Gorące tematy: Wybory 2020 Ryszard Opara: „AMEN” Dyżury administratorów RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
134 posty 27551 komentarzy

Kula Lis

kula Lis 69 - Zagorzały Antybolszewik herbu Jastrzębiec

115 lat temu urodził się

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

„Kapitan własnej duszy” Karol Borchardt. Jeden z pierwszego pokolenia marynarzy Niepodległej. Wybitny marynarz, pisarz i wychowawca

                                                                                                                                                                                     

 

 O ileż uboższa byłaby spuścizna polskiej marynarki, gdyby nie postać Karola Olgierda Borchardta. Jeden z ostatnich wychowanków kapitana Mamerta Stankiewicza, dorastający w bliskości generała Mariusza Zaruskiego, od wczesnej młodości widział w morzu przestrzeń do rozwoju. Już w szkole ukuł termin „Kapitan Własnej Duszy”, stawiając sobie i przyjaciołom wyzwanie niezłomności. W wieku 15 lat uczestniczył jako ochotnik w wojnie polsko-bolszewickiej, podczas której został ranny i otrzymał po raz pierwszy Krzyż Walecznych. Równo 115 lat temu urodził się Karol Olgierd Borchardt – patriota, kapitan żeglugi wielkiej, wychowawca wielu pokoleń marynarzy oraz pisarz, którego morskie opowieści nie mają sobie równych. Dzięki jego książce „Znaczy Kapitan” postać Mamerta Stankiewicza została ocalona dla potomnych, a wielu młodych ludzi pod jej wpływem wstąpiło do polskiej marynarki i ruszyło w morze.

 
Nie będzie to tekst biograficzny, bo nie sposób zamknąć postaci kapitana Borchardta w tak skąpej formule. Jego wybitną biografką jest pani Ewa Ostrowska, która blisko współpracowała z kapitanem przez wiele lat aż do dnia śmierci w 1986 roku. Z serca polecam jej książki. Kapitan, dożywszy 81 lat, również zdążył szeroko opisać nie tylko własną historię życia, ale także dzieje rodzącej się polskiej marynarki handlowej, początki i rozwój Szkoły Morskiej w Tczewie oraz polskich pionierów marynarki – swoich rówieśników ale i ich mistrzów.
 
„Znaczy kapitan” Mamert Stankiewicz mistrzem Borchardta
Mistrzem kapitana i jego kolegów był bez wątpienia kapitan Mamert Stankiewicz. Łączyła ich niezwykła więź. Nie tylko zawodowa, ale po latach także przyjacielska. To właśnie kapitanowi Borchardtowi Mamert Stankiewicz powierzył marynarski testament życia: pamiętnik zatytułowany „Korsarz i Don Kichot”. Jesienią 1939 roku obaj płynęli razem transatlantykiem MS Piłsudski. Z tonącego statku kapitan Stankiewicz zszedł jako ostatni. Do końca dodawał otuchy swoim uczniom, których na szalupie ratunkowej próbował chronić nie tylko przed żywiołem potwornie zimnego morza, ale także przed ich własną paniką i rezygnacją. Bohaterską śmierć kapitana Mamerta Stankiewicza opisał później Borchardt w niezwykłej książce „Znaczy kapitan”. Obiecał mu to, odwiedzając jego grób na cmentarzu West View Cemetery w Hartlepool, we wschodnim wybrzeżu Anglii, nieopodal miejsca w którym zatonął jego „Piłsudski”.
 
Chciałbym jeszcze za wiele rzeczy Panu podziękować, miałem to zrobić w naszym rejsie do Nowej Zelandii. Przede wszystkim podziękować za drobiazgową wnikliwość w nasze wiadomości i zmuszanie do szybkiego przyswajania każdej nowości z dziedzin dotyczących bezpośrednio naszej pracy. Chciałbym móc powiedzieć wszystkim, że był Pan najbardziej precyzyjnym instrumentem, który działał niezawodnie podczas sztormu, mgły i śnieżycy, w drodze przez pola lodowe i w tropikalnej burzy. Jednak nie wydaje mi się to tak ważne jak fakt, że był Pan niezawodny w zwykłym, codziennym dniu na morzu, w każdym z tych siedmiu dni życia ludzi morza, od poniedziałku do poniedziałku. Wśród tych „siódemek” nigdy Pan nie zadrasnął godności osobistej ludzi, za których pracę był Pan odpowiedzialny. Wszystkie uwagi odnosiły się wyłącznie i zawsze do wykonywanej roboty i w miarę możliwości powiedziane były zawsze bez świadków.
 
Ten precyzyjny przyrząd nosił u Pana skrystalizowaną nazwę: ZNACZY KAPITAN. Jako przyrząd nawigacyjny Znaczy Kapitan zmieniał się i doskonalił stale. Te przeobrażenia powinny być zachowane w jakiś sposób. Nie wyryje się tego na zimnym głazie. To trzeba napisać. W takich wypadkach, jeśli było coś właśnie do wykonania, to decyzja u Pana była szybka: „Znaczy, to trzeba wykonać. Znaczy, pan to wykona”.
 
Słyszę, Panie Kapitanie. Ale przecież Pan wie, że pisać nie umiałem i nie umiem. Wszystkie moje wypracowania szkolne nosiły jedną i tę samą uwagę: „styl telegraficzny”. Gdybym teraz obiecał Panu, że będę starał się to napisać, byłoby to przyrzeczenie niemowy, że zacznie mówić. Jeśli nawet napiszę, nie wiem, czy ktoś zechce to czytać. W jaki sposób wytłumaczyć ludziom, że ZNACZY KAPITAN nie rodzi się, lecz tworzy latami z romantyzmu, sił woli i wiedzy?
 
Więc uważa Pan, że muszę napisać? To znaczy, że muszę się najpierw nauczyć mówić, wybadać, co ludzi będzie interesowało, a potem nauczyć się pisać. Sądzę, że powinny to być opowiadania. Ile ich ma być, aby dać całkowity obraz Pana pracy i zmagań? To chyba najłatwiejsze: ulubione Pana liczby to trzy i siedem, a więc trzydzieści siedem. W tej chwili przypomina mi się powiedzenie Pana: „Znaczy wszystko musi być zrobione PORZĄDNIE”. Tak jest, Panie Kapitanie! Od dzisiaj będę się uczył opowiadać i pisać. Pisać wszystko i o wszystkim tak długo, aż potrafię napisać to, o czym muszę napisać. O jedno tylko proszę, by zechciał mi Pan zawsze i wszędzie towarzyszyć
 
— pisze Karol Olgierd Borchardt na ostatnich kartach książki „Znaczy kapitan”.
 
Opisuje w niej także swoje losy w czasie tragicznego, wojennego rejsu MS Piłsudskiego. Kapitan Borchardt do ostatnich chwil pomagał w ewakuacji, po czym sam przygnieciony potężną belką stracił przytomność i odniósł ciężkie obrażenia. Po wyleczeniu, został starszym oficerem kolejnego transatlantyka MS Chrobry. W 1940 r. przeżył jego zbombardowanie i zatopienie w kampanii norweskiej. Za ewakuację załogi Chrobrego otrzymał ponownie Krzyż Walecznych. Wyszedł z tego z kolejnymi groźnymi urazami, co spowodowało odnowienie poprzednich. Uraz głowy sprawił, że przez wiele miesięcy borykał się z całkowitą bezsennością, a lekarze byli wobec niej bezradni. Z czasem jednak jego stan uległ poprawie, a silny organizm kapitana oraz jego niezłomny hart ducha, pomogły pokonać dolegliwości. Po wojnie był organizatorem, a potem dyrektorem polskiego gimnazjum i liceum morskiego w Landywood w Anglii. Po odejściu ze szkoły pływał w angielskiej linii żeglugowej. W 1949 roku wrócił do kraju na pokładzie statku MS Batory, pełniąc funkcję starszego oficera.
 
W Polsce okazało się, że decyzje polityczne wzięły górę. PRL-owscy lekarze uznali kapitana za niezdolnego do pływania na statkach z przyczyn zdrowotnych. Czyżby przeszkodą była jego patriotyczna przeszłość i niezłomność? Kapitan rozpoczął jednak pracę dydaktyczną w Państwowym Centrum Wychowania Morskiego, następnie uczył w Technikum Rybołówstwa Morskiego w Gdyni (1951‒1954) i w gdyńskiej Szkole Rybołówstwa Morskiego (1954‒1968). 1 września 1968 roku, po połączeniu Szkoły Rybołówstwa Morskiego z Państwową Szkołą Morską, powstała Wyższa Szkoła Morska w Gdyni, w której wykładał aż do przejścia na emeryturę w listopadzie 1970. Ale nie mógł pływać. Zemsta polityczna?
 
Nigdy też nie otrzymał zaproszenia na Dar Pomorza – ukochany żaglowiec, który obserwował z okien swojego mieszkania „na dachu” (zwanego „Siódmym niebem”) w willi w gdyńskiej „Kamiennej Górze”. A przecież związany był z tym statkiem niemal od samego początku. W 1938 r. rozpoczął pracę w Państwowej Szkole Morskiej w Gdyni, obejmując jednocześnie stanowisko zastępcy komendanta żaglowca szkolnego. Wybuch II wojny światowej zastał go na „Darze” podczas rejsu szkolnego, który na polecenie władz został zakończony w Sztokholmie. Dlaczego późniejszy kapitan żaglowca kpt. ż.w. Kazimierz Jurkiewicz, który piastował tę funkcję od 1956 do 1977 roku, nie umożliwił kapitanowi Borchardtowi rejsu na szkolnym żaglowcu? Urazy osobiste czy decyzje polityczne? Sprawiedliwość nastała dopiero po śmierci Borchardta. Wrócił na „Dar Młodzieży” z duchem swojego morskiego życia. Jego kabina z lat 1938-1989 została tam wiernie odtworzona i wyposażona w jego osobiste pamiątki, m.in. maszynę, na której pisał swoje książki i listy.
 
Kapitan własnej duszy
Kapitan Borchardt skupiał się na nauczaniu, wychowaniu młodzieży i pisaniu. To były jego główne zadania. Powtarzał swoją wykutą w młodości teorię, by stać się „kapitanem własnej duszy”. Jego matka stawiała na tężyznę fizyczną odkąd był małym chłopcem. Tłumaczyła mu, że musi być silny, by bronić Ojczyzny. Gdy dorastał, szukał nowych sposobów na poprawę swojej sprawności. Na początku gimnazjum wpadły mu w ręce książki o jodze i gimnastyce atletycznej. Mocno nimi zainspirowany, wyćwiczył nieprawdopodobne zdolności. Jednocześnie hartował organizm kąpielami w przerębli, a jego siła i wzrost nie miały sobie równych. Chodzenie na rękach nie sprawiało mu najmniejszych trudności, podobnie jak cyrkowe akrobacje. W czasie gimnazjum przyjaźnił się z Józefem Reuttem, późniejszym profesorem w Lublinie, z którym opracowali koncepcję stania się „kapitanem własnej duszy”.
 
Wymyśliliśmy nie nazwę, bo przed nami znali ją już Anglicy, tylko system, w jaki sposób zostać KAPITANEM WŁASNEJ DUSZY, to znaczy jak zapanować nad sobą samym, abym to ja decydował o sobie i swoim postępowaniu, a nie moje ciało. (…) Należało wieczorem napisać bardzo dokładny rozkład dnia następnego, przewidzieć wszelkie możliwe pokusy do opanowania i następnie bardzo dokładnie zrealizować. Nie znaczy to wcale, że w planie nie mogły się znaleźć przyjemności i rozrywki. Po dwóch latach nieprzerwanej realizacji programu można nazwać się „kapitanem własnej duszy” W wypadku jakiegokolwiek złamania należy cały program powtórzyć od początku przez dwa lata.
 

Jakże brakuje dziś młodym ludziom takich wzorców. Mistrzów, którzy zdołaliby pociągnąć ich za sobą w wytrwałą podróż w głąb siebie, zachęcić do zmagania ze słabością i poczuć głód prawdziwej przygody. Ale choć kapitana Borchardta nie ma dziś w „Siódmym niebie” na Kamiennym Wzgórzu, bez wątpienia jest w innej przestrzeni, równie bliskiej. Jest w swoich opowiadaniach, na kartach swoich książek, które nie tylko sławią historię pierwszej morskiej uczelni i ukazują pierwsze zastępy marynarzy niepodległej Polski. Jego książki budzą wyobraźnię, głód morskiej przygody, ale także chęć stania się lepszym człowiekiem. Budzą pragnienie zawalczenia o to, by kiedyś spróbować zostać kapitanem własnej duszy… Pamiętajmy o Kapitanie! Czytajmy go!

 

 

 

 

 https://youtu.be/IBMtEvhNLH8

 

 

 https://youtu.be/467jZyIig1Y

 Ps..To o nim jest fragment naszej rodzimej szanty: Pływał raz na "Lwowie" majtek, czort Rasputin, bestia taka, że sam kręcił kabestanem i to bez handszpaka. A "Znaczy kapitan" powinien być lekturą szkolną, połączenie opisu pierwszych lat niepodległości z pochwałą pracy i jakości tej pracy, tylko czy nasza młodzież jest w stanie przeczytać tak grubą książkę? Dodałbym jeszcze niezrównany "Krążownik spod Somosierry". Ten człowiek był wykładowcą mojego świętej pamięci kolegi kapitana żeglugi wielkiej. Uwielbiałem opowieści o Kapitanie Borchardzie. O tym jak na pierwsze zajęcia z astronawigacji wszedł na rękach. Jak wspaniałą postacią był dla uczniów. St Exupery: "Przyjaciel powinien być oknem otwartym na morze, nie lustrem". Kapitan Karol Olgierd Borchard jest najlepszym przyjacielem czytelnika. Otwiera okno na morze: wartości, dobra, piękna. Zlikwidowano PMH, zlikwidowano stocznie, a polscy marynarze pływają na statkach TANICH BANDER! Nie widać programu ODBUDOWY polskiej floty zarówno handlowej jak i wojennej, a DZIKICH PÓL TEŻ NIE MAMY! Wspaniały pisarz, a "Znaczy Kapitan" to książka mojego dzieciństwa. Przeczytałem wszystkie jego książki. Na nich się wzorowałem w całym swym życiu, także zawodowym. Mam je do dzisiaj w bibliotece i jeszcze ponownie po nie sięgam. Niektóre Jego zwroty (Znaczy, jednak wie Pan, jak to zrobić PORZĄDNIE. Ech klasyka.) używam do dziś np. zrobić coś PORZĄDNIE. Będąc w Gdyni widziałem dom w którym mieszkał Będzie żył wiecznie, w swoich książkach. No i najwyższy czas pomyśleć o sprowadzeniu prochów Kpt. Żw. Mamerta Stankiewicza do Polski! Oto apeluję do wszystkich Absolwentów Szkół Morski o wywieranie nacisków na decydentów.

 

KOMENTARZE

  • To on formował pierwsze pokolenie marynarzy niepodległej Polski.
    https://media.wplm.pl/thumbs/ODI1L3VfMS9jY181NThjYS9wLzIwMTkvMTEvMjYvOTAwLzU3MS85ZGJmN2QwNmMxMmI0YmUxYTA3OGVmY2U5MDQ5NTUwMS5wbmc=.png

    80 lat temu bohatersko zginął kpt. Mamert Stankiewicz, „Znaczy kapitan”. Równo 80 lat temu, 26 listopada 1939 roku, w wieku 49 lat, na wieczną wachtę odszedł kapitan Mamert Stankiewicz. Z tonącego transatlantyku, transportowca wojennego „Piłsudski”, trafionego dwiema torpedami u wybrzeży Anglii, zszedł jako ostatni, mając pewność, że jego załoga jest bezpieczna. Wielki patriota, kapitan żeglugi wielkiej Polskiej Marynarki Handlowej, znakomity nawigator i wychowawca pierwszego pokolenia kadr morskich wychowanych w niepodległej Polsce, nazywany przez swoich studentów „Znaczy kapitanem”. Ostatnie chwile jego życia opisane przez Borchardta poruszają do głębi.

    Kapitan Mamert Stankiewicz przekonywał, że Polska musi nauczyć się dobrze korzystać z morza. W swojej książce „Z floty carskiej do Polskiej” szczególnie mocno eksponuje znaczenie polityki morskiej dla pomyślnego rozwoju państwa:

    Żaden kraj bez morza nie ma wolnego oddechu. Nie może osiągnąć dobrobytu i samodzielności, które osiąga, gdy się posiada własne wybrzeże, własny port i własną flotę.

    Przekonywał, że w rozbudowie polskiej floty tkwi jeden z fundamentów suwerennego bytu kraju. Niezmiernie go cieszyło, że Polska w tak krótkim czasie po odzyskaniu niepodległości, zdołała tak wiele dokonać na tak skromnym wybrzeżu. A trzeba przyznać, że tylko garstka ludzi wierzyła w powodzenie tak wielkiego przedsięwzięcia. Większość, także przedstawiciele władzy, twierdzili wówczas, że tworzenie Szkoły Morskiej w Tczewie to mrzonka i kształcenie bezrobotnych, bo przecież Polska nie posiadała floty.

    Z rozmów moich z komandorem Pistolem, zastępcą dyrektora departamentu Leona Chrzanowskiego, odniosłem wrażenie, że pan Chrzanowski stoi na stanowisku, iż utworzenie floty handlowej jest dla nas na razie niemożliwe wskutek kompletnego braku pieniędzy i że utworzenie tej floty rozumie się w taki sposób, w jaki została utworzona w Rosji Flota Ochotnicza. Jeżeliby tak miało być w Klocie, to można byłoby przypuszczać, że jeszcze nieprędko ujrzymy statki pod polską banderą z załogami polskimi

    — pisał kapitan Stankiewicz.

    Jeszcze bardziej radykalne stanowisko wyrażał premier Wincenty Witos. W rozmowie z dyrektorem Szkoły Morskiej w Tczewie, inżynierem Garnuszewskim, stwierdził: „Należy skończyć z tymi mrzonkami i wszystko zlikwidować”. Odnosiło się to zarówno do szkoły jak i do szkolnego żaglowca „Lwów”, którego kapitanem był Stankiewicz. Sam prezydent Polski, Stanisław Wojciechowski, oglądając wystawę morską w Toruniu i widząc uczniów Szkoły Morskiej z Tczewa, powiedział do inżyniera Garnuszewskiego: „Biedni chłopcy, przecież to wszystko przyszli bezrobotni”. Na szczęście waleczne i romantyczne dusze kapitańskie nie dały za wygraną. Szkoła Morska kształciła marynarzy, powiększała się flota, rósł w siłę polski „naród morski”. Admirał Kazimierz Porębski, dowódca Marynarki Wojennej, twórca portu w Gdyni, postawił na rozwój szkolnictwa morskiego i to z doskonałym skutkiem.

    Sprawy własnego wybrzeża morskiego wysunęły się w Polsce na miejsce pierwszoplanowe. Można i trzeba się z tego cieszyć. Tym bardziej że w latach po wojnie bolszewickiej wyzyskanie morza nie wyglądało dobrze i przez jakiś czas można było nawet się obawiać, że w Polsce współczesnej kierunek ekspansji będzie jak dawniej skierowany na wschód, eksploatacja zaś morza będzie nadal oddana mniej lub więcej przyjaznym pośrednikom. Jest rzeczą jasną, że groziłoby to nam po prostu utratą wszelkich korzyści z posiadania wybrzeża morskiego.

    Jeżeli polityka morska stanęła na właściwym torze - tak samo jak wszystkie inne dziedziny naszego życia w Polsce odrodzonej - to wdzięczna potomność powinna pamiętać, że to dzieło Wodza Narodu - Marszałka Józefa Piłsudskiego

    — pisze kapitan Mamert Stankiewicz w książce „Z floty carskiej do Polskiej”.

    Jego książka, właściwie pamiętnik, prowadzone przez lata zapiski, miały pomóc młodzieży w zrozumieniu pracy marynarza i zachęcić do podjęcia morskiego wyzwania. Jego uczeń, a jednocześnie biograf – kapitan Karol Olgierd Borchardt, któremu mistrz powierzył niejako swoją misję – zdradza w książce „Znaczy kapitan”, że Stankiewicz opatrzył swój pamiętnik tytułem „Korsarz i Don Kichot”, co kryło w sobie głęboko duchową treść. O tym jednak za chwilę.

    Mamert Stankiewicz urodził się 22 stycznia 1890 roku w Miatwie w szlacheckiej rodzinie o patriotycznych tradycjach. W 1905 roku wstąpił do Korpusu Morskiego w Petersburgu. Po ukończeniu szkoły w 1909 roku jako jeden z najlepszych absolwentów otrzymał przydział w carskiej flocie Bałtyku. Pod rosyjską banderą uczestniczył w I wojnie światowej. W 1921 roku przybył do Polski, a admirał Porębski mianował go kierownikiem działu nawigacyjnego w Szkole Morskiej w Tczewie. Służba w carskiej flocie niezwykle ciążyła kapitanowi Stankiewiczowi. Jako polski patriota czuł, że musi przejść symboliczną transformację. Będąc miłośnikiem Sienkiewicza, poszedł w ślady Kmicica. Udał się na Jasną Górę i zawierzył się Królowej Polski podczas modlitwy w kaplicy Matki Bożej Jasnogórskiej. Kapitan Borchardt tak opisuje tamto wydarzenie:

    Przeistoczenie korsarza w Don Kichota wygląda na świadome naśladowanie pana Andrzeja Kmicica. Gdy zdecydował się wrócić do pracy na morzu po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, postanowił najpierw jechać do Częstochowy. W swoim pamiętniku ujął to w jednym zdaniu: „A ja prócz tego wstąpiłem do Klasztoru Jasnogórskiego, jak to sobie obiecywałem dawniej, żeby pomodlić się przed Cudownym Obrazem”. Mnie w zapale wyjaśnił, że padł przed obrazem jako korsarz i krzyżem leżał, by przebłagać Częstochowską, że w obcym mundurze walczył. – Gdy wstałem, byłem Don Kichotem – ale polskim.

    Kapitan Stankiewicz dowodził kolejno „Lwowem”, „Wilnem”, „Kościuszką”, „Pułaskim” oraz największymi statkami w polskiej flocie „Polonią” i „Piłsudskim”. Pełnił funkcję nieoficjalnego attaché morskiego Polski. Patriota, gentelmen, człowiek wielkiej klasy, wierny zasadom, których uczył swoich marynarzy. Znakomity nawigator i wychowawca pierwszego pokolenia kadr morskich Niepodległej.

    Okręt Piłsudski reportaż

    https://youtu.be/eVwdp50KVlA

    W 1937 roku, gdy po przejmował ponownie dowodzenie nad m/s „Piłsudskim”, napisał: „Byłem szczęśliwy, że mogę wrócić na swój motorowiec, na którym chciałbym swoją karierę morską zakończyć”. Jego słowa okazały się prorocze.

    Ostatnie chwile jego życia kapitan Borchardt opisał tak:

    Fala była coraz większa. Musieli myśleć o sobie. Wdrapali się na tratwę, którą wiatr i fale zaczęły oddalać od tonącego statku. Na nie osłoniętej już kadłubem statku tratwie chłopców ponownie ogarnęło przerażenie. By zmusić ich do myślenia o czymś innym, kapitan zaczął opowiadać, jak spędził ten ostatni wieczór. Trochę się uspokoili. Rozpadał się deszcz, a przybierający na sile wiatr gnał tratwę coraz szybciej wśród piętrzącej się i przelewającej poprzez ludzi fali. Po jakimś czasie chłopcy spostrzegli, że kapitan sygnalizuje latarką do widniejącej w oddali jednej z okrętowych łodzi motorowych. Z motorówki odpowiedziano, iż nie są w stanie uruchomić motoru i zabrać ich do siebie. Chłopców znów ogarnęło przerażenie. Stracili ostatecznie nadzieję na ocalenie. Kapitan radził, by się modlili i nie myśleli o śmierci, by usiłowali jak najdłużej wytrwać, a pomoc musi nadejść.

    Tymczasem sztorm nadal się wzmagał. Fale szarpały ciałami rozbitków starających się utrzymać na tratwie. Wydawało się, że fala zaraz rozbije na drobne kawałki kruchą łupinę. Jeden z chłopców stracił panowanie nad sobą i zaczął prosić kapitana o rewolwer, by zakończyć to straszne, długie konanie. Kapitan uspokajał go tłumacząc, jaką wartość ma życie i dlaczego nie wolno samemu go sobie odbierać.

    Tratwa prawie stale pokryta była lodowatą wodą. Zimno. Przeraźliwe zimno paraliżowało siły, odrywało kurczowo zaciśnięte na linkach ręce. Chłopcy pomimo przerażenia nie odczuwali tak bardzo zimna jak kapitan. W pewnej chwili spostrzegli, że kapitan z trudem sam potrafi utrzymać się na tratwie i słabnie. Opletli go ramionami i zabezpieczając przed zsunięciem się do wody szeptali, że nie pozwolą, by zabrała go fala. Kapitan dziękował, wzruszony ich opieką i życzliwością. l tak trwali spleceni na tratwie, walcząc z każdą nadchodzącą falą i zdobywając każdą kolejną chwilę życia. Chwil tych było coraz więcej, ale coraz bardziej brakowało sił do walki.

    Wreszcie, gdy chłopcy stracili już zupełnie nadzieję na ocalenie, kapitan dojrzał światło wśród wodnej zamieci. - Jesteśmy uratowani! - zawołał. - To angielski destrojer! I nagle ogarnęło go zwątpienie na myśl, że tak samo dobrze może to być i niemiecki. Czekali z zapartym oddechem, co się stanie. Światło zbliżało się. Z zachowania się okrętu wywnioskowali, że ich dostrzeżono i że będą starali się ich wyłowić. Okręt zbliżał się ostrożnie. Olbrzymia fala cisnęła tratwę w jego kierunku i znaleźli się tuż pod burtą. Następna fala zmyła wszystkich z tratwy do morza. Trzecia fala znów cisnęła ich pod burtę, wprost w rzucone z pokładu zbawcze sieci ratownicze. Chłopcom udało się podpłynąć do najbliższych lin i ostatnim wysiłkiem woli zewrzeć na nich swe dłonie. Nie wiedzieli już więcej o niczym, zimno sparaliżowało myśli i świadomość.

    To samo zimno już wcześniej obezwładniło kapitana. Nie miał siły uchwycić rzuconych lin. Z pokładu angielskiego okrętu skoczyło do wody dwóch marynarzy. Udało im się dotrzeć do kapitana i wydobyć go na pokład. Brak w apteczce zastrzyków dosercowych uniemożliwił ratunek. Kapitan był zmieniony do niepoznania. Po jakimś czasie rysy jego przybrały swój normalny wygląd, tylko włosy pozostały mlecznobiałe. W ciągu paru tych godzin kapitan osiwiał.

    Za zasługi dla polskiej bandery, okupione ofiarą własnego życia, kpt. Mamert Stankiewicz został odznaczony pośmiertnie przez rząd Rzeczypospolitej Polskiej Krzyżem Orderu Virtuti Militari V klasy. Był pierwszym z kapitanów Polskiej Marynarki Handlowej, któremu nadano ten najwyższy polski order bojowy. Jeszcze za życia przyznano mu m.in. Order Polonia Restituta.

    Został pochowany z asystą wojskową na cmentarzu West View Cemetery w Hartlepool, na wschodnim wybrzeżu Anglii, nieopodal miejsca w którym zatonął jego „Piłsudski”. Kapitan Borchardt, który podczas tonięcia statku uległ ciężkiemu wypadkowi, przybył na grób kapitana dopiero po jakimś czasie. Obiecał mu wtedy, że napisze książkę, że opowie ludziom kim jest ten wspaniały żeglarz, marynarz, człowiek, patriota „Znaczy Kapitan”.
    Żeglarze niepodległości - Mamert Stankiewicz



    https://youtu.be/cKWlYbA9kc8

    autor: Marzena Nykiel

    Ps.. Na początku artykułu jest błąd. Statek nie został storpedowany tylko wszedł na pole minowe postawione przez niemieckie niszczyciele w nocy kilka dni wcześniej. Fajnie, że przypomniała Pani sylwetkę, zasługi i patriotyzm kapitana Mamerta Stankiewicza. Ja dorastając w 50-ych połykałem wręcz wszystkie informacje o polskiej flocie i jej czołowych postaciach! Aż łzy się cisną do oczu i na wspomnienie Kapitana, książki i na widok tylu podpisanych niżej pokrewnych dusz. Najpierw był Robinson Crusoe, przeczytałem ją jako 6 latek a potem poszło! Przez całe dzieciństwo połykałem 1 książkę co 2 dni i myślałem, że nikt tego nie pobije. Później pojawił się "Znaczy kapitan" Borchardta. Może to śmieszne, ale przeczytałem tę pozycję przynajmniej kilka razy (może kilkanaście?). Przepiękna książka. Z pewnością miała ogromny wpływ na moje dalsze życie. Kapitanowi Mamertowi Stankiewiczowi i Kapitanowi K.O. Borchardtowi zawdzięczam, iż trafiłem na rzeki i morze. Cześć i chwała wspaniałym Polakom. Kto czytał "Znaczy kapitan" ten wie kim był Mamert Stankiewicz. Polska miała takich synów. Takich wspaniałych, że dech zapiera. Popatrzmy się …spokojnie dookoła jakich, kapitanów, jakich polityków teraz mamy. Jednak nie wszyscy wtedy byli tacy dzielni i wspaniali jak kapitan Mamert Stankiewicz. Przytacza autorka polityka Którego tak dzisiaj PSL czci. Nie wiem…ale jeśli chciał zamknąć całą z trudem wzniesioną i budowaną Szkołę Morską to….kiepski to był wizjer i nie zasługuje na szacunek.
  • To on połączył Bałtyk z Tatrami! Gen. Zaruski wyprowadził Polaków w morze i wytyczał górskie szlaki.
    https://media.wplm.pl/thumbs/ODI1L3VfMS9jY19hYjRkYi9wLzIwMjAvMDEvMzEvMTE2MC82MTcvMzA4Mjg1YzYxNGM3NGZjM2JhNTIxOTYyNGI5NDM1ZGUucG5n.png

    Marzył o silnej Polsce. Dziś 153. rocznica jego urodzin..opublikowano: 31 stycznia.

    Generał szczytów i fal! Wybitny, charyzmatyczny, wszechstronny, niezwykły. Generał Mariusz Zaruski to wybitna postać polskiego taternictwa i równie wybitna postać polskiego żeglarstwa morskiego. Obie dziedziny urosły w Polsce do rangi narodowych właśnie dzięki jego staraniu. Z jednej strony: kochający góry taternik, grotołaz, ratownik górski, popularyzator narciarstwa i turystyki górskiej, a przede wszystkim założyciel Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego i człowiek wytyczający tatrzańskie szlaki. Z drugiej strony: kochający morze marynarz, żeglarz, pionier polskiego żeglarstwa i wychowania morskiego, twórca i krzewiciel polskiego jachtingu, instruktor harcerski i wychowawca młodzieży. Generał Zaruski to także artysta: fotografik, malarz, poeta i prozaik. Ale także wierny Polsce żołnierz: zesłaniec, legionista, ułan, generał Wojska Polskiego i adiutant generalny prezydenta RP. Zmarł w sowieckim więzieniu w 1941 roku, po wcześniejszym aresztowaniu przez NKWD. Dziś 153. rocznica jego urodzin.

    Pływałem, (…) mokłem i marzłem na pokładach jachtów nie po to, ażeby z Was uczynić sportowców, lecz dlatego, ażebyście Wy, jako Polacy, poznali morze, uczuciem z nim się związali, uznali je za własną bezcenną wartość, bez której niema życia dla dzisiejszej Polski. W tej myśli pracowałem, pływałem po morzu (…) Albowiem dawno przyszedłem do przekonania, że jachting morski poruszy sumienie narodu, który zrozumie błędy przeszłości i postara się je naprawić…

    — napisał generał Mariusz Zaruski w przedmowie do książki „Wśród wichrów i fal”.

    Marzył o Polsce silnej, zdolnej czerpać potencjał z odzyskanego dostępu do morza, niezależnej, suwerennej. Znał dobrze smak wolności i trudy niewoli. Jako więzień polityczny spędził kilka lat na zesłaniu, gdzie trafił za organizowanie ruchu narodowego w Odessie. Czytelnicy „Tygodnika Ilustrowanego” dowiedzieli się o jego istnieniu w 1898 roku, gdy na łamach czasopisma opublikowano „Sonety północne” autorstwa Mariusza Zaruskiego. Świat literacki oniemiał, czytając utwory młodego, nieznanego nikomu autora.

    Co za jeden? Gdzie przebywa? W jaki sposób tak dobrze poznał ziemie i morze Dalekiej Północy? – pytano przez czas dłuższy, zanim się nie wyjaśniło, że Sonety przysłane zostały z Archangielska i że wyszły spod pióra wygnańca politycznego

    — czytamy w przedmowie Zdzisława Dębickiego do książki Mariusza Zaruskiego „Na morzach dalekich i bliskich”.

    Jako student uniwersytetu w Odessie, Mariusz Zaruski zaciągał się podczas wakacji na okręty Rosyjskiego Towarzystwa Żeglugi i Handlu i Floty Ochotniczej. Opłynął dzięki temu Daleki Wschód, odwiedził Chiny, Japonię, Syberię, Indie, Egipt, Syrię. Tuż po zakończeniu studiów został aresztowany za organizowanie ruchu narodowego w Odessie. Po półtorarocznym więzieniu zesłano go na pięć lat do guberni archangielskiej. W Archangielsku, zanim zaczął pisać własną poezję, przetłumaczył z rosyjskiego Nadsona i jak podają źródła, była chyba jedyną książką wydaną wówczas po polsku w Archangielsku. Po usilnych, kilkuletnich staraniach otrzymał od gubernatora archangielskiego zgodę na zaciągnięcie się na żaglowiec „Dzierżawa”, dając słowo honoru, że nie ucieknie. Opłynął dzięki temu Ocean Lodowaty, poznał wybrzeża Norwegii. Miłość do żeglowania była tak silna, że zdołał się wystarać o zgodę wstąpienie do szkoły morskiej. Tak otworzył się przed nim kolejny etap przygody, zakończony kapitanowaniem na żaglowcu „Nadzieja”.

    Po powrocie z wygnania zamieszkał w Krakowie, gdzie rozpoczął studia na Akademii Sztuk Pięknych. Był uczniem prof. Wyczółkowskiego i Mehoffera. W 1907 r. zakończył studia i osiadł w Zakopanem. Zachwycony górami, dzielił się ich pięknem nie tylko w przestrzeni artystycznej, ale i praktycznej. Zachęcał do aktywnej turystyki górskiej, widząc w zmaganiu się człowieka z majestatem gór przestrzeń do wykuwania charakterów dla – jak twierdził –pokolenia zniedołężniałego fizycznie i skarlałego duchowo w szkole rosyjskiej i austriackiej. Zaczął zarażać Polaków narciarstwem, zachęcać do zimowych wędrówek, organizował kursy, wycieczki, głosił odczyty, wytyczał tatrzańskie szlaki. W trosce o bezpieczeństwo, założył Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe. Stał na jego czele i sam prowadził wyprawy.

    Z Zakopanego wyjechał wraz z wybuchem I wojny światowej. W 1 pułku ułanów służył począwszy od stopnia podporucznika aż do rotmistrza. Podczas wojny polsko-bolszewickiej był dowódcą 11. Pułku Ułanów i uczestniczył m.in. w walkach o Wilno. Za zasługi na polu bitwy został odznaczony orderem Virtuti Militari. W 1923 roku mianowany został adiutantem generalnym prezydenta Rzeczypospolitej.

    Gdy tylko Polska odzyskała dostęp do morza, napisał pierwszą i jedyną wówczas polską morską książkę techniczną pt. „Współczesna żegluga morska”. Doskonale wiedział i przekonywał do tego innych, że przyszłość państwa polskiego, jego rozwój i siła, zależą w dużej mierze od tego, czy zdoła poczynić właściwy użytek z Bałtyku, czy zbuduje własną flotę wojenną i handlową. Ale dostęp do morza niósł dla generała Zaruskiego jeszcze jedną, fundamentalną wartość. Jako doświadczony żeglarz, miał świadomość wychowawczego waloru żeglowania. W morzu widział czynnik wychowawczy i formacyjny dla narodu, który przez wieki zasiedział się na lądzie.

    W przedmowie autorskiej do książki „Na skrzydłach jachtów” generał Zaruski ujawnia cel opisywania swoich morskich przygód.

    Podróże moje na jachtach „Witeź” i „Junak” nie są dziełem przypadku” dążyłem do nich i przeprowadzałem je planowo, uparcie i w ogóle w całym tym żeglowaniu doznawałem pełni rozkoszy włóczęgi morskiej, którą odczuć jest zdolny tylko człowiek kochający morze, w dodatku marynarz, to rzecz drugorzędna, mogąca obchodzić oprócz mnie co najwyżej grono moich przyjaciół i znajomych. Mnie zaś chodziło o to, ażeby stały się one własnością społeczeństwa lub przynajmniej tej jego części, która rwie się do czynu. Pragnąłem przykładem „Witezia” oderwać od brzegu tych, którzy kąpią się w morzu, pływają w kajakach albo na rybackich żaglówkach zawsze tuż-tuż, o sto metrów od brzegu, i pociągnąć ich samych albo przynajmniej ich dusze na pełne morze.

    Generał Zaruski niestrudzenie uświadamiał Polakom konieczność z potencjału rozwojowego, jaki niesie dostęp do morza.

    Jest rzeczą niedopuszczalną, żeby Polska, po wieloletnim władaniu wybrzeżem morskim, nie posiadała jeszcze rozgałęzionego jachtingu morskiego – prawdziwie morskiego, ażeby jachty nasze, których niezbyt wiele mamy, kręciły się wiecznie w zaczarowanym trójkącie: Gdynia – Hel – Gdańsk.

    Prawda, że nasz brzeg jest niegościnny: nie posiada wysp, wysepek, zalewów i zatok, a sąsiedzkie stosunki nie zachęcają do najbliższych podróży na wschód czy na zachód. Dla mnie jednak z przesłanej tych wyłania się wyraźny wniosek logiczny, nawiasem mówiąc, dogadzający mi bardzo: nasz jachting musi być jachtingiem pełnomorskim, musi kierować się na morze otwarte. Do tego założenia powinny dostosować się zarówno nasze statki sportowe, jak i drużyny żeglarskie. (…) Nasz jachting od samych początków musi przybrać cechy męskości. Zaczarowany trójką zostawmy dla kajaków, sami zaś idźmy na morze. Morze jednak – o tym pamiętać należy – zaczyna się tam, gdzie brzegi nikną z oczu zupełnie. Sportowe czy amatorskie żeglarstwo w dobie dzisiejszej ma zupełnie poważne i doniosłe znaczenie. Przez nie, i głównie przez nie, społeczeństwo nasze zbliży się do morza, pozna je i nauczy się kochać. Przestanie się bać wielkiej wody. Opanuje morze faktycznie, realnie. Ostatnie zaś zagadnienie w zmienionej dziś strukturze świata łączy się nierozerwalnie z kwestią naszego bytu niepodległego

    — tłumaczył generał Mariusz Zaruski w roku 1933. Podkreślał jednocześnie znaczenie morza w procesie wykuwania ducha, zwłaszcza młodego pokolenia.

    Że przy tym rozwiną się wśród naszej młodzieży żeglarskiej, oprócz zdrowia, nieoszacowane zalety tężyzny moralnej charakteru, zbytecznie dodawać. Na morzu im dalej od brzegów, tym bliżej do Boga. (…) Pragnę gorąco, ażeby wszystko, co w Polsce pływa, cały zastęp młodych żeglarzy i żeglarek co rychlej pod kierunkiem doświadczonych kapitanów i na dobrych jachtach mógł wypłynąć daleko, na prawdziwe morze po zdrowie, radość, nieporównane z niczym wrażenia swobodnej włóczęgi po kresach wodnej pustyni

    pisał generał Zaruski w 1933 roku, dodając z radością, że rok wcześniejszy już „przyniósł znaczne polepszenie w jachtingu morskim”.
    Długo by wyliczać zasługi generała Zaruskiego dla polskiego jachtingu morskiego. To on był faktycznym twórcą Komitetu Floty Narodowej, z którego składek kupiono m.in. żaglowiec „Dar Pomorza”. Był również projektodawcą Inspektoratu Wychowania Morskiego Młodzieży.

    To generał Zaruski wyznaczył harcerzom misję żeglarską, mającą formować ducha w morskich zmaganiach. Mawiał, że „w twardym trudzie żeglarskim hartują się charaktery”. Po raz pierwszy zaraził harcerzy nową misją w 1929 roku w Jastarni, gdzie był głównym wykładowcą na harcerskim kursie. Kilka lat później drużyna miała już własny szkuner, nazwany przez generała „Zawiszą Czarnym”. Kapitanem szkunera był sam Zaruski, kochany i szanowany przez harcerzy. Ostatni rejs na „Zawiszy Czarnym” kończył w 1939 roku.

    W przygotowany na sierpień 1939 roku rejs „Zawiszy” już nie wyruszył, spodziewając się napadu na Polskę. Do końca dochował zasady wierności Polsce, której postawił nie opuszczać w potrzebie. Był wówczas 74-letnim generałem w stanie spoczynku. Ukrywał się we Lwowie pod fałszywym nazwiskiem. W 1940 roku został aresztowany przez NKWD po tym jak zadenuncjował go jeden z polskich oficerów. Sowieci uznawszy generała za „element społecznie niebezpieczny” skazali go na pięć lat zesłania do Kraju Krasnojarskiego. Prawdopodobnie w październiku 1940 r. przetransportowano go do szpitala więziennego w Chersoniu. Z odnalezionego aktu zgonu wynika, że generał zmarł 8 kwietnia 1941 r. z powodu ostrej niewydolności serca. Inne źródła podają, że zapadł na cholerę. Zmarł w chersońskim więzieniu NKWD.

    Wiele było w życiorysie generała Zaruskiego rzeczy niezwykłych. Największą z nich jest chyba to, że jak nikt wcześniej – połączył Tatry z Bałtykiem. Wyjątkowo ukochał te dwie przestrzenie i chciał tę miłość wzbudzić w sercach Polaków. Miłość, która przekłada się konkret: formowania charakterów i wewnętrznej siły narodu.

    autor: Marzena Nykiel


    Ps...Znam życiorys gen. Zaruskiego. Dla mnie zawsze był wielkim człowiekiem. Wspaniały Polak! Warto Go wspominać! Piękna sylwetka polskości i moralności Polaka. To niesamowite, generał Zaruski to jak przysłowiowy "człowiek orkiestra" i tak kochał naród i Polskę. Chwała bohaterom! Żył pełnią życia…dziś możecie mu zazdrościć…nigdy tego nie poczujecie dziś… dziś świat jest dużo mniejszy a wy żyjecie w smartfonach…Najbardziej żal, że takich ludzi już nie ma. Są za to zdrajcy i szabrownicy!
  • 5*
    Fajna historia, Pozdrawiam!
  • @kula Lis 69 14:07:47
    Jedni są wspaniali inni nie.
    Ciekawy artykuł o rozbiorach Czechosłowacji w 1938r.
    Na końcu jest o roli Polski.
    Nie była to chwalebna rola..Polska usilnie domagała się kolonii najpierw dla zesłania żydów "żydzi na Madagaskar" to fakty historyczne a nie legendy...a potem kolonii surowcowych..
    Na tym tle "pierwsi marynarze twórcy floty...wyglądają na twórców kolonijnych zapędów Polski sanacyjnej...w tym Gdynia (moje rodzinne miasto) miało być oknem na przyszłe kolonie Polskie..
    Za PRLu przerobiono to okno na okno na świat...
    Poniżej historyczny artykuł.
    https://vz.ru/society/2020/3/21/1029285.html

    Sam za młodu kręciłem się w środowisku ówczesnych kaptanów...
    czyli raczej ich dzieci moich rówieśników.
    Dużo im zawdzięczam...fajni ludzie ...
    W sąsiedztwie mieszkał szef kuchni na Batorym i jak wracał z rejsu to my dzieciaki mieliśmy ogromną wyżerkę owoców południowych...ale i czekolad.... to środowisko zdecydowanie pokolorowało mi dzieciństwo.


    banany cytrusy a tamtych czasach to był rarytas...

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
  12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930