Jaka piękna katastrofa

15 sierpnia, dzień 531. Wpis nr 520 | My tu sobie gadu-gadu w polskim piekiełku, jakieś TVN-y, mienie bezspadkowe, Kukizy i Gowiny, a świat nie czeka na nasze dylematy

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                       Ja już wiele razy słyszałem o wprowadzaniu istotnych zmian „pod płaszczykiem” zdarzeń głośnych acz bez znaczenia. Ale tu mowa o czymś innym, tu się nie szczypią, jadą w biały dzień, bo naród – tu europejski – zajęty jest kowidem, zaś więzi społeczno-polityczne są już tak porwane, że nawet nie ma komu krzyknąć – gore!

Chodzi mi o najnowszą strategię Unii Europejskiej, nazwaną dowcipnie (nie będzie do śmiechu) Fit for 55. Co oznacza, że mamy się tak odchudzić z zanieczyszczeniami, by w roku 2030 osiągnąć redukcję gazów cieplarnianych o 55%. Mówi o tym 12 projektów dyrektyw unijnych, zaś rozprowadzającym jest dobrze nam znany w Polsce Frans Timmermans, z powodu swego serwilizmu w stosunku do Berlina, zwany nad Wisłą „owczarkiem niemieckim”.

Media rozgrywają tę sprawę na zasadzie „low profile”, czyli jedziemy po cichutku. Choć sprawa jest zasadnicza dla przyszłości naszego kontynentu, czyli dla nas wszystkich, łącznie z Polakami, to w mediach, również naszych – ani dychu. U nas wiadomo – jak pisałem, my się będziemy jeszcze ze sobą kłócić jak nas obcy będą licytować. Będziemy w tej śmiesznej bańce medialnej (mydlanej?) ze swoimi sprawkami, zaś świat będzie nie tylko się nami nie przejmował, ale nas zrobi na szaro. O dziwo cichutko o 12 dyrektywach Fransa również w Europie, umęczonej pełzającą kowidozą, walczącą na ulicach o swoją wolność (tego w mediach też ani dychu), bo połączenie między suwerenem a jego przedstawicielami zostało trwale zerwane. Przez przedstawicieli. A więc cicho jest, więc spójrzmy o czym.

Otóż dyrektywa bierze się za rozszerzenie opłat emisyjnych na następne, teraz już nie tylko przemysłowe, ale i społeczne obszary. Okropny ślad węglowy został namierzony bowiem i w paliwie lotniczym, i samochodowym, a także w mieszkalnictwie. Tak, że eko zapuka do domów Kowalskich. Dotąd dowiadywali się oni o tym (albo i nie) jak dostawali rachunek za prąd, bo w czarnowęglowej Polsce opłaty za media zawierają już rosnące opłaty emisyjne. Cena za emisję z tony węgla dochodzi do ceny samego węgla. A więc płacimy podwójnie. Również dlatego, że handel emisjami stał się jednym z popularniejszych przekrętów międzynarodowego kapitału spekulacyjnego. A więc co, kiedy i o ile podrożeje?

No, prąd pójdzie o 100% do góry, nie od razu, ale już w przyszłym roku się zacznie. I niech się ci co mało płacą nie cieszą, że to będzie może o stówkę więcej. Podskoczą ceny wszystkiego, bo do wyprodukowania wszystkiego potrzebujemy prądu, a ten będzie opodatkowany podwójnie. Zapłacimy więc 45 miliardów rocznie za prawa do emisji. Będziemy więc musieli importować energię, bo mamy ją zbyt czarną, co daje dodatkowe minus 10 miliardów. Tanie linie lotnicze? Bye, bye… Już nie polecimy sobie za parę złotych na Rodos. To były piękne czasy. Komisja Europejska prognozuje wzrost kosztów paliwa lotniczego z powodu opłat emisyjnych o 300%. Zaczną już w 2023 roku, a więc lecieć na wakacje póki czas. Polski Instytut Ekonomiczny wycenia, że średnio rocznie opłaty za energię w mieszkaniach wzrosną u nas o 429 euro, co razem z 373 eurasami za transport na jedną rodzinę daje dodatkowych kosztów 3.600 złotych rocznie.

Konsekwencje dla Polski

Jakie to będzie rodzić konsekwencje w Polsce? Popatrzmy. Zbliżamy się do granic tzw. „ubóstwa energetycznego”. Do tej pory brzmiało to mocno teoretycznie, teraz może nas nie być stać na korzystanie z energii i będziemy musieli oszczędzać. Siedzenie przy świeczkach (z własnej woli, ale też z powodu blackuotów) to będzie codzienność, tak jak kąpanie się rodzin (kiedyś?) w tej samej wodzie w wannie. Kolejna sprawa – będziemy mocno ograniczać naszą mobilność, no bo to do samochodu będzie strach wsiąść jak benzyna dojdzie do 8 zł za litr, zaś samoloty – jak wyżej. A więc nie będziemy się ruszać. No, ceny wzrosną, bo energia jest wliczona w koszty każdego produktu i większości usług. Będziemy mieli więc inflację. No i spadnie nasza konkurencyjność. Do tej pory mieliśmy jakieś tam przewagi nad innymi rynkami, na tyle silne, że przenoszono do nas produkcję. Teraz, kiedy będziemy szczególnie karani za grzech karbonizacji koszty energii wzrosną skokowo i przewyższą konkurencyjne pozycje, jakie dawała nam względnie tania siła robocza. Nie byłem zbyt dumny z naszej pozycji „montowni Europy”, bo marże realizowały się poza Polską, ale to przynajmniej było coś. Teraz nie będzie nic.

Może to i by był dobry impuls do rozwoju własnych zasobów gospodarczych (tak się na przykład zadziało z polską elektroniką w czasie embarga stanowojennego), ale musielibyśmy mieć do tego gotową gospodarkę. A nie mamy. Tu mógłby nas poratować Nowy Ład, ale do niego jeszcze daleko, bo to Unia gra na czas, zaś w parlamencie – zamęt. Pomijając czy rzeczywiście są tam takie scenariusze, by się gospodarczo usamodzielnić.

No dobra, zacisnę zęby i udam ekologa. Świat staje na krawędzi i zaraz klimat nas wykończy, bo my go wykańczamy. Planeta się nam odwinie. Niech będzie – przeczekamy jedno-dwa pokolenia przy świecach, planeta się oczyści i wyjdziemy na świat ze swoich jaskiń. Nawet dla czystości wywodu jestem w stanie przyjąć tę fantasmagorię. Ale my tu mówimy o planecie, zaś porządki robimy u siebie, a dla ekologii – cytuję: nie ma granic. Żyjemy na jednej planecie i wysiłki jednych bez przyłączenia się drugich są bez sensu. A więc popatrzmy jaka jest sytuacja wśród największych śmierdzieli. Proszę: oto Chiny dają do nieba rocznie 10 gigaton CO2, drugie są Stany – ponad 5, trzecie Indie – 2,6 i czwarta Rosja z 1,7 miliona. My – na 32. miejscu (per capita) ze swoimi 0,32 miliona ton rocznie. Ale my wychodzimy na Czarnego Luda i to nas dotkną te zmiany, bo my przecież z Europy pod rządami Unii, zaś 70% naszej energii pochodzi z obłożonego opłatami emisyjnymi węgla. Ale w Europie nie jesteśmy najgorsi, mimo to, jak szczur z europejską świnką morską, przegrywamy w PR.                                                                                                                                                                                                                                          Na wykresie widać jedno. Główny wzrost produkują Chiny, co daje wspomniane 10 gigaton, cała Europa daje 2 gigatony. Cały świat daje 34 gigaton, a więc jak Europa ambitnie zejdzie do 1 gigatony, to będzie to światowa redukcja o niecałe 3%. Czyli puścimy z torbami cały kontynent a planety i tak nie uratujemy, bo te redukcje zaraz przewyższy rozwijająca się i kopcąca Azja (o czym więcej poniżej). Ale tak by było gdybyśmy się zdecydowali na europejskie ubóstwo a świat co najmniej się zatrzymał z tym CO2.

A tu nic z tego, główny emitent, Chiny, już ma 4.700 kopalń węgla kamiennego i buduje nowych 100. W zeszłym roku Chiny uruchomiły trzy razy więcej elektrowni węglowych niż reszta świata. Do tego otwierają 40 nowych elektrowni węglowych. Ich wzrost, ponad dzisiejszy i tak rekordowy poziom emisji dwutlenku węgla, będzie ponad dziesięciokrotnie większy niż redukcje Timmermansa w ciągu dziesięciu lat. Co roku. Do Chin dołączają Indie i… Japonia. A my, w Europie, idziemy w drugą stronę z efektami kontrpoduktywnymi do założeń. Bo to przecież bilans całej planety się liczy i gdy my tu się będziemy wiatrakować za ciężkie pieniądze, oni i tak będą jeszcze bardziej kopcić.

Europa skansenem świata

Co to spowoduje? No, przede wszystkim Europa utraci już resztki swojej konkurencyjności. Kiedy my tu będziemy ubożeć energetycznie z powodów ekologicznych, oni tam jeszcze bardziej będą „fabryką świata”, bo w Europie przy takich kosztach energii nie będzie się opłacało już nic robić. I się rozjedziemy – Chiny z Azją będą rosły, my będziemy karleć, ale w zieloności swojej. Bo taka polityka Fit for 55 będzie prowadziła do deindustrializacji Starego Kontynentu. Staniemy się muzeum przeszłej wielkości. I kiedy Chińczycy osiągną obiecaną neutralność klimatyczną w 2060 roku, to my ze swoją w roku 2050 już tego nie doczekamy. Nie będziemy nic produkować, zaś nieliczni Europejczycy będą się zajmowali jeszcze bardziej obsługą wycieczek turystów z Chin, którzy przyjadą obejrzeć skansen dawnej chwały świata.

Tak to się skończą mrzonki ekologów. Nie wiem tylko jaka część z nich to pożyteczni idioci, a która część to całkiem płatne cwaniaki. Ciekaw jestem tylko czy kiedyś lud połączy kropki. No, w wyziębionym mieszkaniu, przy świecach ktoś może zadać jakieś pytanie. I skończy się pięknoduchostwo szczytnych zaśpiewów o planecie, którą trzeba ratować. A my, Polacy – no cóż. Będziemy się kłócić plemiennie, nawet przy świeczkach. O rzeczy ważne, o to kto lepszy – Kaczor czy Donald?

Jerzy Karwelis

Więcej wpisów na blogu Dziennik zarazy.                                                                                                                                                                                                                                                                                                    Ps...By zrealizować obłąkańcze pomysły Brukseli rząd polski powołał do istnienia Ministerstwo Klimatu. Tylko gwałtowne obniżenie stopy życiowej Polaków może pogonić polityków. UE jest trupem i to od dłuższego czasu. Wymyślono sobie, że będziemy żyć z usług. Ale z tych usług będą żyli nieliczni. Będziesz wynajmować mieszkanie, samochód, a nawet telewizor. Bo tu chodzi o to żebyś nie był właścicielem niczego. Nawet ubrania będą wypożyczane. Cały ten plan jeśli chodzi o Żielony Ład to chora wizją człowieka szalonego. Stare kraje Europejskie takie jak Francja, czy Holandia jeszcze to przetrwają. My oraz cale południe w zasadzie popadniemy w wieczną recesję i kryzys. Boże jak ja zazdroszczę Brytolom, że kopnęli to badziewie jakim stałą się UE. Czyli jednak POLEXIT i nie tylko Pol-exit, ale i inne-exity. Drogą demokratyczną. Inna droga to rewolta. W przeciwnym wypadku czeka nas koniec gospodarki, katastrofa humanitarna, no, ale przynajmniej jak lewica dopcha się do władzy, to nie będzie żadnych hamulców moralnych, więc ludzkie zwierzęta w Europie będą bardziej zajęte parzeniem się na ulicach niż rozwojem i budowaniem gospodarki.


      

kula Lis 70

kula Lis 70 - Zagorzały Antybolszewik herbu Jastrzębiec

Podobał Ci się post? Wystaw ocenę!

5

liczba ocen: 8

Post jest opublikowany więcej niż dn. Funkcje oceny i komentowania zostały wyłączone.

  • Upadek

    kontrolowany cywilizacji białego człowieka!
    Jest to celowe działanie globalnej mafii żydowskiej we współdziałaniu z Chinami!
    Cel zniszczyć wszelką konkurencję mogącą zagrozić potędze Chin!
    więcej tutaj:
    http://pospoliteruszenie.org/chinski%20smok.html

  • @anthony 07:51:30

    jaki z tego morał dla nas ?

  • 5*

    Nie ma się czym martwić!
    PiS-dał 500+ to może jeszcze dołoży?
    Plan z redukcją emisjii jest całkiem realny, w końcu po co realizowany jest program "pandemiczny"?

  • Trzeba coś z tym zrobić

    a nie chce mi się...

    ale artykuł jest motywujący do działania.
    ale nie chce mi się..
    może tego "Nobla" odłożyć i jednak coś z tym zrobić..
    chyba "niechcem ale muszem.."

    Świat potrzebuje nowych źródeł energii.
    Ktoś policzył wydajność elektrowni pływowych ?
    To chyba nieograniczone darmowe źródło energii (póki księżyc się kręci).
    Dla uzyskania energii musi być różnica potencjałów i przepływ między nimi... to najogólniejsza zasada fizyczna.
    Pływy morskie to takie darmowe źródło energii.

    Inny problem to akumulatory energii... czyli np. wiązać chemicznie na etapie akumulacji i rozwiązywać chemicznie na etapie dystrybucji.
    To zadanie dla chemików ...
    ale to tak na marginesie..

    no jest motywacja...
    i to jest wartość tego artykułu.

  • @anthony 07:51:30

    Mamy już pierwsze zwiastuny "Polskiego Wała" : Ceny prądu w przyszłym roku wzrosną - tak donosi "Dziennika Gazeta Prawna". Z nieoficjalnych informacji wynika, że spółki energetyczne będą wnioskowały o podwyższenie stawki sprzedażowej o 20-30 proc. Decyzja w tym temacie ma zapaść w listopadzie. Niemczech prąd zdrożał o 45%. A wiecie przy okazji komu za to możecie podziękować? Tak niejakiemu Tuskowi i reszcie czerwonych idiotów w PE. Tam kierować te jęki. Czasami jakiś kraj ma mafię i to jest problem. Polska jest wyjątkowa. Tu mafia ma kraj do dyspozycji. Gdyby po 89 roku sprawiedliwie osądzono i sprawiedliwie rozstrzelano wsioków, ubeków, TW, zdrajców, włodarzy żydokomunistycznych, to dzisiaj było by normalnie .
    A tak to 30lat złodziejstwa. Od Balcerka do Bydgoszczu ksywa Piniendzy nie ma i nie będzie. Gdzie bylibyśmy teraz ?

  • Czy to metoda?

    Jeśli to nie fuckt, możemy mieć na przekor Jewropie sporo małych elektrowni atomowych.
    I okazuje się że nasz przemysł jest w stanie je wyprodukować.
    Nie wybudować!
    Czyli nie trzeba na razie ruszać węgla, o ile już po cichu ktoś go nie "sprywatyzował" za granicę.
    I nie będziemy skazani na wiatry(oprócz puszczanych przez koalicję i opozycję) oraz elektrowoltanikę, ale o to zatroszczy się Słońce Peru.

  • @kula Lis 70 16:27:53

    Akurat Twój nick zaczyna się od właściwego prezentu dla zdrajców i złodziei okradających Polaków.
    Co gorsze, są wśród nich także etniczni i wychowani w duchu polskości
    degeneraci.
    O ile polskojęzyczną agenturę jeszcze można jakoś zrozumieć.(Na ulicy po polsku, w hausie po niemiecku choć mogliby po kaszebsku. Ale, wróć, ich dziady i ojce mordowali Kaszubów).

    Kto dziś szczerze i bez udawanej "odrębności kulturowej" kryjącej Prusaków, mógłby zaśpiewać.



    A nie Dojczland, Dojczland...

  • "Fit for 55". Dlaczego ten program jest tak niebezpieczny dla Polski?

    Nasz temat okładkowy to "Zielony zamach na Polskę". Piszemy o najnowszym pomyśle, programie Komisji Europejskiej, który jeśli zostanie wprowadzony w życie i zrealizowany może doprowadzić Polskę do gospodarczej ruiny. Co się znajduje w tym programie? I dlaczego jest on tak dla Polski niebezpieczny? o tym w tekstach okładkowych najnowszego numeru tygodnika "Do Rzeczy". Dlaczego jeszcze warto sięgnąć po nowy numer naszego tygodnika? Posłuchajcie Kamili Baranowskiej.

    https://dorzeczy.pl/kraj/195909/kamila-baranowska-poleca-najnowsze-do-rzeczy.html?
    Ps...Ten program jest zagrożeniem dla Polski. Gdyż Duda ratyfikował Fundusz odbudowy UE. Który jest podstawą prawną do wprowadzenia Fit for 55!

    A tymczasem ... ŚCIEMA NA CAŁEGO …W nawiązaniu do artykułu: Koniec węgla w UE. Za niemal całą produkcję w Unii odpowiada Polska - tutaj:
    https://forsal.pl/biznes/energetyka/artykuly/8226620,koniec-wegla-w-ue-za-niemal-cala-produkcje-w-unii-odpowiada-polska.html
    Ten artykuł to MANIPULACJA! Rzecz w tym, że podaje się tutaj jedynie „produkcję”, tj. WYDOBYCIE węgla i przemilcza …SPALANIE WĘGLA W ELEKTROWNIACH, tj. ten czynnik który odpowiada za emisję („produkcję”) CO2. A tutaj rzeczywistość – zarówno światowa jak i europejska – wygląda zupełnie inaczej. Jak to wygląda? Szukaj w netcie np. na Statista.com
    wg haseł:
    “Number of operational coal power plants worldwide as of 2021, by country” „Europe's Ten Biggest Polluters”. Okazuje się, że w UE faktycznie największym emitentem CO2 jest El. Bełchatów (38.3 megaton), ale już następnym na tej liście jest niemiecka El. Neurath (32.1), a na 10 największych z tej listy, aż 7 elektrowni węglowych to elektrownie niemieckie, które łącznie emitują blisko … 132 megaton! Zwyczajna dziennikarska rzetelność nakazywała by sprostować te półprawdy, gdyż samo wydobycie węgla ma niewiele wspólnego z tzw. „katastrofą klimatyczną”.

    https://cdn.statcdn.com/Infographic/images/normal/17582.jpeg

  • Zielony zamach na Polskę. Bruksela skazuje nas na gospodarczą ruinę

    https://img.dorzeczy.pl/img/do-rzeczy-nr-34-zielony-zamach-na-polske-bruksela-skazuje-nas-na-gospodarcza-ruine/9c/16/19d021f059d49681bb66aab008b0.png
    Banda ideologów cofnie nas w rozwoju o kilka dekad. Wszyscy będziemy ubożsi, zwłaszcza Polacy przestrzega Łukasz Warzecha w tekście „Zielony komunizm kontra Polska”. A Jan Bogatko pokazuje, że od lat pod różnymi aspektami próbowano zastraszać ludzi. Świat ma na swym koncie ponad 150 końców świata, jeśli wierzyć różnym wyliczeniom. Minęły tysiąclecia, ale metody rządów strachu nie zmieniły się ani na jotę pisze w tekście „Koniec świata”.


    Ps...Duda ratyfikował Fundusz odbudowy UE. Przez co Unia może teraz nakładać sankcje. Ja wiem Pisowcy, że w TVP powiedzieli wam, że to taka w sumie bezzwrotna pożyczka. Ale to nie jest prawda.

  • Zielony komunizm kontra Polska

    https://img.dorzeczy.pl/img/frans-timmermans/3f/d1/c5b32115daa9df38a6d28d7d76b1.jpeg


    Banda ideologów cofnie nas w rozwoju o kilka dekad. Wszyscy będziemy ubożsi, zwłaszcza Polacy. Unia Europejska już wielokrotnie ogłaszała różnego rodzaju programy zmian w różnych dziedzinach. W ciągu ostatniej dekady duża część dotyczyła walki o klimat, który stał się unijnym fetyszem i walką, której zostało podporządkowane praktycznie wszystko w gospodarce oraz polityce. Jednak nawet na tym tle program Komisji Europejskiej „Fit for 55”, którego twarzą stał się wiceprzewodniczący KE Holender Frans Timmermans, wyróżnia się zdecydowanie. Po raz pierwszy bowiem tak jasno i jednoznacznie powiedziano, że nie chodzi tutaj o jakieś dostosowanie, modernizację czy ujednolicenie, ale o zmianę sposobu życia wszystkich obywateli UE na wielką skalę. Te słowa wypowiedział sam Timmermans i tak należy patrzeć na „FF55”: jako na program inżynierii społecznej. Zwolennicy poświęcenia wszystkiego na rzecz walki o klimat sprzeciwiają się nazywaniu „FF55” programem zielonego komunizmu, a jednak jest to określenie ze wszech miar słuszne. Komunizm miał to do siebie, że podporządkowywał wszystkie dziedziny życia od spraw osobistych do całej gospodarki – walce o zwycięstwo światowej rewolucji. Tu mamy to samo, tylko że sprawa się zmieniła a teraz jest to klimat. Cała reszta jest identyczna: agresywna, holistyczna ideologia, quasi-religijny do niej stosunek, są nawet podobnej natury fanatyczne środowiska. Komunizm miał np. słynny Związek Wojujących Bezbożników, klimatyzm ma Extinction Rebellion.

    Skąd wziął się „FF55”? Jego źródłem i to znów pojawiało się w oficjalnych wypowiedziach jest przekonanie, że dotychczasowe sposoby walki z emisjami CO₂ okazały się za łagodne i nie przyniosły oczekiwanych rezultatów, trzeba zatem dokręcić śrubę, obejmując nowe dziedziny systemem zezwoleń na emisje CO₂ (EU ETS), w tym budownictwo, lotnictwo oraz transport drogowy.

    Wadliwe założenie
    Jednak dyskusja o „FF55” i całej unijnej polityce klimatycznej, nie tylko w Polsce, jest już w punkcie wyjścia wadliwa. Ogromna część komentatorów – o politykach nie mówiąc – zgodziła się na podstawowe założenie, na którym UE opiera swoją arcyambitną politykę klimatyczną, czyli na twierdzenie, że musimy radykalnie ograniczyć emisje CO₂, bo inaczej czeka nas rychła klimatyczna katastrofa. Tymczasem w ramach prawdziwie otwartej debaty samo to założenie może być zakwestionowane. Obecny stan rzeczy przypomina sytuację, w której zgodzilibyśmy się na mocno kontrowersyjne stwierdzenie, że istnieją latające świnie, i zamiast próbować je obalić, spieralibyśmy się już tylko o to, jakiego koloru mają skrzydła. Sprzyja temu coraz gwałtowniejszy opór środowisk klimatystycznych przeciwko dopuszczaniu w ogóle do dyskusji innych stanowisk. „Do Rzeczy” stało się tutaj szczególnie częstym celem klimatystycznych proroków.

    O tym, na jak chwiejnych podstawach opierają się takie „naukowe” argumenty jak rzekomy powszechny konsensus co do antropogenicznej natury zmian klimatu, pisałem już w naszym tygodniku. Tym razem warto skupić się na tym, co klimatystycznym histerykom dało ostatnio nowe paliwo: na najnowszym raporcie Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu (IPCC). Powszechnie cytowany jest wyimek z konkluzji tego raportu, mówiący o tym, że ocieplenie o półtora stopnia jest już nieuniknione, a emisje trzeba radykalnie ściąć, aby uniknąć dalszego podgrzewania klimatu. Czyż nie brzmi to dramatycznie?

    Tu jednak trzeba zrozumieć, jak działa IPCC. To grono, jak sama nazwa wskazuje, międzyrządowe. Oznacza to, że naukowców do panelu powołują rządy, trudno zatem mówić o grupie w pełni wolnej i obiektywnej. Działają w niej wszystkie mechanizmy rządzące polityką, a więc naukowcy z największych i najzamożniejszych państw – które w większości nawróciły się już na klimatyzm – mają do powiedzenia więcej niż ci z krajów mało znaczących. W IPCC biorą udział ci naukowcy, którzy w swoich krajach działają w głównym obiegu, otrzymują granty i stypendia.

    Nie trzeba jednak daleko szukać, aby znaleźć wypowiedzi byłych już członków panelu, którzy w różnym stopniu dystansują się od tego, jak następnie politycznie obrabiane są rezultaty jego dociekań. Na przykład prof. Mike Hulme z Uniwersytetu Cambridge już kilka lat temu zwracał uwagę na to, że nadmierna presja na obywateli, aby wyrzekali się dotychczasowego stylu życia i korzyści, jakie z niego płyną, odrzuca ludzi od samej idei walki z globalnym ociepleniem. Jeszcze w 2007 r. powstał raport dla amerykańskiego Senatu, firmowany przez ponad 700 naukowców, w tym wielu pracujących uprzednio dla IPCC, odrzucający twierdzenie o przemożnym wpływie człowieka na zmiany klimatu. Z kolei w 2009 r. wyciekła korespondencja e-mailowa pomiędzy naukowcami z IPCC, którzy zastanawiali się, jak poradzić sobie z danymi niepasującymi do tezy o nieustannym wzroście temperatury. Najnowszy raport, liczący sobie ponad 3 tys. stron, przyznaje z kolei, że trzy do czterech razy przeszacowano uprzednio wpływ emisji metanu na zmiany klimatyczne w perspektywie 20-letniej. Przypomnijmy, że emisje metanu to jeden z podstawowych argumentów używanych do uzasadnienia konieczności ograniczenia hodowli bydła.

    Nie chodzi o to, że IPCC fałszuje swoje wyliczenia – nic takiego nigdy nie stwierdzono. Wielokrotnie natomiast zarzucano panelowi dobieranie danych wyjściowych do tych wyliczeń pod tezę. Konkluzje, jakie przedstawia IPCC, są oparte na modelowaniu teoretycznym. Takie modelowanie opiera się na przyjętych w punkcie wyjścia założeniach. Wystarczy lekka zmiana tychże, aby osiągnąć bardzo różne rezultaty. Na dodatek czym innym są zawarte w raporcie – niezrozumiałym i nieweryfikowalnym przecież poza wąskim gronem specjalistów – wyliczenia, a czym innym skrótowe konkluzje, które mają już charakter politycznych zaleceń i na których kształt nie mają już wpływu setki zaangażowanych naukowców, a jedynie grupa kierująca panelem. Czymś zaś jeszcze innym jest sposób, w jaki następnie te konkluzje są wykorzystywane przez rozhisteryzowane media, polityków czy aktywistów.

    Klimat zmieniał się zawsze
    Problem z debatą polega na tym, że strona klimatystyczna uznała, iż o punkcie wyjścia nie ma już co rozmawiać, bo został on dowiedziony ponad wszelką wątpliwość, co nie jest prawdą. To, co nie powinno budzić wątpliwości, to zmiana klimatu – po prostu dlatego, że klimat zmieniał się zawsze. Podobnie można się zgodzić, że człowiek ma na te zmiany jakiś wpływ. Nie ma natomiast zgody co do tego, jak duży jest ten wpływ, a już w szczególności co do tego, czy nawet najbardziej radykalne działania na poziomie UE, kosztujące biliony euro, w jakimkolwiek stopniu te zmiany zahamują. Zwłaszcza że UE jako całość emituje trochę ponad 9 proc. światowej ilości wypuszczanego do atmosfery CO₂. W tym Polska to ok. 0,8 proc. Tymczasem sama Rosja to 4,7 proc. ogólnych emisji, Stany Zjednoczone – ponad 13 proc., a Chiny – ok. 29 proc. (dane z 1997 r.). Innymi słowy – Unia Europejska wprowadziła i planuje dalsze nieprawdopodobnie wręcz kosztowne dla swoich obywateli działania, opierając się jedynie na hipotezach i niepewnych modelach, sama mając minimalny udział w światowych emisjach. Oznacza to, że kilkuprocentowa redukcja emisji w UE to w skali światowej już tylko dziesiąte części procenta.

    Liderzy klimatystycznej krucjaty twierdzą, że Europa musi pokazać kierunek, a inni pójdą za nią. To bardzo wątpliwe. Największy pojedynczy emitent, czyli Chiny, wprowadził wprawdzie własny, raczkujący system zezwoleń na emisję, ale już okazało się, że dusi on wzrost gospodarczy, więc prawdopodobnie zostanie rozluźniony.

    Co więcej, nie bierze się pod uwagę ani potencjalnych korzyści z ewentualnego ocieplenia klimatu (takie są możliwe choćby w rolnictwie lub w postaci oszczędności na ogrzewaniu), ani alternatywnej drogi w postaci położenia nacisku nie na ograniczanie emisji, ale na dostosowanie się do nowych warunków. To droga, o której w książce „False Alarm” pisał niedawno Duńczyk Bjørn Lomborg, nie kwestionując zresztą hipotezy o antropogenicznym charakterze zmian klimatu (o tym również pisałem w „Do Rzeczy”).

    „FF55” z tego punktu widzenia to pójście o wiele dalej niż jakikolwiek dotąd ogłoszony plan. Jest to co prawda na razie tylko propozycja Komisji Europejskiej, ale nawet gdyby uznać ją za punkt wyjściowy do negocjacji, to i tak jawi się przerażająco. Timmermans w swoich wypowiedziach – m.in. w wywiadzie, którego udzielił „Rzeczpospolitej” wkrótce po ogłoszeniu programu – wydaje się kompletnie nie uwzględniać czynnika społecznego, przechodząc do porządku dziennego nad niezliczonymi wątpliwościami i potencjalnym buntem, związanym z kosztami, jakie dla przeciętnego obywatela oznacza „FF55”.

    Oto próbka dotycząca zawartego w programie zakazu sprzedaży aut spalinowych od 2035 r.: „Przejście na samochody elektryczne dokona się szybciej, niż ktokolwiek prognozował, ale mamy obowiązek stworzyć zachęty. A zatem zadbać o infrastrukturę do ładowania, a także zaostrzyć normy emisyjne dla samochodów. Już teraz samochód elektryczny jest tańszy w użytkowaniu niż ten na paliwo. A według prognozy Bloomberga będzie też tańszy w zakupie już w 2027 r”..

    Timmermans nie bierze pod uwagę ani ograniczeń infrastruktury, ani kosztów ładowania, które będą musiały wzrosnąć, aby zrekompensować rządom utratę przychodów z podatków w cenie paliw, ani tego, że ceny aut elektrycznych są kształtowane przez rządową politykę dotacji, a nie rynek. Nie wspomina też ani słowem o kwestii praktyczności pojazdów elektrycznych w porównaniu ze spalinowymi. To stwierdzenia przypominające deklaracje sowieckiego komisarza: ma być tak i tak i nic nas nie obchodzi, jak to zrobicie.

    Rachunki w górę
    Jednak przy innych kwestiach, opisanych na 4 tys. stron drobiazgowych przepisów, sprawa zarżnięcia europejskiego przemysłu samochodowego wydaje się drobiazgiem. Najistotniejsze jest bowiem poszerzenie systemu handlu emisjami i objęcie nim budownictwa oraz transportu drogowego. System ETS już teraz widzimy w działaniu. Jego skutkiem są szybujące ceny prądu, ponieważ ceny uprawnień za emisję dwutlenku węgla stały się instrumentem spekulacji finansowych i ich ceny sięgają dzisiaj ponad 50 euro za tonę. W zamyśle ten system miał sprawiać, że podmioty, zniechęcane kosztami emitowania CO₂, miały inwestować w czystsze metody działania. Ten schemat był jednak od początku wadliwy. Pokazują to losy polskich ciepłowni lokalnych, które muszą dzisiaj wydawać ogromną część swoich budżetów na opłacanie bieżącego działania, a zatem nie tylko nie są w stanie sfinansować inwestycji w czystszą technologię – a są to inwestycje ogromnie kosztowne – lecz także często stoją na granicy bankructwa. Dla Polaków może to mieć dwojaki skutek: albo okaże się wkrótce, że zimą kaloryfery są zimne, albo rachunki poszybują w niebo.

    Tak będzie z większością biznesów, przede wszystkim mniejszych. Koszty emisji, zwłaszcza gdyby systemem został objęty transport drogowy, po prostu te biznesy wykończą. Szczególnie że małe firmy – fryzjer, niewielki warsztat samochodowy, restauracja – nie mają wielkiego pola manewru i nie bardzo jak mają się przestawić na „czysty” sposób działalności. Ich nie czekają żadne korzyści – jedynie dramatycznie rosnące rachunki.

    Zwolennicy unijnej polityki klimatycznej twierdzą, że oznacza ona rozwój gospodarczy, tyle że w innych sferach niż dotychczas, a inwestycje w „czystą energię” przyniosą wielkie korzyści. Tyle że to tak nie działa. Trzeba być skrajnie naiwnym, by twierdzić, że zamiast zamkniętej „nieekologicznej” firmy powstanie „ekologiczna” firma, która zatrudni nawet więcej osób. Korzyści będą ograniczone do stosunkowo wąskiego sektora. Pomoc dla firm czy obywateli nie weźmie się z powietrza – będzie musiała oznaczać wzrost fiskalizmu. Pieniądze z unijnego Funduszu Sprawiedliwej Transformacji przeznaczone dla Polski to ok. 3,5 mld euro, czyli ok. 15 mld zł – to grosze w porównaniu z tym, ile będzie nas kosztować dostosowanie się do unijnych wymogów, i to jeszcze tych w wersji sprzed „FF55”. Według rządowego dokumentu, mówiącego o perspektywie 2040 r., reforma polskiej energetyki do 2040 r. może kosztować blisko bilion złotych. Nawet jeśli uwzględnić, że FST został na razie ustalony tylko na jedną perspektywę budżetową, trudno zakładać, żeby w kolejnych zawierał szczególnie większe sumy. Gdyby powtarzała się suma obecna, można założyć, że ogółem Polska otrzymałaby maksymalnie ok. 60 mld zł. Do tego możemy doliczyć jeszcze ok. 14 mld euro (27 mld zł) z Funduszu Modernizacyjnego UE, do którego ma trafić część wpływów ze sprzedaży uprawnień do emisji, a z którego będzie zasilanych 10 najbiedniejszych krajów UE. Razem mamy niespełna 90 mld zł w bardzo optymistycznym wariancie, czyli jedną dziesiątą tego, co musimy wydać na modernizację naszego systemu energetycznego. To pieniądze wręcz śmieszne. Objęcie systemem uprawnień do emisji budownictwa (kwestia efektywności energetycznej) oraz transportu drogowego ten koszt radykalnie winduje praktycznie dla całej gospodarki.

    Zresztą efektywność systemu ETS jest podważana przez ekspertów. W swoim memorandum na temat programu „FF55” Związek Przedsiębiorców i Pracodawców wskazuje, że większość badań, mających dowodzić efektywności tego systemu w osiąganiu celu, którym jest redukcja emisji CO₂, została stworzona jako teoretyczne modele nieoparte na realnych doświadczeniach. Oceny realnych skutków pokazują zaś, że są one niemal pomijalne – redukcja wyniosła od 0,5 do 1,5 proc. ZPP wskazuje również na zagrożenie wynikające z planów wprowadzenia systemu ETS w transporcie lotniczym, który przecież nie dysponuje żadnymi alternatywami dla spalania benzyny lotniczej. Konsekwencje będą oczywiste: potężny cios w branżę lotniczą, a także turystyczną, ponieważ dla wielu obywateli UE podróże lotnicze staną się niedostępne z powodu cen. Pod tym względem możemy się cofnąć do lat 60. czy 70., gdy podróżowanie samolotem było zarezerwowane dla najzamożniejszych. To właśnie jeden z wielu przykładów społecznej inżynierii, którą chce uprawiać Timmermans.

    Europejczycy będą biedni
    Wskutek programu „FF55” nieuchronna jest pauperyzacja społeczeństwa. PIE szacuje, że z powodu wdrożenia systemu handlu emisjami w budownictwie oraz transporcie całkowity koszt dla unijnych gospodarstw domowych w latach 2025–2040 to – uwaga! – 1,1 bln euro. Roczny koszt systemu uprawnień w transporcie dla przeciętnego unijnego gospodarstwa domowego ma wynieść 373 euro oraz aż 427 euro w związku z objęciem systemem budynków mieszkalnych. Razem to 800 euro, czyli ok. ponad 3,6 tys. zł! A pamiętajmy, że są to wyliczenia średnie. W kraju takim jak Polska koszt będzie zapewne wyższy.

    PIE szacuje również, że wydatki na energię pierwszego kwintyla (czyli najuboższych 20 proc.) gospodarstw domowych w UE w związku z wprowadzeniem ETS w transporcie wzrosną o 44 proc., a w budownictwie – o 50 proc., w Polsce zaś będzie to aż 108 proc.! Innymi słowy – najuboższa jedna piąta polskich gospodarstw domowych zapłaci za energię tylko z powodu poszerzenia systemu ETS o jeden sektor ponad dwa razy więcej niż obecnie. Te szacunki sprawiają, że włosy podnoszą się na głowie.

    Do tego wszystkiego dorzućmy jeszcze projekt CBAM, czyli „cła węglowego”, które ma być nakładane na granicy UE i ma zapobiegać wypychaniu wysokoemisyjnej produkcji poza UE. Podatek miałby być nakładany na każdy towar sprowadzany z kraju, gdzie przy produkcji emituje się CO₂. Dotyczy to również surowców energetycznych, co ma szczególne znaczenie dla Polski. Ten protekcjonistyczny mechanizm niejako sam recenzuje plany UE: społeczni inżynierowie przewidują, że biznes będzie uciekał od drastycznych obciążeń. Dla zwykłych obywateli CBAM oznacza zaś, że nie da się już taniej kupić towarów spoza UE.

    Najnowsza historia jest pełna całkowicie chybionych, panicznych przewidywań, zgodnie z którymi nie powinno nas już być na Ziemi. Gdy w 1970 r. po raz pierwszy obchodzono Dzień Ziemi, w piśmie „Scientific American” przewidywano, że ołów, cynk, złoto i srebro skończą się przed 1990 r., a miedź – 10 lat później. Ekolog Kenneth Watt wieszczył w „Time”, że przy utrzymaniu ówczesnego tempa zwiększania się ilości azotu w atmosferze wkrótce światło nie będzie w ogóle przenikać przez atmosferę i ziemia stanie się całkowicie jałowa. Inny ekolog, Kenneth Watt, ostrzegał zaś przed nadchodzącą epoką lodowcową. Można się z tych absurdów dzisiaj śmiać. Ale śmiech zamiera na ustach, jeśli uświadomimy sobie, że banda ideologów tym razem postanowiła zafundować nam na podstawie podobnych prognoz prawdziwy armagedon, cofając nas w rozwoju – w szczególności Polaków – o kilka dekad.

    Jeżeli dzisiaj słyszę, jak klimatyści mówią, że to jest walka o przyszłość naszych dzieci, to w tym jednym się z nimi zgadzam: walka z szaleństwem, którym jest unijna polityka klimatyczna, a szczególnie „FF55”, jest istotnie walką o przyszłość. A konkretnie o to, żeby nasze dzieci nie wspominały obecnych czasów jako ostatniego momentu względnej pomyślności, zamożności i wolności.

    Autor: Łukasz Warzecha

  • Polskie lasy. Kontrowersyjna strategia UE

    Głos w sprawach dotyczących lasów powinien należeć do osób i grup społecznych posiadających wiedzę i doświadczenie w zakresie leśnictwa, a nie do unijnych urzędników poddawanych często działaniom lobbystów- mówi Edward Siarka, sekretarz stanu w Ministerstwie Klimatu i Środowiska, Pełnomocnik Rządu ds. Leśnictwa i Łowiectwa
    Unia Europejska stawia na ochronę pochłaniaczy dwutlenku węgla, czyli m.in. lasów i łąk. Zaprezentowany niedawno pakiet „Fit for 55” i tzw. strategia leśna - co oznaczają dla Polski?

    Lasy jako bardzo ważny element obiegu węgla w przyrodzie są jednym z kluczowych zagadnień unijnej polityki klimatycznej. Opublikowana niedawno nowa Strategia leśna UE została całkowicie podporządkowana osiągnięciu celów klimatycznych i proponuje odejście od wielofunkcyjności lasów, zwłaszcza kosztem działań gospodarczych. Wiele kwestii wymaga tu wyjaśnienia i doprecyzowania, brakuje przede wszystkim analizy długofalowych skutków proponowanych rozwiązań.

    Z kolei pakiet klimatyczny „Fit for 55” zawiera szereg wniosków, które mają dostosować politykę unijną do obniżenia emisji gazów o 55 procent do 2030 roku. Dla Polski proponowana zmiana oznacza zwiększenie pochłaniania z 28 mln ton na ok. 38 mln ton ekwiwalentu dwutlenku węgla. Taką ilość gazów miałyby pochłonąć polskie lasy już w 2030 roku. Mając na uwadze, że prowadzenie gospodarki leśnej wiąże się z realizacją długoterminowego scenariusza, znaczne zwiększenie poziomu pochłaniania w tak krótkim czasie jest nierealne do wykonania.

    Dużym wyzwaniem dla polskiej polityki leśnej, ale także polityki innych państw o znacznej lesistości, jest także propozycja scentralizowania na poziomie UE zarządzania lasami oraz osłabienie kompetencji państw członkowskich. Uważamy, że zarządzanie lasami powinno uwzględniać indywidualny charakter lasów wynikający z lokalnych uwarunkowań środowiskowych i biogeograficznych poszczególnych krajów.

    Które punkty pakietu „Fit for 55 są według pana najbardziej kontrowersyjne?

    Wśród najbardziej kontrowersyjnych kwestii znajduje się m.in. duże obciążenie lasów nowym celem klimatycznym, który w rzeczywistości może być nie do udźwignięcia przez polskie lasy. Kwestię problematyczną stanowi również rozdzielenie pomiędzy państwa członkowskie celu unijnego – tj. osiągnięcie pochłaniania na poziomie 310 mln ton ekwiwalentu CO2/rok. W projekcje zmian rozporządzenia LULUCF brakuje jednoznacznej informacji na ten temat. A przecież wiadomo, że np. lasy w Hiszpanii będą miały inny potencjał klimatyczny niż lasy w Polsce, czy Szwecji lub Finlandii. Z drugiej zaś strony zmiana rozporządzenia LULUCF proponuje znaczne różnice w celach krajowych wśród państw o podobnej specyfice biogeograficznej.

    Jeśli chodzi o Strategię leśną należy zwrócić uwagę, że wiele jej celów wyklucza się wzajemnie. Przede wszystkim osiągnięcie wspomnianych celów w zakresie bioróżnorodności i klimatu bazować będzie na ograniczeniu pozyskiwania drewna, co jednocześnie stoi w sprzeczności z osiąganiem celów związanych ze zwiększaniem znaczenia lasów w rozwoju biogospodarki, takich jak np. promowanie produktów drewnianych i zwiększanie ich potencjału dla magazynowania węgla. Nie można zapominać, że drewno odgrywa bardzo ważną rolę także w sektorze ciepłowniczo-energetycznym, stanowiąc odnawialne źródło energii, i ten aspekt także powinien być promowany. Bardzo kontrowersyjną sprawą jest także osiągnięcie dwóch założonych celów, czyli zwiększenie powierzchni starodrzewi w celu intensyfikacji bioróżnorodności oraz zwiększenie pochłaniania, co jest sprzeczne z tą ideą, gdyż każde drzewo po osiągnięciu wieku dojrzałego jest coraz słabszym pochłaniaczem CO2.

    Prowadzona w Polsce zrównoważona gospodarka leśna zapewnia utrzymanie trwałości lasów i obejmuje szereg rozwiązań oraz praktyk sprzyjających zwiększaniu odporności ekosystemów leśnych. W Polsce w ciągu ostatnich 30 lat ilość drewna w lesie zwiększyła się o 50 proc. Należy podkreślić również olbrzymi wkład polskiego leśnictwa w ochronę przyrody - na terenach pozostających w zarządzie Lasów Państwowych funkcjonuje 80 proc. wszystkich form ochrony przyrody. Naszym zdaniem, działania zapowiedziane przez Komisję w zakresie nowych propozycji programów edukacyjnych i treningowych, dedykowane osobom zajmującym się leśnictwem, powinny uwzględniać prawie stuletni dorobek i doświadczenie leśników. Lasy w Polsce odgrywają istotną rolę nie tylko dla ochrony przyrody, ale także dla biogospodarki, a w szczególności dla rozwoju obszarów wiejskich.

    Należy także zaznaczyć, że rola społeczeństwa w dyskusji na temat lasów i leśnictwa jest niezwykle ważna. Głos w sprawach dotyczących lasów powinien należeć do osób i grup społecznych posiadających odpowiednią wiedzę i doświadczenie w zakresie leśnictwa, a nie do unijnych urzędników poddawanych często działaniom lobbystów.

    Zakaz wstępu do lasów. Część ekspertów przewiduje, że takie mogą być konsekwencje pakietu. To realne?

    Ryzyko ograniczenia wstępu do lasów może pojawić się w wyniku wdrożenia celów Strategii na rzecz bioróżnorodności, przyjętych również w Strategii leśnej, zakładających objęcie 10 proc. powierzchni Polski ochroną ścisłą. Jednak dziś polskie lasy są otwarte dla społeczeństwa i nie przewiduje się ograniczeń w dostępie do nich. Oczywiście z wyjątkiem sytuacji wyjątkowych, takich jak czasowe ograniczenie dostępu np. w sytuacji zagrożenia pożarowego.

    Jaka będzie nasza odpowiedz na propozycje UE?

    We wrześniu rozpoczną się negocjacje aktu prawnego, które mogą potrwać do 2 lat. Obecnie Ministerstwo pracuje nad stanowiskiem Rządu do pakietu „Fit for 55”, w tym zmiany rozporządzenia LULUCF, które będzie stanowiło podstawę do negocjacji aktu prawnego na forum Rady UE. Równolegle pracujemy także nad naszym stanowiskiem do Strategii leśnej. Analizujemy możliwe jej skutki, zwłaszcza pod kątem zagrożeń dla polskiego leśnictwa i gospodarki leśnej. Rozwiązania zawarte w Strategii, które uważamy za nieuzasadnione lub wymagające dalszej dyskusji, będziemy wyjaśniać ze służbami Komisji Europejskiej oraz konsultować z partnerami z innych państw członkowskich. Szukamy najlepszych, kompromisowych rozwiązań zapewniających kontynuację zrównoważonej gospodarki leśnej w Polsce.

    Kilka lat temu miały miejsce gwałtowne protesty przeciwko wycince w Puszczy Białowieskiej. Protestujący ekolodzy, spór o kornika drukarza. Jak obecnie wygląda sytuacja Puszczy?

    Ministerstwo Klimatu i Środowiska podejmuje szereg działań, które mają na celu uregulowanie kwestii zarządzania lasami w Puszczy Białowieskiej. Już za kilka dni poinformujemy o oficjalnym rozpoczęciu prac nad polską częścią zintegrowanego planu zarządzania dla Obiektu Światowego Dziedzictwa Białowieża Forest. Dotychczas trwał długi, ale bardzo istotny z punktu widzenia tego projektu proces przygotowawczy. Przygotowywana jest także prognoza oddziaływania na środowisko dla „Planu przeciwpożarowego zabezpieczenia i gaszenia pożarów lasu dla polskiej części Transgranicznego Obiektu Światowego Dziedzictwa Białowieża Forest”. Po przeprowadzeniu strategicznej oceny oddziaływania na środowisko dokument ten zostanie przyjęty do realizacji. Warto również wskazać, że w dniu 9 marca br. zatwierdziłem aneksy do planu urządzenia lasu dla Nadleśnictwa Białowieża i Nadleśnictwa Browsk. Zaplanowane działania są w pełnej zgodzie z planem zadań ochronnych Natura 2000 w Puszczy oraz strefowaniem UNESCO.

    A niesławny kornik drukarz? Wciąż groźny?

    Jeżeli mówimy o korniku drukarzu - to mówimy o problemie w skali makro.

    W 2019 roku to właśnie ten szkodnik zaatakował drzewostany świerkowe na powierzchni 40 tys. ha lasów w Polsce. Śledząc informacje medialne, kornik drukarz atakuje osłabione drzewostany zarówno w Polsce, ale i lasy u naszych sąsiadów (ostatnio media mocno rozpisują się np. o problemie gradacji kornika drukarza na terenie niemieckich lasów). Jeżeli chodzi o kornika w Puszczy Białowieskiej, to jego masowe występowanie zależy od wielu czynników. Sytuację należy stale monitorować.

    https://dorzeczy.pl/ekonomia/195888/polskie-lasy-kontrowersyjna-strategia-ue.html

  • @kula Lis 70 17:07:17

    "Głos w sprawach dotyczących lasów powinien należeć do osób i grup społecznych posiadających wiedzę i doświadczenie w zakresie leśnictwa, a nie do unijnych urzędników poddawanych często działaniom lobbystów- mówi Edward Siarka, sekretarz stanu w Ministerstwie Klimatu i Środowiska, Pełnomocnik Rządu ds. Leśnictwa i Łowiectwa"

    Leśnicy i myśliwi są bogatymi grupami interesu, korzystającymi z majątku narodowego. Chcą zarabiać jak najwięcej na wycince (stare drzewa z parków narodowych są najbardziej lukratywne) oraz chcą mieć dużo zwierząt do polowania.

    Mają się tak do ekologii jak rzeźnicy do nauki anatomii.

  • @Pedant 17:21:19

    "Mają się tak do ekologii jak rzeźnicy do nauki anatomii."

    Albo producenci kiełbasek, do humanitarnego traktowania zwierząt.