za taki rząd gdzie Lech będzie premierem a gen. Kiszczak ministrem spraw wewnętrznych”.

    Było coraz weselej: „Wałęsa z kieliszkiem wznosi toast za zdrowie generała; kelnerzy dolewają alkohol do kieliszków. Lech Wałęsa, Adam Michnik, Tadeusz Mazowiecki, Czesław Kiszczak, Romuald Sosnowski stukają się kieliszkami. Sekuła w sposób humorystyczny wznosi toast za zdrowie premiera Mieczysława F. Rakowskiego (śmiech Sali). Wałęsa tłumaczy coś Kiszczakowi. Kuroń rozmawia z Cioskiem i Lechem Kaczyńskim. Sekuła wyciąga cygaro. Geremek pali cygaro. Kuroń z papierosem. Michnik opowiada dowcip o Jezusie i żydowskim przewoźniku po Jeziorze Genezaret”.

    Były też nietaktowne żarty podkreślające miłą atmosferę: „Michnik śmiejąc się (widoczne ubytki w uzębieniu) wznosi kieliszek. Sekuła opowiada żart o onanizmie i jąkale. Kuroń opowiada anegdotę o swojej i Michnika przygodzie z tajniakami. Michnik opowiada dowcip o jąkale i okrągłym stole. Koniec posiłku, uczestnicy negocjacji przechodzą do szatni”. „Kiszczak żegna się ze wszystkimi uczestnikami obrad” i „macha na pożegnanie”. „Przedstawiciele strony rządowo-partyjnej rozmawiają we własnym gronie. B. Królewski chwali Kiszczaka za zręczność i umiejętności dyplomatyczne, dzięki którym spotkanie przebiegło pomyślnie”.

    „Dogadywanie się elit”

    Rzeczywiście już wówczas były powody do odbierania gratulacji. Od połowy września 1988 r. Kiszczak rozmawiał z Wałęsą i jego towarzyszami, dopinając w szczegółach ustrojową zmianę polegającą na przesunięciu ośrodka władzy z gmaszyska KC PZPR do Belwederu, którego gospodarzem – już jako prezydent – miał zostać Jaruzelski. Dyktator stał się tym samym patronem i obrońcą całego instytucjonalno-personalnego układu postkomunistycznego transformującego PRL w III RP. Jednocześnie przyznać należy, że cena jaką zapłacił Kiszczak za tę „transakcję epoki” była wyjątkowo niska. Podczas kolejnych rund negocjacyjnych szef MSW nie ustąpił nawet w tak błahej sprawie jak relegalizacja NSZZ „Solidarność”. W rzeczywistości oficjalne przywrócenie szyldu „Solidarności” nastąpiło dopiero w kwietniu 1989 r. już po zamknięciu obrad okrągłego Stołu. Zabieg z odłożeniem legalizacji „Solidarności” w istotny sposób skompromitował solidarnościowych uczestników okrągłego stołu. Nawet Jacek Kuroń już w listopadzie 1988 r. zauważył, że toczone zakulisowo rozmowy są „w pewnym sensie »dogadywaniem się « elit” i świadczą o wysokich kompetencjach policyjnych Kiszczaka: „bardzo celne posunięcie gen. Kiszczaka, gdyż inicjatywa ta [okrągłego stołu] postawiła całą opozycję w bardzo trudnej sytuacji. Aczkolwiek spory personalne i proceduralne dały przewagę propagandową opozycji to jednak przystępując do rozmów mają przedstawiciele opozycji świadomość, że „podkładają głowy pod gilotyną”. Bez względu ma to, co osiągną to i tak będą oskarżani, że osiągnęli za mało, że dali się „przekupić” itp. […] Zdaniem Kuronia – czytamy w meldunku MSW – jest to najważniejsze posunięcie w ostatnich latach dezorganizujące opozycję, chociaż chwilowo połączyło ją. W obawie przed własnym środowiskiem, opozycjoniści musza zyskać w obradach „okrągłego stołu” ustawę o związkach zawodowych. W przeciwnym razie skompromitują się. Zaznaczył, iż byłby w dużo lepszej sytuacji gdyby nie był wytypowany do uczestnictwa w obradach”.

    Opozycja żyruje pożyczki Gierka

    „Stan gospodarki posadził władze przy Okrągłym Stole” – powiedział w lutym 1989 r. uczestniczący w zakulisowych rozmowach z komunistami Lech Kaczyński. To prawda. Nikt i nic komunistów w istocie nie obalało tak skutecznie jak katastrofalny stan gospodarki. Główną determinantą ugody pomiędzy władzami PRL i „konstruktywnymi” z „Solidarności” z przełomu 1988 i 1989 r. była kondycja finansowa i niewypłacalność reżimu Jaruzelskiego wobec zachodnich kredytodawców z rozmaitych banków komercyjnych (skupionych głownie w Klubie Paryskim) i ich rządowych żyrantów. Wspierani przez wywiad cywilny eksperci rządowi uczestniczący w kolejnych turach rozmów z Międzynarodowym Funduszem Walutowym i Klubem Paryskim już w latach 1986-1987 sygnalizowali swoim zwierzchnikom, że „przeprogramowanie istniejących zaległości płatniczych, przesunięcie bieżących płatności i nowe kredyty z MFW i Banku Światowego” są możliwe jedynie wówczas, kiedy ekipa Jaruzelskiego zdecyduje się na wprowadzenie zasadniczych zmian w systemie ekonomiczno-politycznym PRL. Stąd też Departament I MSW nieustannie alarmował Jaruzelskiego, że bez poluzowania gospodarki i otwarcia się na „konstruktywną opozycję” system PRL znajdzie się nad przepaścią wynikającą z bankructwa państwa. W tym sensie podjęcie rozmów z konstruktywną opozycją w sierpniu 1988 r. było niezbędne dla wiarygodności PRL i możliwości prowadzenia rozmów z MFW i Klubem Paryskim w sprawie zadłużenia. Niemal od razu po zainicjowaniu dialogu między władzą i opozycją pojawiły się postulaty rządu Rakowskiego o przyznanie przez MFW pierwszej transzy kredytu w wysokości 150 mln dolarów, odroczenie przez Klub Paryski spłat za 1988 i 1989 r., redukcję długu i kosztów obsługi zadłużenia wobec banków aż o 50% i przyznanie przez kraje EWG pożyczki stabilizacyjnej dla PRL w wysokości 300 mln dolarów. Ten kierunek i postulaty miała wesprzeć „Solidarność”. Bez niej operacja ratowania reżimu na arenie międzynarodowej nie mogła się udać. Nieprzypadkowo szef wywiadu gen. Zdzisław Sarewicz pisał wówczas, że „zgodna prezentacja powyższych postulatów przez rząd i środowisko opozycyjne – niezależnie od szans ich realizacji wymusiłaby – wg ekspertów MFW – zmianę nastawienia wierzycieli do polskich problemów finansowych”.

    Jednocześnie rozpoczynał się wówczas proces liberalizacji stosunków gospodarczych, ale i wielki skok partyjnej nomenklatury oraz społeczności tajnych służb na „bazę materiałowo-kapitałową sektora państwowego”.

    Ochrona „zasadniczych radzieckich interesów”

    Aby solidarnościowa opozycja mogła skutecznie zaświadczyć swoją odpowiedzialność i troskę za stan gospodarki PRL trzeba było ją wpierw zdezintegrować przez podział i przeformatować w kierunku bardziej konstruktywnym. Nieprzypadkowo we wrześniu 1986 r. Wałęsa ignorując stanowisko działaczy podziemia nawet głównego nurtu (z Tymczasowej Komisji Koordynacyjnej NSZZ „Solidarność”) i Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” wybranej na zjeździe w 1981 r. (skupionej później wokół Grupy Roboczej Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”, która krytykowała pomysł rozmów z komunistami, domagała się poszanowania wewnątrzzwiązkowej demokracji, żądając przy tym „rekonstrukcji władz NSZZ ≫Solidarność≪ przy uwzględnieniu statutu Związku i wyników demokratycznych wyborów z 1981 r.”), powołał jawną strukturę władzy nad zdelegalizowanym związkiem – Tymczasową Radę „Solidarności”, której skład dobierał, konsultując się ze środowiskiem Kuronia i Michnika oraz najbliższym otoczeniem. Powołanie TRS było zgodnym z interesami władz faktycznym zamachem stanu, sankcjonującym pozbycie się z kierownictwa „Solidarności” ludzi sprzeciwiających się ugodzie z komunistami. W ten sposób zaczęto realizować koncepcję budowy zupełnie nowej „Solidarności” – „od góry w dół”, bez „tych głupich” i „ekstremy”, jak mówił już kilka lat wcześniej w rozmowach z komunistami Wałęsa.

    Ta nowa „Solidarność” od razu, stosując charakterystyczną dla siebie nowomowę, zadeklarowała „gotowość uczynienia kroków na drodze dialogu i porozumienia” „dla ratowania kraju przed gospodarczą i ekologiczną katastrofą”. Nieustannie zaczęto mówić o „odpowiedzialności” i – jak w raporcie „Polska. 5 lat po Sierpniu” opracowanym przez zespół Tadeusza Mazowieckiego – o respektowaniu „zasadniczych radzieckich interesów”. Tę myśl najpełniej rozwinął już w marcu 1985 r. Jacek Kuroń na łamach „Tygodnika Mazowsze” głosząc idee całkowicie zbieżne z sowiecką koncepcją rozbrojenia Zachodu (podobne do tzw. planu Rapackiego podyktowanego w 1957 r. przez Moskwę) w taki sposób, aby nie był on zdolny do samoobrony w momencie ataku wojsk Układu Warszawskiego: „w naszym najgłębszym interesie leży przerwanie wyścigu zbrojeń. Można to zrobić tylko w jeden sposób: przez demilitaryzację i neutralizację Europy środkowej, przy żelaznym założeniu, że demilitaryzacja jest nierozerwalnie związana z neutralizacją. W czerwcu 84-go roku napisałem to z więzienia w apelu do wszystkich ludzi, którym na sercu leży sprawa pokoju. Konkretnie chodzi o to, aby Niemiecka Republika Federalna, Niemiecka Republika Demokratyczna, Polska oraz inne kraje Europy środkowej zostały wyłączone ze zbrojeń i jednocześnie zneutralizowane, co oznacza, że nie należałyby do żadnego bloku i nie były przeciw blokom wykorzystywane jako baza militarna, ideologiczna czy polityczna. Pod kontrolą międzynarodową i przy zagwarantowanych granicach narody tych państw same stanowiłyby o swoim ustroju, o swoich wewnętrznych sprawach. […] dlatego na takim zneutralizowanym obszarze, i tylko tam, możliwe byłoby rozbrojenie nie naruszające równowagi sił. Byłby to więc realny krok w drodze do ograniczenia wyścigu zbrojeń. Nadto strefa, o której mowa, w Europie oddzieliłaby od siebie o ponad tysiąc kilometrów armie przeciwstawnych bloków militarnych. Propozycja ta jest zarazem jedyną szansą pokojowego zjednoczenia Niemiec, taką przy tym, która nie wywoła sprzeciwu państw z Niemcami sąsiadujących. […] Można sobie wyobrazić, że […] jedna z grup walczących o władzę w Związku Radzieckim rzeczywiście postawi na rozbrojenie i reformy. […] może się okazać, że jedyna droga do rozbrojenia, na którym zależy przywódcom sowieckim, wiedzie przez neutralizację i demilitaryzację środkowej Europy”.

    Kryptonim „Brzoza” czyli poszukiwanie partnera

    Komuniści i ich tajne służby nie kryły satysfakcji. To, co się stało, było zbieżne z realizowaną od 1986 r. przez bezpiekę operacją o kryptonimie „Brzoza”, która także stawiała na partnerski dialog z „konstruktywnymi” działaczami „Solidarności”, przy jednoczesnym zaniechaniu jakichkolwiek dalszych represji. Był to – jak pisali w memoriale dla Wojciecha Jaruzelskiego Jerzy Urban, Stanisław Ciosek i gen. Władysław Pożoga – „doniosły, dodatkowy czynnik powodujący rozkład podziemia”. Prawdopodobnie to właśnie operację „Brzoza” miał na myśli Jan Lityński, pisząc we wrześniu 1986 r. na łamach „Tygodnika Mazowsze”: „Wypuszczenie wszystkich więźniów politycznych jest — i warto to podkreślić

    — ruchem w pewnym sensie swobodnym, niewymuszonym bezpośrednio przez żadne siły zewnętrzne. […]. Rozegrano tu zdumiewający scenariusz, bez precedensu w historii tego systemu. Oto okazało się, że czołową siłą polityczną w kraju jest policja. Przesłuchania w więzieniach i aresztach, rozmowy z gen. Kiszczakiem i jego podwładnymi nie były tym, za co je braliśmy — rutynowymi działaniami policyjnymi, lecz przeciwnie — negocjacjami politycznymi. Oczywiście, w komunizmie policja zawsze była ważnym i wpływowym lobby, ale nigdy nie występowała jako siła bardziej wyrazista niż Biuro Polityczne. Nie wiem, co to oznacza, ale być może rola policji okaże się ważniejsza niż wojska po 13 grudnia”.

    Temu wszystkiemu towarzyszyła dość zdumiewająca deklaracja Wałęsy do spółki ze Stefanem Bratkowskim, Bronisławem Geremkiem, Tadeuszem Mazowieckim, Stanisławem Stommą, Klemensem Szaniawskim, Jerzym Turowiczem, Janem Józefem Szczepańskim i Andrzejem Wielowieyskim, który w październiku 1986 r. zaapelował do władz amerykańskich o zniesienie sankcji gospodarczych nałożonych na PRL po wprowadzeniu stanu wojennego. Grupa, której przewodził Wałęsa, wystąpiła także z prośbą o nadanie PRL klauzuli najwyższego uprzywilejowania w stosunkach gospodarczych! Jaruzelski użył w ten sposób noblisty i szyldu opozycji do próby wyciągnięcia dogorywającego PRL z międzynarodowej izolacji. Jednocześnie z meldunku szefa wywiadu PRL opracowanego na podstawie raportu agenturalnego „Irmeny” (Zdzisława Pietkuna – ważnego człowieka kierownictwa podziemia) wynika, że była to inicjatywa narzucona Wałęsie przez jednego z dyplomatów amerykańskich rezydujących w Warszawie, by w ten sposób uczynić z „Solidarności” i środowisk dysydenckich w Polsce przedmiot międzynarodowej gry.

    Stary szyld – neo „Solidarność”

    Pod koniec 1987 r. w miejsce TKK i TRS powono kolejny byt – Krajową Komisję Wykonawczą NSZZ „Solidarność”. Z ponad setki członków Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” z 1981 r. w KKW ostało się jedynie sześciu sojuszników „warszawki” i Wałęsy – Zbigniew Bujak, Władysław Frasyniuk, Stefan Jurczak, Bogdan Lis, Antoni Stawikowski i Antoni Tokarczuk! Jeden z rzeczników i beneficjentów tej zmiany w „Solidarności” Jan Lityński, ogłosił wówczas w „Tygodniku Mazowsze”, że „Solidarność” nie może już więcej odpowiadać na wszystkie propozycje komunistów „totalnym i głośnym »nie«!”: „Dziś droga do zniesienia systemu wiedzie poprzez wysunięcie programu reform i poparcia dla wszystkich – niezależnie od koloru politycznego – którzy te reformy zechcą realizować”.

    Ale żeby tak było, należało wyrzucić z niej prawie wszystkich członków władz krajowych i większość ludzi tworzących struktury związkowe w regionach. Rzeczywiście ta nowa „Solidarność” była coraz bardziej konstruktywna i przewidywalna. Doceniało to przewidujące przyszłość trio (Pożoga-Urban-Ciosek) doradców Jaruzelskiego, które w styczniu 1988 r. tak pisało do towarzysza generała: „Uważamy, że naszym realistycznym celem powinno być ustawiczne oswajanie bardziej ugodowego skrzydła nastawionego na koegzystencję z »reżimem«, asymilowanie i neutralizowanie tego skrzydła, budowanie przepaści między nim a opozycją radykalno-nielegalną. Instrumentem byłyby tu: taktyczne sojusze na rzecz reform, dopuszczenie grup opozycji umiarkowanej do ograniczonej współodpowiedzialności. Na różnych szczeblach wchłanianie w obręb naszych wpływów i instytucji najbardziej oswojonych elementów opozycji umiarkowanej. (…) Taktyka oswajania to wytrącanie opozycji możliwości uprawiania sprzeciwów natury ogólnej i głoszenia pięknie brzmiących haseł, natomiast wmanewrowanie jej w dyskusje o konkretnych problemach, zmuszanie do brania pod uwagę możliwości i realnie istniejącej sytuacji oraz rzeczywiście możliwych rozwiązań. Taka platforma uczestnictwa umiarkowanej opozycji w życiu kraju oddzieli ją najsilniej od fundamentalistów”. W ten sposób, kosztem wziętej w dwa ognie antykomunistycznej „ekstremy”, holowano wiernego neosolidarnościowego partnera z Matką Boską w klapie, z którym można było w przyszłości zawrzeć prawdziwą transakcję epoki – okrągły stół i bezkonfliktowe przejście z PRL do postkomunizmu III RP, dla jednych z solidarnościowego styropianu na salony władzy, dla drugich z SB do UOP, z PZPR do SDRP, z Komitetu Centralnego do zarządu banku…

    Strajki ’88 uwiarygodniają partnera

    Czas ostatecznej rozgrywki przypadł na strajk sierpniowy 1988 r. Już po dwóch dniach strajkowania (24 sierpnia) pojawiła się konkretna oferta – zgoda komunistów na rozmowy Okrągłego Stołu, a w konsekwencji również ustalenie ścieżki ku pluralizmowi związkowemu (w domyśle relegalizacji „Solidarności”), ale w zamian za zakończenie strajku. Dla wtajemniczonych w poufny dialog „opozycji” z władzą nie było to większym zaskoczeniem. Scenariusz ten był bowiem przedyskutowany przez Kuronia w Departamencie III MSW już dwa dni wcześniej (22 sierpnia 1988 r.!). W komunikacie z tej rozmowy funkcjonariusze bezpieki – mjr Jan Lesiak i płk Wacław Król – napisali m.in., że Kuroń przewiduje, iż „podjęte zostaną bezpośrednie rozmowy z Lechem Wałęsą bez żadnych warunków wstępnych ze strony rządu. W czasie tych rozmów strona rządowa wyraża zgodę na wprowadzenie pluralizmu związkowego z dniem 1 stycznia 1989 roku, natomiast Lech Wałęsa zobowiązuje się do podjęcia natychmiastowych działań w kierunku wygaszania strajków”.

    Tak się w istocie stało. Zgodnie z planem Kuronia, Wałęsa natychmiast pozytywnie zareagował na propozycję Kiszczaka, deklarując w liście, że jest gotów do dialogu, „nie stawiając żadnych warunków wstępnych ani ograniczeń tematycznych”. Później, podczas bezpośredniej rozmowy z Kiszczakiem, zadeklarował, że chce „Solidarności” „czysto związkowej” i krytykował „moment rozpoczęcia” strajków. Ale Kiszczak wystąpił wobec niego jak surowy przełożony i oświadczył: „Czekamy przez 20 godzin na działalność pana Lecha Wałęsy w sprawie wygaszenia strajków. Do tego czasu będzie powstrzymane ewentualne użycie środków wymuszających przestrzeganie prawa”. Wałęsa się wystraszył. Przyznał to w pamiętniku: „Wiłem się jak piskorz, atakowałem z prawa i z lewa, ale generał Kiszczak postawił rzeczowe, twarde warunki: legalizacja »Solidarności « będzie możliwa tylko wtedy, gdy rozmowy Okrągłego Stołu zakończą się parafowaniem narodowego porozumienia; obecnie strajki powinny wygasnąć w ciągu osiemnastu godzin; następne ustalenia w sprawie Okrągłego Stołu poczynimy za dwa tygodnie, a w tym czasie przygotujemy wstępne listy negocjatorów i doradców. Oczywiście nie byłem zadowolony, ale też nie mogłem zbytnio podskakiwać. Kilkanaście strajkujących zakładów to nie kilkaset jak w sierpniu 1980, a generał powiedział bez ogródek, że i tak „beton” partyjny próbuje torpedować każdą ofertę ugody z opozycją”. Wałęsa miał świadomość, że nawet jako lider neo-„Solidarności” dla władz PRL jest tylko byłym konfidentem SB i niezbędnym symbolem do przeprowadzenia transformacyjnej maskarady. Zatem nasz pokojowy noblista grał przede wszystkim na siebie i na swoje ambicje. Świadomie rozmijał się z nastrojami żądnej walki z komuną solidarnościowej młodzieży, która niewiele rozumiała z jego ówczesnej postawy.

    Był to spory sukces komunistów i osobiście zwierzchnika tajnych służb. Nieprzypadkowo takiemu przekonaniu dał też wyraz gen. Jaruzelski na forum KC PZPR, ogłaszając, że właśnie: „Wałęsa stał się osobą publiczną, włączył się do opanowania strajków. Strajkują, bo chcą uzyskać legalny status. W 1981 r. prawie mieli władzę i też strajkowali. A więc potwierdzają raz jeszcze, że są partią strajków, burzycieli. Rozmowa Wałęsy to nie nasza Canossa. To Wałęsa razem z biskupem przyjechał do szefa policji, a nie odwrotnie”.

    Komitet Obywatelski czy Kontakt Obywatelski?

    „Dlaczego nie wypominamy przeciwnikom ich grzechów, zbrodni, a byłoby co. (…) O nas mówi się stalinowcy. A dlaczego wszystkim Woroszylskim, Mazowieckim nie przypominamy peanów na cześć Stalina? (…) Czy tak bardzo nam na nich zależy, że dajemy się opluwać, milczymy, nie przypominamy ich nieprawości?” – mówił wówczas Kiszczak. Okazało się jednak, że komunistom tak bardzo zależało na byłych stalinowcach, których po stronie solidarnościowo-opozycyjnej było wielu, że argumentu z ich haniebnej przeszłości nigdy nie użyli. Nie mogli go wykorzystać też jako środka nacisku zgromadzonej przez SB wiedzy o agenturze po stronie „opozycyjnej”. Przeciwnie, ta nadal czynna i ta formalnie już wyrejestrowana, musiała być chroniona i wspomagana przez cały komunistyczny aparat państwowy. Musiało tak być, ponieważ jej wiarygodność w oczach opinii publicznej była warunkiem zduszenia społecznej opozycji wobec „kontraktu”.

    W każdym razie na przełomie 1988 i 1989 r. obie strony politycznego dialogu, a w zasadzie już nie strony, bo przecież mebel okrągłego stołu ma to do siebie, że raczej symbolicznie łączy, a nie dzieli, świetnie zdawały sobie sprawę z wagi całego przedsięwzięcia. W obozie władzy o wszystkim decydowali Jaruzelski z Kiszczakiem, zaś po stronie neo „Solidarności” warszawski salonik. Kuroń nie krył satysfakcji z pozycji, jaką on i jego środowisko zajęło, podporządkowując sobie Wałęsę i rekonstruowany związek, choć na zupełnie innych warunkach i w nowym kształcie. Od tej pory to Kuroń i jego polityczni przyjaciele mieli decydować o politycznych karierach ludzi „Solidarności”. Po kolejnej turze jego rozmów w MSW funkcjonariusze Departamentu III MSW pisali: „W środowisku opozycyjnym stwierdza się, iż uczestnictwo w dyskusji przy Okrągłym Stole będzie nobilitowało, bowiem oznacza formalne uznanie przez władzę społecznej reprezentatywności osób zaproszonych. Co więcej, w przekonaniu większości osób z opozycji, uczestnictwo w rozmowach otwiera szerokie możliwości kariery politycznej. Przed ludźmi mającymi szanse na takie uczestnictwo staje alternatywa: albo ukorzyć się przed środowiskiem postkorowskim i złożyć niejako deklarację lojalności albo zachować samodzielność. Jacek Kuroń, w prowadzonych licznych rozmowach, stara się wytwarzać wrażenie, że może on co najmniej odsunąć każdego niewygodnego działacza opozycyjnego”.

    W tej sytuacji stało się zupełnie oczywiste, że Lech Wałęsa musi wyrazić zgodę na zamknięcie w „złotej klatce”, jaką wymyślił dla niego salonik wszechmocnego Kuronia, zgłaszając pod koniec 1988 r. pomysł powołania Komitetu Obywatelskiego przy Przewodniczącym NSZZ „Solidarność”. Komitet Obywatelski przy Wałęsie, którego członków nikt przecież demokratycznie nie wybierał, ale dobierał według towarzysko-politycznego klucza, stał się polityczną czapą nad całą „Solidarnością”. Przypominał też powołaną dwa lata wcześniej Radę Konsultacyjną przy Przewodniczącym Rady Państwa, z tą tylko różnicą, że Jaruzelski w przeciwieństwie do Wałęsy, posiadał w tym gremium realną władzę i decydujący głos. Zamiast „ekstremistów”, czyli władz „Solidarności” wybranych w demokratycznych wyborach, komuniści ostatecznie wykreowali „konstruktywnego partnera”. W marcu 1989 r. na posiedzeniu Biura Politycznego KC PZPR Kiszczak mówił wprost: „Równolegle z szeroką falą rozmów w zespołach i podzespołach »okrągłego stołu « ukształtował się odrębny, poufny nurt dialogu. Miał on formę spotkań roboczych w wąskim gronie z udziałem Wałęsy oraz obserwatorów strony kościelnej”.

    Kiszczak miał zapewne przede wszystkim na myśli rozmowy prowadzone w „obiekcie specjalnym” numer 135, należącym do Departamentu I w Magdalence. Wiosną 1989 r. stały się one jeszcze bardziej konstruktywne, kiedy zaczął w nich uczestniczyć Michnik. Według władz PRL, w tym szefa bezpieki gen. Henryka Dankowskiego, Michnik — obok Geremka i Mazowieckiego — stał się w tym czasie „głównym architektem polityki opozycji w trakcie Okrągłego Stołu”. Był radykalnym rzecznikiem porozumienia z komunistami. Już pod koniec lutego 1989 r. tłumaczył kolegom z „Solidarności” „konieczność rezygnacji z tzw. rozliczania za czas stanu wojennego, aby nie psuć atmosfery i nie dawać do ręki konserwie partyjnej broni”.

    Ale Kiszczak miał też na myśli bardziej zindywidualizowany „poufny nurt dialogu”, o którym wciąż mało wiadomo. Na jego polecenie Biuro Studiów SB MSW sporządziło w tym czasie wykaz 135 członków Komitetu Obywatelskiego przy Przewodniczącym NSZZ „Solidarność” Lechu Wałęsie z informacjami o prowadzonych bądź planowanych rozmowach z bezpieką. Najpoważniejszą grupę (35 osób) stanowiły osoby przewidziane do rozmów lub takie z którymi istnieje możliwość prowadzenia dialogu ze względu na ich „konstruktywną” postawę. Wśród nich wymieniono m.in. Jacka Bartyzela („istnieje możliwość nawiązania dialogu”), Aleksandra Halla („można podjąć z nim rozmowy”), Julię Hartwig („przewidywana do rozmów”), Lecha Kaczyńskiego („możliwy jest z nim dialog”), Ryszarda Kapuścińskiego (były TW, „przewidywany do rozmów”), Stefana Kisielewskiego („można z nim rozmawiać”), Marcina Króla („możliwe rozmowy”), Jacka Kuronia („można z nim rozmawiać”), Jana Józefa Lipskiego („przewidywany do rozmów”), Bogdana Lisa („możliwość nawiązania rozmów”), Tadeusza Mazowieckiego („można rozmawiać”), Artur Międzyrzecki („przewidywany do rozmów’), Janusza Onyszkiewicza („można z nim rozmawiać”), Ryszarda Reiffa (były TW, „kandydat do dialogu”), Stanisława Stommę („możliwy dialog”), Jana Józefa Szczepańskiego („można rozmawiać”), Witold Trzeciakowski (były TW, „można rozmawiać”), Andrzeja Wajdę („możliwy dialog polityczny), Andrzeja Wielowieyskiego („możliwy dialog”), Wiktora Woroszylskiego („można z nim rozmawiać”), Jacka Woźniakowskiego („przewidywany do rozmów”), Krystynę Zachwatowicz („można rozmawiać”). Spośród osób wytypowanych do rozmów funkcjonariusze SB wyodrębnili trzy nazwiska (Bronisława Geremka, Henryka Samsonowicza i Andrzeja Stelmachowskiego) przy których pojawiały się adnotacje „należy z nim rozmawiać” lub „rozmawiać”. Pojawiła się też kategoria osób „podejmujących rozmowy” (m. in. Jacek Merkel) lub z którymi „prowadzi się dialog” (Wiesław Chrzanowski, Krzysztof Śliwiński i Stefan Wilkanowicz). Pozostałe osoby w wykazie to te, które ze względu na poglądy i postawę nie nadawały się do rozmów (m. in. Jarosław Kaczyński, Jan Olszewski, Zbigniew Romaszewski, Klemens Szaniawski) lub kategorycznie odmówiły dialogu jak np. Ryszard Bugaj, Jacek Czaputowicz i Władysław Frasyniuk. Wykaz Biura Studiów zawiera również nazwiska przy których nie zawarto jakiejkolwiek opinii w sprawie możliwości podjęcia rozmów. Przykładowo przy nazwisku Wojciecha Lamentowicza napisano, że jest „figurantem” Zarządu V Szefostwa WSW, Jerzego Dietla określono mianem „figuranta” wywiadu cywilnego, choć wiadomo, że był wykorzystywany jako Kontakt Operacyjny krypt. „Koda przez Departament I MSW („przekazywał informacje na temat działalności ekspertów Episkopatu Polski ds. pomocy polskiemu rolnictwu oraz pobytu delegacji Episkopatu Polski w USA”), zaś Władysława Findeisena jedynie jako „figuranta” Departamentu IV MSW, który w rzeczywistości był zarejestrowany przez SB jako KO ps. „Wiktor” i KO ps. „Vikers”.

    Różne wymiary zdrady

    Problem zdrady okrągłego stołu można ukazywać na różne sposoby i w różnych wymiarach. Można – co czyniłem już wielokrotnie – analizować go przez pryzmat finalnej odsłony zmowy elit w „obiekcie specjalnym” nr 135 Departamentu I MSW (wywiadu cywilnego) w Magdalence i będącej jej efektem teatru negocjacyjnego okrągłego stołu, którym wiosną 1989 r. zaczęli pasjonować się Polacy oglądający pozorne spory o indeksację płac i pluralizm związkowy w zakładach pracy. W rzeczywistości, z całkiem oficjalnych dokumentów i protokołów wiemy obecnie, że przy dużym stole chodziło już tylko o formalne „klepnięcie” Magdalenki czyli prezydentury dla Wojciecha Jaruzelskiego, niedemokratycznych (bo wolnych jedynie w 35 procentach), ale i „niekonfrontacyjnych wyborów” 4 czerwca 1989 r. i gwarancję odbudowy w pełni kontrolowanej „Solidarności” „od góry w dół”, bez „tych głupich” i „ekstremy” – jak mówił Lech Wałęsa – mając na działaczy cieszących się poparciem „dołów” społeczno-związkowych jak Anna Walentynowicz, Andrzej Gwiazda czy Kornel Morawiecki.

    Na „transakcję epoki” – jak nazwał okrągły stół major SB a zarazem jeden z jego operatorów Krzysztof Dubiński, można też spojrzeć inaczej. Analizując polityczne, społeczne i ekonomiczne efekty zmowy elit z przełomu 1988-1989 roku, stosunkowo łatwo zauważyć, że „transakcja epoki” to w istocie kontrolowany proces zmiany inicjowany przez Moskwę z błogosławieństwem Waszyngtonu zainteresowanego przede wszystkim zjednoczeniem Niemiec, transferem rosyjskich Żydów z ZSRS do Izraela i warunkującym te cele spokojem w regionie. Z coraz pokaźniejszej literatury na ten temat (m. in. źródłowych książek Freda A. Lazina) wynika, że druga kadencja prezydentury Ronalda Reagana i jego kolejne rozmowy na szczycie z Michaiłem Gorbaczowem charakteryzowała szczególna troska o los i transfer Żydów do Izraela. Z tej perspektywy owa „transakcja epoki” staje się nie tyle polskim „laboratorium pierestrojki”, co elementem większego międzynarodowego „dealu” (transakcji!) pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Sowieckim, w którym „polskie przemiany” 1989 r. zabezpieczają rubieże sowieckiego imperium przed groźbą antykomunistycznej destabilizacji. Z tych względów stawką i celem tego procesu nie była wcale niepodległa Polska, ale przetransformowanie PRL w III RP, której fundamentem stał się systemowy postkomunizm oparty na zasadach ciągłości instytucjonalno-prawno-personalnej, wpływach różnych grup interesów, niesprawiedliwości społecznej i geopolitycznym status quo gwarantującym mocarstwom (a zwłaszcza Moskwie) wpływy i ochronę strategicznych interesów. W ten sposób, niejako z poręczenia głównych międzynarodowych graczy, powstało słabe państwo – Polska z charakterystyczną „demokracją peryferii”, dysfunkcjonalnym ustrojem, sprzedajnymi i nieprofesjonalnymi elitami, zapaścią kulturową i demograficzną, bezbronna, bez kapitału i własnego systemu bankowego, chroniczną niemocą niemal w każdej dziedzinie… Państwo jako ofiara „gangów kosmopolitycznych”, które „rozkradły Polskę”, jak wyznał w alkoholowym przypływie szczerości w 2006 r. były premier powiązany w dodatku z tajnymi służbami Moskwy.

    Nowa Targowica

    Kiedy 15 września 1988 r. kończyło się spotkanie Lecha Wałęsy z gen. Czesławem Kiszczakiem w rządowym pałacyku na Zawracie odprowadzający pokojowego noblistę i innych gości Stanisław Ciosek miał powiedzieć: „gdy obecnie rządzący podzielą się władzą z opozycją to będzie ona miała piękne samochody”. „Odjazd samochodu (mercedesa)” – zapisał stenografista z MSW. Ta scena jest niemal profetyczna, bowiem ukazuje podział Polski pomiędzy dwie grupy stanowiące od 1989 r. elitę właścicieli III RP. Istotą modelu transformacji była bowiem kooptacja części środowisk niezależnych (względem elity i nomenklatury komunistycznej) do obozu władzy. Stawką w tej sprawie mogła być m. in. ochrona nieprzypadkowo zainicjowanego w ramach powołanego w lutym 1989 r. Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego procesu nielegalnego wykupu długów czyli de facto grabieży majątku narodowego i przetransponowania go na prywatne konta. Warto podkreślić, że skuteczność manewru kooptacyjnego mogła zależeć od skali „oswojenia” lub skorumpowania partnera, co w przypadku FOZZ miało również zagwarantować ochronę całego procesu nadużyć finansowych.

    W sensie ustrojowym proces kooptacji przez korupcję gwarantowała odmowa wolnych wyborów w 1989 r., które mogły zagrozić zawartemu w Magdalence układowi. To jest może najważniejszy aspekt zdrady elit okrągłostołowych wobec narodu tak mocno różnicujący wydarzenia z wiosny 1989 r. i jesieni 1918 r. To co było oczywiste dla Piłsudskiego i Dmowskiego w 1918 r., by ogłosić niemal od razu pięcioprzymiotnikowe wybory do sejmu ustawodawczego pomimo realnych i daleko poważniejszych zagrożeń niż w 1989 r., stało się śmiertelnym zagrożeniem dla okrągłostołowych elit w 1989 r. A przecież jak trafnie pisał Paweł Jasienica w „Doświadczeniach polskich” każdy Polak „składając [26 stycznia 1919 r.] do urny wyborczej kartkę, uczestniczył w plebiscycie dotyczącym samej niepodległości kraju oraz wykreślającym granicę ustrojową wewnątrz Europy”. Tej możliwości – prawa, odmówiono Polakom w 1989 r. tłumacząc wszystko dochowaniem zaciągnięto zobowiązania wobec komunistów. Program niepodległości został w ten sposób odłożony ad acta.

    I na koniec raz jeszcze scenka z rozmów w Magdalence z 27 stycznia 1989 r.: gen. Czesław Kiszczak, Lech Wałęsa i Jan Janowski ze Stronnictwa Demokratycznego „stukają się kieliszkami”. Leje się alkohol. „Toast za powodzenie. Uczestnicy spotkania przechodzą do sali obrad. Sala obrad – sprawdzanie tekstu porozumienia, swobodne rozmowy zebranych”. I nagle: „Stanisław Ciosek mówi o swoim dylemacie czy uczestnicy negocjacji są reformatorami czy targowiczanami”! Tym samym to, co było chwilowym dylematem komunisty, który od końca lat 60. był powiązany z wojskowymi służbami PRL, stało się faktem. Magdalenka, a później okrągły stół, stały się symbolem współczesnej Targowicy i zdrady, zmowy elit, podziału władzy i majątku, zakotwiczenia Polski w systemowym postkomunizmie, rosyjskiej strefie wpływów i państwowej niemocy.

    Sławomir Cenckiewicz, przedruk za stroną Autora

    W artykule wykorzystano fragmenty wcześniejszych publikacji autora m.in. biografii Lecha Kaczyńskiego i książki Wałęsa. Człowiek z teczki.
  • @Rzeczpospolita 14:39:53
    ani , że to ub przeforsowała jego kandydaturę na biskupa ani, że jego rozmówcy i penitenci mieli potem problemy. ponoć podsłuch w konfesjonale. że też już w tamtych czasach były takie niezauważalne mikronadajniki

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
     12
3456789
10111213141516
17181920212223
242526272829