PROKURATOR MACIEJ MŁYNARCZYK - pod sąd polowy

Okupacja żydowska w Polsce uruchamia wszelkie możliwe patologie w Polsce, które mają pomoc żydom zamęczyć Nasz Naród.

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                    Bo mord na Nas nie ma być udziałem wyłącznie żydów czy ograniczać się do typowych zjawisku żydostwa zbrodni wymierzonych w Polskę. To stąd mamy np: LGBT, feminizm, uchodźców i umęczone przez Polaków mniejszości narodowe. Ten prokuratorski bandyta Maciej Młynarczyk jest ochroniarzem nawet tego niewątpliwego hajdamaki Igora Isajewa. Swoją drogą M. Młynarczyk i jemu podobni "prawnicy" najlepiej ilustrują profil polityczny Zbigniewa Ziobry, jeśli są jeszcze tacy, którym trzeba otworzyć oczy. Macieja Młynarczyka pod sąd polowy! Sądy polowe w Polsce są absolutnie legalne w czasach bezprawia, a ta okupacja żydowska jest zabronią ludobójstwa żydowskiego na Polakch i w świetle prawa międzynarodowego sytuacja sankcjonuje środki przemocy wymierzone w okupanta.  Wszyscy funkcyjni sądów polowych i organizacji im przyległych mają prawa do ochrony międzynarodowej jako kombatanci walczący z okupantem.


Red. Gazeta Warszawska


ZA NĘKANIE OCALAŁYCH Z RZEZI WOŁYŃSKIEJ ODPOWIADA BEZPOŚREDNIO PROKURATOR MACIEJ MŁYNARCZYK

29 lipca 2020|6 komentarzy|w Analizy, Publicystyka |Przez Marek Trojan

Prokurator Maciej Młynarczyk to osoba, która jako „specjalista od przestępstw z nienawiści” ściga za „antyukraińską mowę nienawiści” m.in. ocalałych z rzezi wołyńskiej. To również harcmistrz ZHP, mocno zaangażowany w proukraińskie inicjatywy, który powiela przy tym ukraińską narrację nt. stosunków polsko-ukraińskich.


Maciej Młynarczyk jest prokuratorem, kierownikiem Działu 4 Ds Prokuratury Rejonowej Warszawa-Praga Północ. Za sprawą swojej działalności, od ubiegłego roku jego nazwisko jest coraz lepiej znane w środowiskach kresowych i patriotycznych, a także ukraińskich i proukraińskich w Polsce. W ramach zwalczania „antyukraińskiej mowy nienawiści”, szczególnie w sieci, zajmuje się ściganiem wszystkich, którzy w jego ocenie dopuszczają się takich czynów – w tym także ocaleńców z ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego.


Prok. Maciej Młynarczyk doprowadził do prawomocnego skazania ocalonego z ukraińskiego ludobójstwa, pochodzącego z Wołynia 78-letniego, ciężko chorego pana Zbigniewa, na 8 miesięcy więzienia w zawieszeniu na 2 lata. Powodem były jego zamieszczone w sieci komentarze krytykujące banderyzm na Ukrainie oraz działalność kontrowersyjnego ukraińskiego działacza i dziennikarza, Ihora Isajewa. Został oskarżony z art. 216 kodeksu karnego, czyli za znieważenie osoby, zasadniczo ukraińskiego ambasadora w Polsce, Andrija Deszcycę – pomimo tego, że dyplomata nie wniósł oskarżenia prywatnego, a strona ukraińska oświadczyła, że to prywatna sprawa.


„Prokurator Młynarczyk mimo tego wystąpił o karę w imieniu ambasadora Deszczycy, inaczej wyrok byłby dużo mniejszy”  powiedział portalowi Kresy.pl pan Zbigniew. Twierdzi, że został „podstępnie zwiedziony” przez prowadzącego sprawę prok. Młynarczyka. Dodał, że w jego sprawie prokurator „dążył (…) do maksymalnej wysokości możliwego do uzyskania wyroku” [pierwotnie groziły mu 4 miesiące więzienia w zawieszeniu – red.] i jego zdaniem „prawdopodobnie występuje w tandemie z Isajewem i jest pod wpływem Związku Ukraińców w Polsce”. Zaznaczył też, że przed rozprawą „prok. Młynarczyk uzgadniał z Isajewem treść swoich postulatów”.


Wcześniej na naszych łamach opisywaliśmy sprawę działacza kresowego, pana Antoniego Dąbrowskiego ze Stowarzyszenia Kresy Wschodnie Dziedzictwo i Pamięć , urodzonego w woj. stanisławowskim i cudem ocalonego od śmierci w czasie ukraińskiego ludobójstwa. Jest ścigany przez Prokuraturę Rejonową Praga-Północ i prok. Młynarczyka za „mowę nienawiści” i obrażanie narodu ukraińskiego. Jak ustalił portal Kresy.pl, chodzi m.in. o wpisy krytykujące Ihora Isajewa i inne, dotyczące szerzenia w Polsce banderyzmu. Jak wynika z treści zawiadomienia, ma w prowadzonym przez Prokuraturę Rejonową Praga-Północ postępowaniu status podejrzanego.


Zaznaczmy, że prok. Młynarczyk jest znany z innych spraw dotyczących działań, które uważa za mieszczące się w kategoriach mowy nienawiści. Jednym z nich było doprowadzenie do skazania internauty z Rzeszowa na 7,5 tys. zł grzywny za skomentowanie wypowiedzi Isajewa, w której ukraiński działacz oburzał się na hasło „honor” w polskich paszportach. Uznano to za publiczne pochwalanie popełnienia przestępstwa. Oskarżony nie przyznał się do winy i odwołał się od wyroku. W innym przypadku, również dotyczącym krytycznych komentarzy w sieci na temat Isajewa i jego działań, Maciej Młynarczyk wystąpił o karę aż 19 miesięcy ograniczenia wolności w postaci prac społecznych. Rzekomo w tym przypadku autor komentarza, jak twierdzi, był ścigany z urzędu i nikt na niego nie doniósł.


Co ważne, w przypadku dotyczącym rzeszowskiego internauty, prokurator Maciej Młynarczyk w uzasadnieniu aktu oskarżenia napisał m.in., że był to przykład „antyukraińskiej mowy nienawiści w polskim internecie”. Zaznaczył, że „oceniając stopień jej społecznej szkodliwości, nie sposób nie brać pod uwagę właśnie jej kontekstu związanego ze zmieniającą się sytuacją społeczną, przede wszystkim w zakresie stosunku społeczeństwa do cudzoziemców, w tym imigrantów”. Prokurator twierdził też, że „bezprecedensowemu w skali ostatniego półwiecza nasileniu nastrojów ksenofobicznych w Polsce towarzyszy wzrost liczby czynów zabronionych popełnionych z powodu różnic narodowościowych, rasowych i religijnych”. Powołał się też na kontrowersyjny raport Związku Ukraińców w Polsce „Mniejszość ukraińska i imigranci z Ukrainy w Polsce. Analiza dyskursu”, przygotowany za pieniądze założonej przez George’a Sorosa Fundacji im. Stefana Batorego, według którego tylko w ciągu roku „o ponad 50% zwiększyła się liczba negatywnie nacechowanych wypowiedzi na temat Ukraińców w polskich mediach społecznościowych”, zaznaczając, że według danych Urzędu ds. Cudzoziemców, „w tym samym czasie trzykrotnie wzrosła liczba postępowań prowadzonych w sprawie czynów”.


W tym kontekście należy zwrócić uwagę, że według prok. Młynarczyka należy doprowadzać do wyegzekwowania wobec oskarżonych o tzw. antyukraińską mowę nienawiści odpowiedzialności karnej, de facto w celach prewencyjnych:


„W tym stanie rzeczy egzekwowanie od oskarżonego odpowiedzialności karnej nabiera szczególnego znaczenia, ze względu na (…) cel postępowania karnego, jakim jest zapobieganie przestępstwom oraz umocnienie poszanowania prawa (…)”.


Należy też zaznaczyć, że polskie organy ścigania zazwyczaj zupełnie inaczej postępują w przypadkach dotyczących polskich działaczy kresowych czy patriotycznych, których spotykają groźby. Przykładem może być sytuacja z Elbląga, gdzie prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania ws. zastraszania pana Jacka Bokiego, inicjatora powstania Ronda Obrońców Birczy, z powodu braku znamion czynu zabronionego.


Co więcej, na początku roku pisaliśmy, że osoby zamieszczające w sieci wpisy krytyczne pod adresem Ukraińców w kontekście banderyzmu są wzywane w charakterze świadków, a podczas przesłuchania sugeruje im się zamieszczanie w sieci kajających się wpisów, według podsuwanego im wzoru, rzekomo celem złagodzenia ewentualnej kary za mowę nienawiści. „Takie przeprosiny to przyznanie się do winy i w zasadzie pewny wyrok skazujący” – twierdził w rozmowie z portalem Kresy.pl zaangażowany w sprawę prawnik, pragnący zachować anonimowość. Według naszych informacji, część osób nie zgadzała się na to, ale inni przystają na przedstawioną propozycję. Tego rodzaju wpisy pojawiły się zresztą także w komentarzach pod artykułami na naszym portalu. Dotyczą one kajania się nie tylko za wpisy dotyczące Ukraińców, w tym ukraińskich polityków, dyplomatów czy duchownych, ale także żydów czy migrantów z Afryki.


O takich praktykach zrobiło się głośniej, gdy jedna z tak doświadczonych osób publicznie o nich opowiedziała. W grudniu 2019 r. pan Piotr Beger opisał, jak za zamieszczony w sieci komentarz dotyczący propagowania banderyzmu został wezwany na przesłuchanie, na wniosek prokuratury, w charakterze świadka. Chodziło o sytuację z czerwca br., gdy grupę Ukraińców wyrzucono z hotelu za wywieszenie banderowskiej flagi. W trakcie przesłuchania namawiano go, by do czasu zakończenia czynności dochodzeniowych umieszczał codziennie na Facebooku wpis, w którym kajałby się za swoje winy. Namawiał go do tego prok. Młynarczyk. Gdy to uczynił, zaczął być „nękany przez służby”, a później wezwano go na komisariat i przedstawiono mu zarzut publicznego pochwalania popełnienia przestępstwa.


Prok. Młynarczyk był też zaangażowany w sprawę z początku br., gdy ruch Obywatele RP złożył zawiadomienie do prokuratury ws. działaczy narodowych organizujących Marsz Żołnierzy Wyklętych w Hajnówce. Po zapoznaniu się z zawiadomieniem Prokuratura Rejonowa Praga-Północ w Warszawie 20 lutego wszczęła dochodzenie w sprawie publicznego nawoływania do nienawiści na tle różnic narodowościowych w ramach opisu wydarzenia „V Hajnowski Marsz Żołnierzy Wyklętych” w sieci Facebook.


Sprawą i tym razem zajmował się Maciej Młynarczyk, który twierdził, że treść zaproszenia na marsz zawierała nawoływanie do nienawiści. W uzasadnieniu napisał, że przedmiot dochodzenia może mieć znamiona czynu z art. 256 § 1 Kodeksu Karnego, czyli publicznego propagowania faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa lub nawoływania do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość.


„W przedmiotowym tekście, stanowiącym zaproszenie do udziału w zgromadzeniu publicznym, a przy tym nacechowanym negatywnym nastawieniem do grupy ludności — mieszkańców Hajnówki, występują elementy nawoływania (teraz przyszedł czas na nas, ludzi zdeterminowanych (…). Aby zburzyć ten beton potrzebny jest każdy z Was), a także elementy wskazujące na dyskryminacyjną motywację, związaną z przynależnością narodową grupy ludności, o której mowa w tekście (wielu mieszkańców nazywa siebie Rusinami)” — twierdził prok. Maciej Młynarczyk.


W marcu br. w jednym z artykułów na łamach „Naszego Słowa”, gazety Związku Ukraińców w Polsce, dotowanej z pieniędzy polskich podatników napisano, że „przez ostatnie trzy lata Związek Ukraińców w Polsce zgłosił do prokuratury ponad 200 skarg, z których większość dotyczyła podejrzenia popełnienia przestępstwa z artykułu o znieważenie i obrazę na gruncie narodowościowym, podżegania do nienawiści przeciw Ukraińcom”. Zaznaczono, że „początkowo w niektórych sprawach prokuratura nie dopatrzyła się znamion przestępstwa lub nie znalazła winnego”, ale wszystkie decyzje prokuratury o odmowie lub zamknięciu postępowań został zaskarżone da sądu. Część z tych zażaleń uwzględniono. „Nasze Słowo” zaznacza też, że „niektórzy ludzie, którzy używali mowy nienawiści, zdecydowały się przeprosić”.


Kim jednak jest Maciej Młynarczyk, który odpowiada za te wszystkie sprawy? Jest osobą dość młodą, ma 37 lat, a na stanowisko prokuratora w Prokuraturze Rejonowej Warszawa Praga – Północ w Warszawie został powołany w październiku 2014 roku, za czasów prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta. Zajmował się między innymi zwalczaniem tzw. patostreamingu i w ten sposób, jako ekspert w tym obszarze, współpracował z Rzecznikiem Praw Obywatelskich, Adamem Bodnarem. Dopiero później zaczął intensywniej zajmować się tzw. mową nienawiści, szczególnie względem Ukraińców.


Co ważne, takie podejście wykształcił współpracując ze stroną ukraińska, szczególnie poprzez aktywną działalność w harcerstwie, a ściślej w Związku Harcerstwa Polskiego, w którym przez lata pełnił ważne funkcje. Oficjalnie posiada stopień harcmistrza i jest instruktorem. Pełnił m.in. funkcję szefa wiceprzewodniczącego Wspólnoty Drużyn Grunwaldzkich (2011-2012), oraz szefa Zespołu Wychowania Patriotycznego i Obywatelskiego Głównej Kwatery ZHP (przynajmniej w latach 2010-2013), zajmując się m.in. kwestiami wychowania patriotycznego i obywatelskiego. W 2014 roku był recenzentem oficjalnej publikacji ZHP ws. obchodów 25 rocznicy wyborów 4 czerwca, w którym promowano m.in. takie organizacje, jak Amnesty International, Freedom House, czy Transparency International.


W marcu 2019 roku harcmistrz-prokurator wziął udział w zorganizowanej w Katowicach debacie „Mowa nienawiści. Wolność słowa. Prawo Harcerskie”, w której wziął udział reprezentant lewackiego Stowarzyszenia „Nigdy Więcej”, dr hab. Marcin Czerwiński. Spotkanie zostało zorganizowane przez Programowy Ruch Odkrywców ZHP, a poza Czerwińskim wzięli w nim udział m.in. Naczelniczka ZHP, hm. Anna Nowosad oraz Maciej Młynarczyk, przedstawiany jako prokurator „zajmujący się ściganiem przestępstw z nienawiści”. Słuchaczami debaty, według relacji, byli drużynowi i instruktorzy ZHP z całej Polski oraz kilkudziesięciu przedstawicieli Chorągwi Śląskiej ZHP.


Harcmistrz/prokurator Maciej Młynarczyk jest też aktywnie zaangażowany w działalność Programowego Ruchu Odkrywców (PRO), którego był przewodniczącym. To struktura w ramach Związku Harcerstwa Polskiego (ruch programowo-metodyczny), prowadząca działania w zakresie edukacji kulturalnej i historycznej. Ruch ten jest organizatorem akcji „Płomień Braterstwa”, zapoczątkowanej w 2019 roku „przez harcerzy i płastunów z Polski”, w ramach której 14 sierpnia ub. roku w kilkudziesięciu polskich miastach zapalono znicze na grobach żołnierzy Ukraińskiej Republiki Ludowej. W tym roku planowana jest podobna akcja. W październiku 2019 roku Młynarczyk jako przewodniczący PRO wziął udział w uroczystości podsumowania akcji „Płomień Braterstwa – Полум’я Братерства” – edycja 2019, która odbyła się w Ukraińskim Domu w Warszawie. Organizatorem spotkania był Ruch, pod patronatem ukraińskiej ambasady. Obecni byli m.in. szefowa Płastu w Polsce, Ołena Bodnar, a także przedstawiciele Związku Ukraińców w Polsce, w tym m.in. jego ówczesny szef, Piotr Tyma.


Sam Młynarczyk jest aktywnym promotorem „Płomienia Braterstwa”. W ub. roku na łamach oficjalnego miesięcznika instruktorów ZHP „Czuwaj” zamieścił tekst, w którym z jednej strony wychwalał ukraińskich żołnierzy jako „sojuszników niepodległej Polski z 1920 roku” oraz podkreślał pozytywne aspekty ukraińskiej imigracji do Polski, a z drugiej mocno relatywizował ludobójstwo wołyńsko-małopolskie jako „masowe mordy na Wołyniu i w Galicji Wschodniej”, przyrównując je do „pacyfikacji Galicji” czy Operacji Wisła. Wchodził przy tym wyraźnie w ukraińską narrację, pisząc m.in., że prezydenci Polski i Ukrainy „kilkakrotnie wspólnie czcili pamięć ofiar konfliktów polsko-ukraińskich”.


Jednocześnie, krytykował te osoby czy kręgi w ramach ZHP, które nie podzielały jego proukraińskiego entuzjazmu, ponownie wyraźnie wchodząc w tory narracji strony ukraińskiej, m.in. w kwestii nielegalnych banderowskich upamiętnień na terytorium Polski:


„Pomysł upamiętnienia naszych sojuszników z 1920 r. nawet w łonie ZHP nie został przyjęty bez głosów sprzeciwu – nielicznych co prawda, ale donośnych. Byli tacy, którym uproszczona wizja historii pozwoliła widzieć w Ukraińcach tylko (i już na zawsze) wrogów oraz źródło zagrożenia. Byli i tacy, którzy nie mieliby nic przeciwko podobnym gestom, ale obawiali się, że mogą one zostać uznane za objaw słabości Polaków, skoro na Ukrainie potrafią się dziś pojawiać takie nieprzyjazne akcenty, jak zakaz ekshumacji polskich ofiar walk i mordów, wynoszenie na piedestał Stepana Bandery czy owijanie plandeką lwów na Cmentarzu Łyczakowskim (przy czym nie padło ani słowo o tym, że w tym samym czasie w Polsce bezcześci się ukraińskie cmentarze i czci dowódców akcji partyzanckich, w których ginęły setki niewinnych cywili – nasza współczesność, podobnie jak historia, też nie jest czarno-biała, tylko szarawa i w kratkę). Nie należy się bać. To silny potrafi wyciągnąć rękę, odkładając na bok urazy i uprzedzenia. (…) Mosty między Polakami i Ukraińcami trzeba budować właśnie teraz, kiedy wzajemna nieufność jest tak systematycznie wzmacniana, ale kiedy zarazem jesteśmy tak blisko siebie. Zgodnie z biblijną regułą róbmy to teraz, dopóki jesteśmy w drodze”.


Marek Trojan / Kresy.pl


https://kresy.pl/publicystyka/za-nekanie-ocalalych-z-rzezi-wolynskiej-odpowiada-bezposrednio-prokurator-maciej-mlynarczyk/


 

Wyrok sądu w Gdańsku uzasadnia konieczność wykluczenia żydów z polskiego sądownictwa(Okupacja żydowska w Polsce)... posługujących się takimi składami sędziowskimi, a które mają za zadanie: Okupacyjne żydowskie ludobójstwo  na Polakach dokonane przez „demokratycznie wybrany niezawisły sąd”. Czyli taki, który pasuje ...


Polin uderza w Polskę: Sprawa Bartłomieja Kurzei.(Okupacja żydowska w Polsce)... której celem ostatecznym jest żydowskie ludobójstwo na Polakach. W tym szatańskim terrorze żyd jest zwrotnikiem wszelkiego prawa, na wszystko ma usprawiedliwienie, a nawet nakaz: Hebrajskie mordy, ludobójstwa ...Created on 22 July 2019


KONWENCJA W SPRAWIE ZAPOBIEGANIA I KARANIA ZBRODNI LUDOBÓJSTWA ...(Politics )...  porównanie.  konwencja mówi: „Artykuł IV. Winni ludobójstwa lub któregokolwiek z czynów, wymienionych w Artykule III, będą karani bez względu na to, czy są konstytucyjnie odpowiedzialnymi członkami ...Created on 21 September 2018                                                                                                                                     

                                                                                            

                                                                                            

Ps...Jeśli rząd nie przeprowadzi dogłębnych reform dotyczących kasty naród zajmie się usuwaniem chwastów świadomie łamiących prawo, zasady współżycia społecznego, działających na szkodę kraju i stawiania się ponad wszelkimi zasadami! Ja optuję za koncepcją Erdogana. Załatwił sprawy do końca w 2 dni. UE wyła 2 tygodnie, potem ględziła 2 miesiące i finito.

kula Lis 70

kula Lis 70 - Zagorzały Antybolszewik herbu Jastrzębiec

Podobał Ci się post? Wystaw ocenę!

0

liczba ocen: 0

Post jest opublikowany więcej niż dn. Funkcje oceny i komentowania zostały wyłączone.

  • Kiedy zaczniemy wieszać na latarniach?

    Już chyba nigdy! Polakom to tylko żydowskie nosy i dupy podcierać! To robią najlepiej i są w tym zajęciu unikalni w świecie, bo nikt inny tego nie robi. Hańba! Nie ma słów! Hańba.

  • Pedofil-morderca wyjdzie na wolność. Zgwałcił i zabił dwie 15-latki

    Colin Pitchfork po 33 latach warunkowo wyjdzie z więzienia. Władze uznały, że zwyrodnialec jest gotowy żyć na wolności. Pedofil-morderca Colin Pitchfork po 33 latach wychodzi na wolność. Pitchfork to jeden z najbardziej przerażających brytyjskich zwyrodnialców. Pedofil-morderca zgwałcił i zabił dwie 15-latki. Zbrodniarza udało się skazać dzięki badaniom DNA. Jednocześnie to właśnie Pitchfork był pierwszą osobą skazaną na podstawie badań DNA. Co bardziej oburzające, pedofil-morderca chwalił się w barze, że dzięki pomocy kolegi sfałszował wyniki badania krwi. Jednak teraz Parole Board, czyli brytyjski organ odpowiadający za warunkowe zwolnienia, uznał, że Pitchfork się zmienił i można go wypuścić na wolność. „Pitchfork był kimś, kto dużo myślał o seksie oraz używał przemocy, siły i seksu, aby zademonstrować władzę i kontrolę nad kobietami” – opisywano pedofila-mordercę w aktach. Parole Board przekonuje jednak, że 61-latek „nauczył się pomagać innym, rozwinął pozytywne cechy swojej osobowości, a także uczył się pomagać osobom niepełnosprawnym”. Decyzja brytyjskich władz oburzyła rodziny zgwałconych i zabitych dzieci. „On zawsze, ale to zawsze będzie niebezpieczny dla otoczenia i żadna reedukacja tego nie zmieni” mówi Barbara Ashworth, mama zamordowanej dziewczynki. „On powinien dawno otrzymać karę śmierci, najlepiej kulkę w łeb” dodaje siostra zamordowanej. Również poseł Alberto Costa, który spotkał się z komisją ds. zwolnień warunkowych, był oburzony. W rozmowie z BBC wskazał, że mimo ponad 30 lat odsiadki, nie jest to rodzaj przestępstwa, o którym można zapomnieć. „Uwolnienie tego haniebnego mordercy dwojga dzieci jest niemoralne, złe i bardzo niebezpieczne” stwierdził poseł.

    Źródło: BBC

    Ps...Sądziłem, że to chodzi o jakiś aktualny przypadek w Polsce i nie byłem zdziwiony. W końcu to ten nowoczesny zachód UE kołchoz, zakaz stosowania kary śmierci nawet w czasie wojny … a nie Białoruś, Iran, Korea Północna, Chiny … Może Colin chciał być jak Jimmy Savile ale nie miał znajomości między innymi z rodziną królewską :) pozwolono mu żyć, może wstąpi do LGBTQ …jego nazwisko oznacza…diabelskie widły….ciekawe...Powinien odpowiedzialność za niego wziąć sędzia który decyduje się go uwolnić. Jeśli by zrobił to ponownie, sędzia idzie też do więzienia. Wtedy by się każdy 3 razy zastanowił czy gość jest zresocjalizowany.

  • Stanisław Michalkiewicz: Konieczność „opcji zerowej”

    I jakże tu odmówić spostrzegawczości Klasykowi Demokracji, Ojcu Narodów, Chorążemu Pokoju, czyli Józefowi Stalinowi, który zauważył, że w miarę narastania socjalizmu zaostrza się walka klasowa? Nie możemy (non possumus), ponieważ to spostrzeżenie nabiera rumieńców właśnie na naszych oczach!
    Ledwie tylko premier Morawiecki i Naczelnik Państwa proklamowali „Polski Ład”, będący milowym krokiem do socjalizmu, jako że skokowo doprowadzi do ekonomicznego uzależnienia prawie wszystkich obywateli od rządu, a w każdym razie od jego widzimisię, zaraz zauważyliśmy objawy zaostrzenia walki klasowej – na razie na odcinku praworządności, ale przecież nie musi to być ostatnie słowo. Front walki o praworządność został u nas otwarty w marcu 2017 roku, kiedy to, po fiasku ciamajdanu w grudniu 2016 roku i lutowym rekonesansie w Warszawie, Nasza Złota Pani postanowiła inaczej rozłożyć akcenty w walce o odzyskanie przez Niemcy wpływów politycznych w naszym bantustanie.

    Polegało to na zastąpieniu walki o demokrację, której liderzy w dodatku trochę się zaśmierdzieli – walką o praworządność. W tej sytuacji na pierwszą linię nowego odcinka frontu w charakterze mięsa armatniego rzuceni zostali niezawiśli sędziowie. Niektórzy podjęli się tego zadania z zastanawiającą skwapliwością, co skłania do podejrzeń, że mogli zostać podkręceni przez swoich oficerów prowadzących, co to podczas sławnej transformacji ustrojowej przewerbowali się na służbę dla BND. Skwapliwości tej bowiem nie sposób usprawiedliwić tylko próbami rządu, by przejść na ręczne sterowanie sądownictwem, które w międzyczasie po cichu wymknęło się spod wszelkiej zależności od państwa, które sędziom tylko płaci. Z tego zrezygnować nie chcą, chociaż krążą po kraju fałszywe pogłoski, że wynagrodzenia pobierane od państwa stanowią tylko część dochodów niezawisłych sędziów, a pozostałą część – podobnie jak w przypadku Światowej Organizacji Zdrowia, która nawet większość swoich dochodów czerpie z łapówek od koncernów farmaceutycznych – „zabójcze koperty” z zawartością. Jak tam jest, tak tam jest, mniejsza z tym, chociaż będąc na Pomorzu Zachodnim, słyszałem od osoby dobrze poinformowanej, że przyjęcie kandydata na aplikację sądową kosztowało w tym okręgu sądowym 50 tys. złotych. Jeśli tak, to potem ta inwestycja nie tylko musi się zwrócić, ale też przynosić dochody, więc w tej sytuacji i w fałszywych pogłoskach może być ziarenko prawdy.

    Wróćmy jednak do walki klasowej. Ważną rolę na odcinku praworządności otrzymała w swoim czasie pani Małgorzata Gersdorf, która – chociaż momentami nie była pewna, czy jest, czy nie jest Pierwszym Prezesem Sądu Najwyższego – ostatecznie zatriumfowała, co musiał podczas specjalnej audiencji uznać premier Mateusz Morawiecki. Ale jakże mogło być inaczej, skoro za panią Małgorzatą murem stanęło nie tylko polityczne stronnictwo sędziów nierządnych „Iniuria”, ale i ugrupowania nieprzejednanej opozycji z Wielce Czcigodnym posłem Pupką na czele, które dążą do tego, by wszystko było jak przedtem – czyli „nur folksdojcze”?

    Bo środowisko sędziowskie podzieliło się na dwa stronnictwa polityczne: sędziów rządowych i sędziów nierządnych, skupionych właśnie wokół partii „Iniuria”. Wprawdzie konstytucja zabrania niezawisłym sędziom przynależności do partii politycznych, a nawet do związków zawodowych – ale kto by tam zwracał uwagę na takie rzeczy, gdy właśnie zaostrza się walka o praworządność? „Kiedy Padyszachowi wiozą zboże, kapitan nie troszczy się, jakie wygody mają myszy na statku” – zauważył Voltaire.

    Więc kiedy tylko Naczelnik Państwa proklamował „Polski Ład”, który – i tak dalej – zaraz zaostrzyła się walka klasowa między sędziami nierządnymi a sędziami rządowymi. Oto niezawisły sędzia Rafał Puchalski trafił z Sądu Rejonowego w Jarosławiu do Ministerstwa Sprawiedliwości, potem również do Krajowej Rady Sądownictwa, a wreszcie do Sądu Okręgowego w Rzeszowie – i to na stanowisko jego prezesa. To może nie byłoby takim problemem, bo jak dotąd prawo nie zostało chyba złamane. Czarę goryczy przelało jednak delegowanie pana prezesa z Sądu Okręgowego w Rzeszowie do Sądu Apelacyjnego, gdzie orzekał jak gdyby nigdy nic. Tego było już za wiele, więc Izba Karna Sądu Najwyższego, najwyraźniej zdominowana przez sędziów nierządnych, uchyliła orzeczenie, w którego wydaniu uczestniczył pan sędzia Puchalski z powodu, iż został on „wadliwie delegowany”. A dlaczego wadliwie? A dlatego, że sędzia może wprawdzie zostać delegowany na dwa lata albo na czas nieokreślony – podczas gdy pan sędzia Puchalski został delegowany „na czas pełnienia funkcji prezesa Sądu Okręgowego”.

    Wprawdzie i taki czas można by uznać za „nieokreślony” – ale tym razem Izba Karna SN skwapliwie skorzystała z okazji, by sędziego rządowego ugotować. Nie tylko jednorazowo, ale grillować go już stale, bo przy tej okazji wygłosiła sentencję, że z powodu wadliwości delegacji nieważnością mogą być dotknięte wszystkie orzeczenia, w których wydaniu uczestniczył pan sędzia Puchalski. Jest to podobne do stanowiska tzw. donatystów, którzy uważali, że sakramenty, w których sprawowaniu uczestniczył tzw. tradytor, czyli kapłan, co podczas ostatniego prześladowania chrześcijan za cesarza Dioklecjana wydał rzymskim bezpieczniakom egzemplarze Pisma Świętego – są nieważne, a potem rozciągnęli tę sankcję nieważności na wszystkie przypadki złego prowadzenia się księdza. Kwestię tę ostatecznie rozstrzygnął św. Augustyn, stwierdzając, że kondycja moralna kapłana nie ma wpływu na ważność udzielonych przezeń sakramentów. Ale czy wadliwość delegacji może być jedyną przyczyną nieważności orzeczeń? Z pewnością nie – bo na pierwszym miejscu znajduje się kwestia, czy uczestniczący w wydaniu orzeczenia osobnik w ogóle był sędzią, to znaczy osobą prawidłowo mianowaną.

    Każdy podsądny bowiem na podstawie konstytucji ma prawo do niezależnego i bezstronnego „sądu” – a nie jakiejś bandy przebierańców, którzy sędziów tylko udają. Zatem zanim jeszcze dojdzie do rozpoczęcia rozprawy, sąd powinien wylegitymować się jakimś dowodem swojej autentyczności, podobnie jak policjant legitymacją czy „blachą”. W przeciwnym razie uczestnicy postępowania traciliby tylko czas na uzyskanie jakiegoś werdyktu bez znaczenia. W takiej sytuacji mają oni oczywisty interes prawny w uzyskaniu dowodu, że mają do czynienia z prawdziwym sądem. Jaki to powinien być dowód – to sprawa osobna – ale konieczność udowodnienia przez skład sądzący swojej autentyczności nie powinna budzić wątpliwości, tym bardziej że – jak się okazało przy okazji procesu sędziego Andrzeja Hurasa – Urząd Ochrony Państwa i ABW prowadziły „operację Temida”, której celem był werbunek agentury właśnie w środowisku sędziowskim. Skoro agenturę werbował UOP, a potem ABW, to jest rzeczą nieomal pewną, że podobną akcję musiały przeprowadzić Wojskowe Służby Informacyjne, które w „wolnej Polsce” działały nieprzerwanie przez 16 lat – a także inne służby, tyle że lepiej się konspirowały.

    Ale podjęcie przez sędziego tajnej współpracy też nie jest jedynym czynnikiem podważającym jego autentyczność. W sytuacji stworzonej orzeczeniem Izby Karnej SN musimy chwycić byka za rogi i postawić pytanie o wartość samej nominacji: czy była ona ważna, czy nie? Jeśli byłaby ważna, to moglibyśmy potem przeprowadzać weryfikację pozostałych dowodów autentyczności sędziego, ale jeśli okazałoby się, że nie, to nie trzeba by już żadnych dodatkowych dowodów przeprowadzać. Skoncentrujmy się tedy na nominacjach. Część sędziów została mianowana jeszcze przez komunistyczną Radę Państwa, której legalność, przynajmniej od stanu wojennego, jest słusznie kwestionowana. Skoro tedy ówczesna Rada Państwa była nielegalna, to ex nihilo nihil fit, co się wykłada, że z niczego nic powstać nie może, a zatem dokonane przez nią nominacje nie są warte funta kłaków, a osoby przez nią mianowane nie są żadnymi „sędziami”, tylko przebierańcami – być może nawet świadomymi oszustwa. Potem jednak sędziowie otrzymywali nominacje z rąk prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego. Pomijając już to, jak Wojciech Jaruzelski dokazywał w okresie PRL, to czy jego wybór na prezydenta był aby na pewno ważny? Jak wiadomo, podczas głosowania kandydatury Wojciecha Jaruzelskiego pan Andrzej Wielowieyski oddał głos nieważny, co zostało uznane za „połowę głosu” i na podstawie tej połowy Wojciech Jaruzelski został prezydentem. Ale czy aby na pewno? Jeśli cały głos pana Andrzeja Wielowieyskiego był nieważny, to tym bardziej nieważna była jego połowa! Skoro zaś tak, to znaczy, że Wojciech Jaruzelski tak naprawdę żadnym prezydentem nie był, bo nie został prawidłowo wybrany, czyli na to stanowisko „delegowany”. A jak poucza nas sentencja Izby Karnej SN w sprawie pana sędziego Puchalskiego, wadliwość delegacji pociąga za sobą nieważność wszystkich czynności dokonanych choćby z udziałem takiego ananasa.

    W tej sytuacji jest oczywiste, że wszelkie nominacje sędziowskie z rąk Wojciecha Jaruzelskiego są nieważne i to ex tunc, czyli od samego początku. Zatem nieważne są też orzeczenia wydane choćby tylko z udziałem osób przez niego mianowanych.

    Po Wojciechu Jaruzelskim na stanowisko prezydenta został wybrany Lech Wałęsa. Niby został wybrany, ale – pomijając już okoliczność, że na prezydenta nastręczyli go bracia Lech i Jarosław Kaczyńscy – zgodnie z przepisami również ówczesnej konstytucji, ważność tego wyboru powinien potwierdzić Sąd Najwyższy. I tak było – ale w świetle tego, co zostało powiedziane o nominacjach dokonanych przez Radę Państwa i Wojciecha Jaruzelskiego – czy w 1990 roku aby na pewno Polska miała autentyczny Sąd Najwyższy? Nie jest to wcale pewne, tym bardziej że – jak pamiętamy – środowisko sędziowskie uniknęło lustracji, więc mogło się tam również wtedy aż roić od konfidentów SB. Czy wobec tego orzeczenie stwierdzające ważność wyboru Lecha Wałęsy na prezydenta można uznac za ważne? Zanim te wszystkie wątpliwości nie zostaną wyjaśnione, to w żadnym wypadku. Skoro zatem nie wiemy, czy Lech Wałęsa, który zresztą sam był zarejestrowany przez SB jako tajny współpracownik o pseudonimie „Bolek”, został prezydentem lege artis, to i nominacje sędziowskie z jego rąk mogą być nieważne, tym bardziej że – jak informowali pracownicy Kancelarii Prezydenta – Lech Wałęsa zajmował się głównie „pracą naukową”, to znaczy rozwiązywaniem krzyżówek, podczas gdy czynności zarezerwowane dla prezydenta sprawował pan Mieczysław Wachowski, podejrzewany o ścisłe związki z wywiadem wojskowym. Zatem tak naprawdę autorem tych wszystkich nominacji był on – a jakimi kryteriami się kierował, tego możemy się domyślać. W tej sytuacji wygląda na to, że i nominacje sędziowskie z rąk Lecha Wałęsy mogą być nieważne, podobnie jak orzeczenia wydane przynajmniej z udziałem takich osób.

    Takie same zastrzeżenia możemy podnieść w przypadku Aleksandra Kwaśniewskiego, który, nawiasem mówiąc, też był zarejestrowany jako tajny współpracownik SB o pseudonimie operacyjnym „Alek”, więc być może nieprzypadkowo akurat w okresie jego prezydentury ABW prowadziła „operację Temida”. Wygląda na to, że autentyczność nominacji sędziowskich otrzymanych z rąk Aleksandra Kwaśniewskiego też jest wątpliwa, a zatem – że bez szczegółowego zweryfikowania każdej z nich nie możemy uznać ważności orzeczeń wydanych z udziałem takich osób. Podobna sytuacja zachodzi w przypadku nominacji uzyskanych z rąk prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Już pomijam okoliczność, że to przecież Kaczyński i że w dniu swojego wyboru zameldował swemu bratu Jarosławowi „wykonanie zadania”, co wskazywałoby, iż uznaje jego zwierzchnictwo nad sobą jako prezydentem państwa – ale przecież ważność jego wyboru stwierdzał Sąd Najwyższy, co do którego – zwłaszcza w świetle podniesionych dotychczas wątpliwości – nie ma najmniejszej pewności, czy nie został aby podstawiony. Taką możliwość musimy wziąć pod uwagę w sytuacji, gdy Sąd Najwyższy tak ostentacyjnie angażuje się w polityczną rozgrywkę pod pretekstem „walki o praworządność”, którą w 2017 roku nakazała Nasza Złota Pani. Cóż innego moglibyśmy powiedzieć w przypadku pana Bronisława Komorowskiego, który był faworytem „starych kiejkutów”, czyli wywiadu wojskowego, i który – jak wynika z ustaleń dokonanych przez Leszka Szymowskiego w Instytucie Pamięci Narodowej – został zarejestrowany jako tajny współpracownik o pseudonimie operacyjnym „Litwin”? Co tu ukrywać: wygląda na to, że i nominacje uzyskane od niego też nie są ważne, a zatem – że nieważne są również orzeczenia wydane przynajmniej z udziałem takich osób. Cóż dopiero w przypadku pana Andrzeja Dudy, który nie tylko został Polakom nastręczony przez Jarosława Kaczyńskiego, któremu ważność wyboru potwierdzał Sąd Najwyższy, co do którego zagęszczają się podejrzenia, że może być podstawiony i który w dodatku podpisywał większość aktów i nominacji, które sędziowska partia „Iniuria” uznaje bez żadnych wątpliwości za nielegalne? Jasne, że w tej sytuacji również podpisane przezeń nominacje sędziowskie są nieważne ex tunc, podobnie jak orzeczenia wydane choćby przy współudziale takich osób.

    Podsumowując: wygląda na to, że obecnie nie ma w Polsce żadnych autentycznych sędziów – co podnosi zagranica, a co może być dobrą wiadomością również dla mnie, bo wszystkie te wątpliwości można odnieść również do nominacji pani Urszuli Jabłońskiej-Maciaszczyk z Sądu Okręgowego w Poznaniu, która wydała na mnie wyrok zaoczny, bo wszystkie pisma kierowane były do mnie na adres, pod którym nie mieszkałem od ponad 11 lat. Gdyby się okazało – a jakże może być inaczej w świetle wątpliwości podniesionych wcześniej – że jej nominacja też była dotknięta nieważnością, a zatem również wszystkie orzeczenia zapadłe z jej udziałem, to sprawa musiałaby rozpocząć się od nowa i to prawdopodobnie nie w Poznaniu, tylko w Warszawie – no i przed sądem, którego autentyczność pod żadnym względem nie budziłaby wątpliwości. Jest to jednak możliwe wyłącznie w przypadku tzw. opcji zerowej, to znaczy unieważnienia wszystkich dotychczasowych nominacji sędziowskich i rozpoczęcia naboru na te stanowiska od nowa. Gorzej z pewnością by nie było, bo przynajmniej byłaby szansa na uwolnienie wymiaru sprawiedliwości od wszystkich dotychczasowych uwikłań – agenturalnych i wszystkich innych – zwłaszcza gdyby jeszcze wyjąć bat na niezawisłych sędziów z rąk rządu, a włożyć go w ręce obywateli, co już wielokrotnie postulowałem.


    Ps...„Jaki to powinien być dowód” w celach dowodowych, było że wystarczyło rozpiąć rozporek, taki dowód jest prosty i skuteczny.
    A na poważnie brak opcji zerowej, „wszyscy won” powoduje, że nie posiadamy legalnego państwa, nic nowego. Stan taki trwa od początków wieku czternastego, był czas przywyknąć.

  • jakie żydostwo.....

    te antysemickie teksty o żydostwie komu to służy chyba rosji i niemcom

    nas okupuje katolicki okupant.... rząd wyp*lać-morawieckiego...
    katolicki organicznie polski rząd prawdziwych kato-lików....

    Natomiast co do sensu że jest jakiś tam prokurator o podłej przeszłości czy coś nie wnikam..... oczywiście sąd polowy bo zawsze powinien przed wyrokiem być jakiś sąd....
    gilotyny się nie stosuje nawet na filmach, a może warto byłoby choć pokazywać władzy gilotynę, aby przypomnieli sobie, że i królowie pusty łeb tracili... a Lynch..... polacy za bardzo przyduszeni tymi okupacjami....
    Ale z drugiej strony ta głupia przywara chęci do bójki może się przydać w potyczkach z władzą..... bo tej władzy inaczej jak na kopach nie wysadzimy z siodła..... oni sfałszują kolejne wybory i po 3 turze ich nierządów z polski nic nie zostanie....