Emirat talibów

Budowany przez 20 lat „nowy” Afganistan rozsypał się jak domek z kart w ciągu kilku dni. Rządy talibów cofną ten kraj cywilizacyjnie o kilkaset lat.

Członek talibańskiego patrolu w Afganistanie.                                                                                                                                                                                                                                                                               Zajęcie Kabulu przez talibów wyglądało tym razem inaczej niż to, które miało miejsce 25 lat temu. We wrześniu 1996 r. po raz pierwszy zajęli oni afgańską stolicę po tym, jak wycofali się z niej siły Ahmeda Szacha Masuda i wspierany przez nie prezydent Burhanuddin Rabbani. Były komunistyczny przywódca Afganistanu Mohammad Nadżibullah, przebywający od upadku swojego reżimu w kabulskim przedstawicielstwie ONZ, popełnił wówczas fatalny dla siebie błąd, odrzucając propozycję Masuda, by ewakuować się z miasta razem z nim. Nadżibullah podejrzewał, że to podstęp, który ma go wywabić z bezpiecznego, jak mniemał, schronienia przed mudżahedinami Masuda pragnącymi go osądzić. Talibowie z marszu wtargnęli do przedstawicielstwa ONZ, nie zważając na to, że była to placówka dyplomatyczna, wywlekli z niego Nadżibullaha, wykastrowali, po długich torturach zabili, a nagie zwłoki przywiązali do ciężarówki i ciągnęli przez miasto. Obecne przejęcie władzy przez talibów różni się również od tego, jak wyglądało wprowadzanie nowych porządków przez Państwo Islamskie, gdy to zdobyło Mosul w czerwcu 2014 r. Wówczas świat obiegły obrazki zachodnich dziennikarzy przebranych w pomarańczowe kombinezony, a następnie ich okrutnych egzekucji poprzez dekapitację. Potem ISIS zaczęło organizować targi niewolnic seksualnych oraz burzyć historyczne budowle i zabytkowe obiekty uznawane przez nich za nieislamskie. W tej kwestii wzorowali się zresztą właśnie na talibach, którzy splądrowali kabulskie muzeum starożytności, a w marcu 2001 r. zniszczyli wpisane na listę UNESCO gigantyczne posągi Buddy w Bamiyan, strzelając do nich z artylerii.

Nowa taktyka

Talibowie nie zmienili jednak swojej ideologii, a jedynie taktykę. Wyciągnęli wnioski zarówno z własnych błędów, jak i tych, które doprowadziły do klęski „kalifatu” w Iraku i Syrii. Podstawową różnicą między nimi a ISIS jest jednak to, że Państwo Islamskie odrzucało cały system międzynarodowy i nie było zainteresowane uznaniem czy stosunkami dyplomatycznymi z innymi państwami, kierując się dychotomicznym podziałem świata na dar al-islam, czyli kalifat, oraz dar al-harb, wrogi świat wojny. Talibowie zawsze chcieli funkcjonować w ramach systemu międzynarodowego, a w 1996 r. USA były bliskie ich uznania. Ostatecznie do tego nie doszło, a barbarzyństwo ich rządów spowodowało, że ówczesny Islamski Emirat Afganistanu uznały tylko trzy państwa: Pakistan, Arabia Saudyjska oraz Zjednoczone Emiraty Arabskie.

W 1996 r. talibowie mieli konkurencyjny ośrodek władzy. Rabbani bowiem nigdy nie złożył rezygnacji i jego rząd dalej cieszył się uznaniem międzynarodowym, w tym ze strony Polski, a w Warszawie nieprzerwanie działała ambasada Afganistanu. Talibowie nigdy też nie zdołali opanować całego kraju. Kluczowe miasto -Mazar-i Szarif, które teraz zostało oddane praktycznie bez walki, wpadło w ich ręce dopiero w 1998 r., a w dolinie Pandższiru z talibami cały czas walczyły oddziały Masuda. Tymczasem 15 sierpnia tego roku państwo, na którego czele stał Aszraf Ghani, noszące nazwę Islamskie Państwo Afganistanu, praktycznie przestało istnieć, a zastąpił je Islamski Emirat Afganistanu. Nazwy niby podobne, ale w rzeczywistości mamy do czynienia z zupełnie innym państwem. Prezydent Ghani złożył rezygnację i opuścił Afganistan. Scena, gdy wsiadał do samolotu, przypominała tę z Teheranu w 1979 r., gdy opuszczał kraj szach Mohammad Reza Pahlawi. Dwa tygodnie później do Iranu przybył nowy lider kraju ajatollah Ruhollah Chomeini. Lidera talibów Hibatullaha Akhundzady też nie ma wciąż w Afganistanie, znajduje się prawdopodobnie w Pakistanie. Jego najbliżsi ludzie ze ścisłego kierownictwa talibów, w tym mułła Baradar, powoli wracają jednak do Afganistanu. To czy powrót samego Akhundzady będzie równie triumfalny i symboliczny co ten Chomeiniego, jest raczej kwestią drugorzędną. Najważniejszym zadaniem jest dla nich teraz sprawne przejęcie instytucji państwa oraz zapewnienie sobie uznania międzynarodowego. Upokarzający wyjazd Ghaniego z Kabulu doszczętnie zniszczył resztki jego reputacji wśród Afgańczyków. Talibowie nie próbowali go zatrzymać, bo nie chcą rujnować sobie wizerunku barbarzyńskim spektaklem egzekucji głowy obalonego państwa. Zresztą Nadżibullah po latach doczekał się rehabilitacji w pamięci wielu Afgańczyków, zwłaszcza tych bardziej wykształconych. Ghani zachował życie, ale na zawsze stracił reputację, a jego rezygnacja zwiększa prawdopodobieństwo międzynarodowego uznania nowego państwa afgańskiego i braku alternatywnego ośrodka władzy. Wprawdzie opór w Pandższirze zapowiada syn Masuda, a także przebywający tam wiceprezydent Amrullah Saleh (który ogłosił się pełniącym obowiązki głowy afgańskiego państwa), ale obecnie sens utrzymania uznania międzynarodowego dla obalonych władz jest niewielki, zwłaszcza że talibowie nie ustają w zapewnieniach, iż świat nie musi się obawiać nowego państwa: Islamskiego Emiratu Afganistanu. Amerykanie zapowiadali, że nie uznają rządów talibów, jeśli ci przejmą władzę w Kabulu siłą. Do tego jednak przecież nie doszło – dowództwo talibów nakazało swoim oddziałom zatrzymanie się u wrót miasta do czasu pokojowego przekazania kontroli nad nim. I tak się właśnie stało. Nie zaatakowali również przedstawicielstw dyplomatycznych innych państw. Wręcz przeciwnie, gdy dokonywana była paniczna ewakuacja większości placówek, w tym przede wszystkim ambasady USA, talibowie wezwali dyplomatów do pozostania w Kabulu, deklarując, że zapewnią bezpieczeństwo wszystkim cudzoziemcom. Amerykanie zapewne mieli jednak również i w tym wypadku skojarzenia z sytuacją w Teheranie w 1979 r., gdzie doszło do okupacji ambasady i wzięcia dyplomatów jako zakładników, więc nie chcieli ryzykować. Dantejskie sceny na lotnisku nie były więc rezultatem faktycznego ataku talibów na wycofujących się Amerykanów. Ewakuacja miała charakter prewencyjny, ale obawy nie były bezpodstawne, gdyż bez względu na decyzje kierownictwa talibów jakieś grupy mogły się im nie podporządkować. W 1998 r. talibowie po wkroczeniu do Mazar-i Szarif zamordowali zresztą kilku irańskich dyplomatów. Nawet jeśli ryzyko było niewielkie, to władze USA nie mogły ryzykować, bo zapłaciłyby za to kolosalną cenę polityczną, przy której obecna krytyka scen rodem z Sajgonu jest niczym. Podobnie było zresztą z innymi państwami, które podjęły taką decyzję. Inaczej zachowały się natomiast m.in. Chiny i Rosja, które od dawna prowadzą własne negocjacje z talibami.

Kto uzna talibów?

W zapewnienia talibów, że cudzoziemcom, a zwłaszcza dyplomatom, włos z głowy nie spadnie, można wierzyć, bo jest to w ich interesie. Mord na dyplomatach przekreśliłby ich szanse na uznanie międzynarodowe. Teraz piłka jest po drugiej stronie. Chiny z całą pewnością nawiążą stosunki dyplomatyczne z nowym państwem afgańskim. Zrobi to też Pakistan, który jest bliskim sojusznikiem Chin, a jednocześnie zawsze wspierał talibów. Znacznie większą ostrożność zachowują natomiast Rosja oraz Iran. Należy pamiętać, że Rosja, Iran, ale również Chiny życzyły USA i NATO klęski w Afganistanie, jednocześnie będąc beneficjentami obecności wojskowej Amerykanów i sojuszników w tym kraju. Miały bowiem złe doświadczenia z dżihadystami. Z drugiej strony Chiny mają ogromne plany inwestycyjne w Afganistanie i liczą, że dzięki relacjom z Pakistanem unikną problemów ze strony nowego emiratu. Deklaracje talibów to potwierdzają, ale otwarte pozostaje pytanie, czy bardziej radykalni sojusznicy będą posłuszni. Otwartą kwestią jest też to, czy dojdzie do nawiązania stosunków dyplomatycznych między Islamskim Emiratem Afganistanu a USA i innymi państwami NATO, w tym z Polską. Wszystko jednak wskazuje na to, że talibowie tego chcą, a druga strona nie ma alternatywy. W obecnej sytuacji geopolitycznej Amerykanie nie mogą sobie pozwolić na odpuszczenie tak ważnego strategicznie miejsca jak Afganistan, kraju sąsiadującego zarówno z Chinami, jak i z Iranem oraz rosyjską strefą wpływów w postradzieckich republikach: Tadżykistanem, Uzbekistanem i Turkmenistanem. Nie mając w Kabulu przedstawicielstwa, wyłączyliby się z gry. W tym kontekście można też zrozumieć, dlaczego USA nie bombardowało odnoszących coraz to większe sukcesy talibów, czym opóźniłoby ich marsz i zapewniło sobie więcej czasu na spokojne wycofanie. Przekreśliłoby to perspektywy uregulowania relacji z talibami, a los Kabulu i tak byłby przesądzony. W dodatku w czasie ewakuacji nie zginął żaden Amerykanin (ani żaden inny cudzoziemiec), a gdyby USA zdecydowały się na walki z talibami, to mogłyby ponieść takie straty, bo talibowie nie mieliby nic do stracenia. Powodem inwazji na Afganistan w 2001 r. było zagrożenie terrorystyczne, które zmaterializowało się 11 września atakiem na WTC w Nowym Jorku. W porozumieniu podpisanym w Dosze talibowie zobowiązali się do zerwania stosunków z Al-Kaidą i innymi ugrupowaniami terrorystycznymi. Choć cały czas podtrzymują, że dotrzymają tej deklaracji, to tu można już mieć wątpliwości. Talibowie nie zerwali bowiem swoich związków z Al-Kaidą oraz innymi ugrupowaniami terrorystycznymi, a jeśli będą chcieli to zrobić, to może dojść do nowego konfliktu. A czeka ich wiele wyzwań, np. co zrobić z handlem narkotykami, na którym zarabiali i oni, i wielu sprzymierzonych z nimi watażków. Będą pod presją, by to ukrócić, zwłaszcza że ich twórca, Mułła Omar, zakazywał tej praktyki. Tyle że ci, którzy na tym stracą, znów mogą okazać zbrojnie swoje niezadowolenie. Na razie talibowie wyrzynają tylko konkurencję spod znaku Państwa Islamskiego, bo po niej nikt na świecie nie zapłacze. Panika, która wybuchła w Kabulu, również nie była spowodowana atakami talibów, którzy tak jak deklarowali w sposób pokojowy przejęli kontrolę nad miastem. Zapowiedzieli, że nie będzie żadnego odwetu, żadnych egzekucji, grabieży, wtargnięć do czyichś domów itp., oraz że chcą, by wszyscy Afgańczycy zostali w kraju i razem podnieśli kraj z ruin. W wypowiedziach rzecznika talibów padały słowa o tolerancji, o tym, że rząd będzie reprezentował wszystkich Afgańczyków, a kobiety dalej będą mogły się uczyć, studiować i pracować. Obraz wyłaniający się z tych deklaracji jest piękny, jednak w tworzonym przez USA państwie afgańskim demokracja, delikatnie mówiąc, się nie przyjęła, a wolność religijna też budziła zasadnicze wątpliwości. Talibowie od czasu podpisania porozumienia w Dosze wiele rzeczy deklarowali, a zupełnie co innego robili. Już pojawiły się doniesienia, że w niektórych miejscach zakazali kobietom wracać do pracy czy do szkół i zaczęli je karać za chodzenie bez burki i bez męskiego towarzysza. Wątpliwe jest zatem, by zrezygnowali z tych zasad. Można się spodziewać, że powoli będą dokręcać śrubę, ale tak, by nie skomplikować sobie relacji międzynarodowych. A potem? Które państwo wyśle bombowce w reakcji na ukamienowanie jakiejś biedaczki, która nadal będzie chciała się kształcić?

Odwet będzie, ale później

Wątpliwe jest też dotrzymanie przez talibów ich obietnicy, że nie będzie odwetu. To również najprawdopodobniej zostanie tylko odłożone w czasie. Dlatego trudno się dziwić panice, która zapanowała w Kabulu, gdy wkraczali. Talibowie nie zablokowali drogi na lotnisko i zaczęli odpędzać Afgańczyków od niego dopiero, gdy poprosili ich o to Amerykanie. Wylot wielu Afgańczyków uniemożliwili bowiem sami Amerykanie blokując loty komercyjne do czasu zakończenia własnej ewakuacji. Można się spodziewać, że wciąż tysiące Afgańczyków będą chciały uciec z Afganistanu i dostać się do Europy, która w takiej sytuacji nie będzie miała żadnych argumentów, by ich nie przyjmować. Przecież państwa europejskie (w tym Polska) razem z USA wezwały talibów do umożliwienia opuszczenia kraju przez wszystkich Afgańczyków, którzy tego pragną, więc jak mogą teraz odmówić ich przyjęcia? Pod oświadczeniem tym nie podpisał się natomiast żaden sąsiad Afganistanu. Nie ma też podpisu Turcji, Rosji czy Białorusi.                                                                                                                                                                         Autor: Witold Repetowicz                                                                                                 

kula Lis 70

kula Lis 70 - Zagorzały Antybolszewik herbu Jastrzębiec

Podobał Ci się post? Wystaw ocenę!

2.33

liczba ocen: 3

Post jest opublikowany więcej niż dn. Funkcje oceny i komentowania zostały wyłączone.

  • Cejrowski: Biden jest Breżniewem naszych czasów

    https://img.dorzeczy.pl/img/joe-biden-prezydent-usa/53/1e/c75197e66a229cc222e66f96008b.jpeg

    W drodze na lotnisko słuchałem w radiu „eksperta” od spraw wschodnich i drugiego od spraw zachodnich, obaj z doktoratami i obaj głupi, lub… pożyteczni idioci. Omawiali Afganistan. Przekonywali, że sytuacja zaskoczyła wszystkich, nawet samych talibów. Bzdury. Opowieści o zaskoczeniu to usprawiedliwienie. W sieci czytam, że kilka tygodni temu było spotkanie talibów z Komunistyczną Partią Chin, czyli… Chińczycy nie są zaskoczeni. Żaden z „ekspertów” nie wpadł na pomysł, by postawić pytania: Ile Polska wydała na wojnę w Afganistanie? Ilu naszych zginęło? Ilu zostało inwalidami i CO POLSKA ZYSKAŁA w zamian za te ofiary i wydatki? „Realizacja zobowiązań sojuszniczych” to nie jest dobre wyjaśnienie, bo w NATO jesteśmy po coś, a nie tylko po to, by realizować zobowiązania. Nie czepiam się PiS ta wojna trwała 20 lat, więc pytanie pasuje do każdej partii. I przypomnę, że posyłając nasze wojsko na tę wojnę, oni opowiadali narodowi o zniesieniu wiz do USA. Wizy zniósł dopiero Trump i nie „płacił” nam w ten sposób za Afganistan.

    ***

    Czy Amerykanie są zaskoczeni sytuacją? Zależy którzy. Ekipa Bidena raczej tak. W popłochu wysłali go na wakacje, żeby nie musiał odpowiadać na pytania, bo gdy odpowiada na jakiekolwiek, to zawsze coś głupio chlapnie i potem rzecznik prezydenta, pani J. Psaki, musi robić wygibasy, aby odkręcić nieodkręcalne. Ona też zniknęła w kluczowym momencie, co wskazuje na to, że potrzebowali czasu, by się pozbierać i wymyślić, co gadać.

    ***

    Przemyślałem to na spokojnie i wniosek mam taki:

    Joe Biden nie jest ani pożytecznym idiotą, ani ekspertem w żadnej sprawie jest pożytecznym nikim. Wygodnym dla aparatu demokratów ukrytego za fasadą Bidena, a przy okazji pożytecznym dla wrogów Ameryki typu Chiny, Rosja i taliban. I nie wyżywam się na tym biedaku stwierdzam fakty.

    Przez pół wieku kariery politycznej Biden nie dokonał niczego. Wielki Nikt. Miał za to wiele spektakularnych wpadek. W czasach przed Internetem wydawało mu się, że nikt go nie złapie na plagiacie przemówienia, które inny polityk wygłosił w Wielkiej Brytanii. Takich plagiatów w karierze Bidena było więcej. Często też kłamał bezwstydnie. Wiele razy opowiadał o tym, jak to został aresztowany w Afryce Południowej, gdy chciał odwiedzić Mandelę. Osoby, które były tam wtedy z Bidenem, zdziwiły się bardzo, bo aresztowany nie był ani Biden, ani nikt inny z delegacji. Biden chwalił się też, że uniwerek kończył z najwyższymi notami jako pierwszy w swoim roczniku. Nieprawda studentem był słabym i da się to sprawdzić w dokumentach uczelni Biden ukończył studia ledwo, ledwo. No a do tego zboczeniec i na to jest masa filmów w sieci jak obwąchuje włosy kobietom, przytula je, mimo że się opierają, całuje w usta w obecności ich mężów. Zboczony pryk i tyle. A do tego jest dumny z opowieści o tym, jak małe dzieci na basenie podchodziły i głaskały go po włoskach na nogach. Nawet jeżeli głaskały, to ja bym się tym nie chwalił, a dzieci odgonił. Obecnie Biden ma potężną demencję widoczną codziennie gubi się, nie wie, co robi, gdzie jest i ma kłopoty z zebraniem myśli nawet, gdy patrzy w przygotowane dla niego fiszki. Nie chodzi o „miał akurat gorszy dzień”, bo u niego to zjawisko codzienne.

    ***

    Pożyteczni idioci reprezentują cudze interesy, ale robią to samodzielnie wykonują cudzą brudną robotę aktywnie i z ochotą, a jednocześnie wydaje im się, że działają we własnym interesie. Wśród pożytecznych idiotów mamy wielu aktorów-aktywistów. Swoją robotę wykonują z przekonaniem, nie trzeba nimi sterować, nie trzeba wydawać poleceń ani wskazywać kierunku (Stuhr Młody i Stary, Janda i cała ich banda). Pożyteczny idiota nie rozumie, co robi i jakie to będzie miało konsekwencje, ale angażuje się z emocją. A Wielki Brat (kimkolwiek akurat jest) cieszy się, że te głupki wspomagają jego działania, choć przecież za chwilę tych głupków się zniszczy (rzesze swoich pożytecznych idiotów miał Stalin, a potem wszyscy gnili w obozach śmierci).

    ***

    Biden nie jest też marionetką. Administracja czy inaczej „głębokie państwo” nie musi pociągać za żadne sznurki. Oni go ignorują i wymijają, kręcą się dookoła niego, załatwiając swoje sprawy, a on nie rozumie, co się dzieje. Dają coś do podpisu i podpisuje do kamery. Jest cyborgiem, a nie marionetką. Biden stoi i kiwa się lekko w takt melodii, którą ktoś gra dookoła. Nie wykonuje poleceń ani rozkazów, nie realizuje żadnego własnego planu, nigdy go nie miał.

    To sytuacja niepokojąca, gdy przywódca mocarstwa nie rządzi. Ale... były już takie okresy w historii świata, gdy władca był niepoczytalny, ale „rządził”, lub gdy był niedysponowany lub nawet umarł, ale nadal „rządził”.

    Pamiętają Państwo Breżniewa (to za jego czasów rozpoczęła się poprzednia, czyli sowiecka, wojna w Afganistanie) istniały już guziki atomowe, więc znamy sytuację, gdy ktoś trzyma rękę na guziku i steruje mocarstwem, ale nie jest to wcale ten oficjalny przywódca typu Breżniew czy Biden. To sytuacja niepokojąca, ale nie nowa.
    Biden jest Breżniewem naszych czasów.

  • Czym rożni się zwożenie islamistów samolotami przez pis od zwożenia islamistów samolotami przez Łukaszenkę ?

    Żeby nas dalej chwalili to Mateuszek przyjmie tysiące Afganczyków a nam będzie sprzedawał bajkę, że PiS broni polskich granic. Dlaczego rząd PiS marnotrawi pieniądze polskich podatników przedłużając akcję która nie jest w interesie Polski? Ile kosztują te działania i po co są realizowane. Co to za sprzątanie obcych bałaganów. Kochani rządzący. Najpierw dbać należy o swoich obywateli. W następnej kolejności w miarę możliwości można pomagać innym. Wy robicie to w odwrotny sposób. Rząd niedługo upadnie, więc szukamy stołka u żydów w MFW. Cena? Kilkadziesiąt tysięcy islamskich emigrantów. Co tam Polska.

  • "Naga prawda o wojnie w Afganistanie"

    https://static.deon.pl/storage/image/core_files/2010/7/26/e9f269f8b5fdc22b8b0113ec70e7d3af/jpg/deon/articles-thumb-xlarge-breakpoint-xmedium/naga-prawda-o-wojnie-w-afganistanie.webp

    Dokumenty wojskowe dotyczące wojny w Afganistanie ukazują ten konflikt jako "brutalny, paskudny, pogmatwany i nagły". Obraz ten kłóci się z uporządkowaną wizją wojny pisze w poniedziałek brytyjski "The Guardian". Dzienniki "The Guardian" i "New York Times" oraz niemiecki tygodnik "Der Spiegel" opublikowały w niedzielę wieczorem w swych internetowych wydaniach materiały o kulisach tajnych operacji amerykańskich w Afganistanie, powołując się na ujawnione doniesienia z kręgów afgańskiego wywiadu wojskowego. Redakcje tych trzech gazet zapewniły, że są w posiadaniu ponad 90 tysięcy "sprawdzonych i autentycznych dokumentów" o tajnych operacjach wojsk amerykańskich w Afganistanie między styczniem 2004 roku a grudniem 2009 roku. "The Guardian" twierdzi, że z dokumentów wynika, iż wojna jest prowadzona "niezdarnie", podkreślając jednocześnie, że należy je traktować "jak współczesny zapis konfliktu". Trzeba też pamiętać, że pochodzenie niektórych raportów jest "podejrzane", a całość zapisu jest "encyklopedyczna, lecz niepełna". Mimo to, ogólny obraz wojny wynikający z dokumentów jest "bardzo niepokojący". Jest w nich mowa o "krwawych błędach", czyli o prawie 150 incydentach, w których siły koalicyjne zabiły lub raniły cywilów. Wspomina się o ostrzeliwaniu w 2008 roku przez francuskie oddziały autobusu przewożącego dzieci, w wyniku czego raniono osiem z nich. Ponadto mowa jest o tym, jak pod pozorem odwetu w 2007 roku polskie oddziały wystrzeliły pociski moździerzowe na wioskę, zabijając uczestników wesela, w tym kobietę w ciąży. W dokumentach są również informacje na temat tysięcy starć granicznych między wojskami, które z założenia są sojusznicze, czyli armią afgańską a pakistańską. Z dokumentów wynika, że istnieje oddział służb specjalnych, którego zadaniem było m.in. zabijanie przywódców talibów oraz liderów Al-Kaidy. Zawierają one także katalog incydentów, podczas których wojska koalicyjne strzelały lub zabijały się nawzajem czy też atakowały żołnierzy afgańskich. "The Guardian" zauważa, że czytając te dokumenty, można odnieść wrażenie, że "życie niewinnych ludzi jest lekceważone", a irańskie i pakistańskie wywiady "szaleją". Dziennik wyjaśnia m.in., że pakistańskie służby specjalne (ISI) mają powiązania z najbardziej znanymi dowódcami oraz są zamieszane w sensacyjne tajne akcje, jak próba zabójstwa prezydenta Afganistanu Hamida Karzaja czy zatrucie partii piwa dla zachodnich wojsk. Gazeta podkreśla, że "nie jest to Afganistan, który USA lub Wielka Brytania mają dać w prezencie rządowi w Kabulu. Wręcz przeciwnie. Po dziewięciu latach walk, grozi dominacja chaosu. Wojna toczona o serca i umysły Afgańczyków nie może zostać wygrana w taki sposób".

    https://deon.pl/swiat/wiadomosci-ze-swiata/naga-prawda-o-wojnie-w-afganistanie,67695

  • Czy to nowa afera "Pentagon Papers"?

    https://static.deon.pl/storage/image/core_files/2010/7/27/b38bb245d407c5ea8b478203448c3c30/jpg/deon/articles-thumb-xlarge-breakpoint-xmedium/czy-to-nowa-afera-pentagon-papers.webp
    Afera z opublikowaniem kilkudziesięciu tysięcy materiałów na temat wojny w Afganistanie rozpala umysły na całym świecie. Niektórzy mówią o niej nowa "Pentagon Papers". Co o niej wiemy? W niedzielę wieczorem w Niemczech, Wielkiej Brytanii i w Stanach Zjednoczonych trzy gazety opublikowały na swych stronach internetowych materiały o kulisach operacji w Afganistanie, które wcześniej zamieścił portal internetowy WikiLeaks. Redakcja "Der Spiegel", "New York Timesa" i brytyjskiego "The Guardian" zapewniły, że są w posiadaniu ponad 90 tysięcy "sprawdzonych i autentycznych dokumentów", które zawierają między innymi informacje o ofiarach cywilnych, chybionych operacjach oraz o wielu błędach i niepowodzeniach. Według "The Guradian", dokumenty te ukazują konflikt w Afganistanie jako "brutalnie brudny, bezładny i nagły", co kłóci się z uporządkowanym "publicznym" wizerunkiem tej wojny. I mimo że, pochodzenie niektórych meldunków jest "podejrzane", to wyłania się z nich "bardzo niepokojący" obraz wojny. Ten niepokojący obraz to między innych ponad 150 incydentów, w których siły koalicyjne zabiły lub raniły cywilów. Wspomina się w nich na przykład o ostrzeliwaniu w 2008 roku przez francuskie oddziały autobusu przewożącego dzieci, w wyniku czego raniono ośmioro z nich, oraz o tajnych akcjach amerykańskich komandosów, w tym grupy Task Force 373, specjalizującej się w "eliminowaniu" czołowych dowódców wroga. Z dokumentów wynika także, że Iran prowadził operacje przeciwko zagranicznym siłom kierowanym przez USA w Afganistanie, dostarczając talibom broń, finansując ich i szkoląc oraz to, że talibscy bojownicy byli wspierani przez pakistańskie służby specjalne, mimo że oficjalnie Pakistan wspiera siły koalicyjne w walce z talibami. Głównym bohaterem afery został 22 letni analityk wywiadu wojskowego Bradley Manning. Oficjalnego potwierdzenie, że to ona jest odpowiedzialny za ujawnienie informacji jeszcze nie ma, ale są za to fakty, które tę hipotezę czynią bardzo prawdopodobną. Zginęło 12 osób, na nagraniu słychać jak żołnierze cieszą się z celnych strzałów i jak czekają na pretekst, by dobić jednego z rannych. Widać także, jak ostrzeliwują samochód, który przejechał zabrać rannych (wśród zabitych znalazło się dwoje pracowników agencji Reutersa). Opublikowanie materiału wprawiło w konsternacje decydentów w Pentagownie i wywołało prawdziwą burzę, której nie zmniejszyły doniesienia, że portal WikiLeaks zmanipulował nagranie, powiększając obraz w ten sposób, by widoczna była kamera operatora agencji Reutersa oraz zataił informacje, że w grupie byli uzbrojeni mężczyźni (jedna osoba miała granatnik). Afera z nagraniem doprowadziła do wszczęcia umorzonego w 2007 roku śledztwa w tej sprawie. Przeciwko Manningowi świadczy także to, że armia oskarżyła go o skopiowanie ponad 150 tys. ściśle tajnych dokumentów na temat wojny w Afganistanie i nie tylko. Dokumenty miał zbierać przez ponad pół roku (od listopada 2009 roku do maja 2010 roku, gdy został aresztowany). Co ciekawe wynosił je na płytach kompaktowych, bo ten sposób archiwizowania danych nie był zabroniony przez amerykański Departament Obrony, w przeciwieństwie do zewnętrznych dysków i kart pamięci (ściśle tajne informacje na dyskach trafiały do pudełka po płycie Lady GaGa). Jak pisze "New York Times", Manning wpadł przede wszystkim dlatego, że o swojej akcji odpowiedział słynnemu kalifornijskiemu hakerowi komputerowemu Adrianowi Lamo, który doszedł do wniosku, że działania Manninga mogą narazić kogoś na niebezpieczeństwo. O tym, kto stoi za przeciekiem, WikiLeaks nie informuje. Jednak po aresztowaniu Manninga twórcy portalu nazwali go bohaterem, a Lamo określili jako donosiciela. W związku z aferą na celowniku Pentagonu znalazł się portal WikiLeaks, który publikuje w sieci oryginalne dokumenty na temat działań rządów i firm działań niezgodnych z prawem które są pozyskiwane od anonimowych źródeł. Materiały te są zamieszczone bez jakiegokolwiek komentarza, a dostęp do nich jest darmowy. Współpracownicy WikiLeaks każdorazowo przed publikacją sprawdzają autentyczność dokumentów. Jak zapewniają twórcy portalu, także informacje na temat Afganistanu zostały sprawdzone tym bardziej, że informator, który przekazał dokumenty, zwrócił się do WikiLeaks o sprawdzenie, czy publikacja nie narazi niewinnych osób na niebezpieczeństwo. WikiLeaks "przefiltrowało" materiały, by ograniczyć ewentualne ryzyko.

    Według założyciela WikiLeaksa Juliana Assange'a publikacja dokumentów zmieni nie tylko nasze spojrzenie na tę konkretną wojnę, lecz na wszystkie nowoczesne wojny, bo "rzuca światło na codzienną brutalność wojny". - To najbardziej kompleksowy opis wojny, jaki kiedykolwiek istniał w trakcie trwającego konfliktu zbrojnego zatem w momencie, gdy coś jeszcze może zmienić się na dobre" podkreślił, dodając, że "jako całość materiały te usuwają w cień wszystko, co do tej pory powiedziano o Afganistanie. O ujawnieniu dokumentów na temat wojny w Afganistanie, niektórzy mówią już "drugie Pentagon Papers". Przypomnijmy, że chodzi tu o ujawnienie w 1971 roku przez "New York Times" tajnych dokumentów na temat wojny wietnamskiej. Pokazały one opinii publicznej bezowocność militarnego zaangażowania USA w Wietnamie i przyspieszyły wycofanie stamtąd wojsk amerykańskich. Według Kurta Volkera, byłego ambasadora USA przy NATO, ujawnione przez WikiLeaks materiały nie przynoszą rewelacji, ale mogą wpłynąć na stosunek opinii publicznej do misji afgańskiej. Nie ma tam żadnych prawdziwych niespodzianek. Wiedzieliśmy, że wywiad pakistański pomaga talibom i że talibowie posiadają rakiety ziemia-powietrze, którymi mogą zestrzeliwać amerykańskie helikoptery. Problem w tym, że nie mamy wyboru i musimy w tej wojnie współpracować z Pakistanem mówi Volker, obecnie wykładowca w Szkole Zaawansowanych Studiów Międzynarodowych (SAIS) Uniwersytetu Johna Hopkinsa w Waszyngtonie. Nie widzę tu żadnej analogii z "Pentagon Papers". Ujawnienie tamtych dokumentów podało w wątpliwość oficjalnie przedstawiany charakter wysiłku zbrojnego USA w Wietnamie i dlatego było taką rewelacją. W materiałach, które przeciekły teraz, na temat wojny w Afganistanie, nie ma nic, czego wcześniej nie wiedzieliśmy, ani niczego, co kwestionuje rodzaj amerykańskiego zaangażowania USA. Zostały tylko bardziej wystawione na widok publiczny niektóre problemy, które mamy z Pakistanem, ale to mniej więcej wszystko. Te dokumenty niczego w istocie nie zmieniają - twierdzi ekspert z SAIS.

    Innego zdanie jest ekspert lewicującego Center for America Progress, Lawrence Korb, który uważa, że przeciek portalu WikiLeaks przyspieszy wycofanie wojsk amerykańskich z Afganistanu.

    - Ujawnione przez WikiLeaks informacje wyjaśniają amerykańskiemu społeczeństwu i naszym politykom, jak straszna jest naprawdę sytuacja w Afganistanie. Społeczeństwu nie powiedziano dotąd, jak zła jest ta sytuacja - mówi Korb. Ten przeciek może mieć podobny efekt, co "Pentagon Papers" sprawi, że będzie teraz bardziej prawdopodobne, że rzeczywiście za rok zaczniemy się wycofywać z Afganistanu. I dodaje - Czytałem te materiały i nie widzę w nich nic, co by zagrażało bezpieczeństwu naszych oddziałów. Teza, że ujawnienie takich dokumentów naraża nasze wojska na jakieś zagrożenia, to typowy argument zwolenników wojny.

    Publikację dokumentów natychmiast ostro skrytykował Biały Dom. - Stany Zjednoczone w najostrzejszy sposób potępiają opublikowanie tajnych informacji. To może zagrozić życiu Amerykanów i ich sojuszników, a także bezpieczeństwu narodowemu - oświadczył doradca prezydenta Baracka Obamy ds. bezpieczeństwa James Jones.

    Szef niemieckiego MSZ Guido Westerwelle wezwał do zbadania rewelacji o prawdopodobnym wspieraniu przez Iran i Pakistan talibów w Afganistanie. - Trzeba zbadać, czy są tam jakieś nowe informacje - powiedział. Brytyjski rząd wyraził zaś ubolewanie z powodu wycieku informacji.

    Również Radosław Sikorski potępił wyciek, podkreślając, że priorytetem musi być bezpieczeństwo żołnierzy służących w Afganistanie.

    Światowe media pisząc w komentarzach o aferze "Afghanistan Papers", zwracają uwagę, że przeciek będzie mieć poważane konsekwencje dla "Białego Domu".

    "Jesienią 2009 roku Barack Obama ogłosił, że wycofanie wojsk amerykańskich rozpocznie się w 2011 roku i że zostawią stabilny kraj. Teraz jest jasne, że było to zbyt optymistyczne oświadczenie, o czym obecna administracja przekona się już w listopadzie w czasie wyborów do Kongresu" - pisze rosyjski "Kommierasant", który dodaje: "Po prawie 9 latach wojny wyniki USA i ich sojuszników są gorsze od tych, jakie swego czasu osiągnął ZSRR".

    "My lepiej kontrolowaliśmy sytuacje w tym kraju - mówi gazecie Igor Korotczenko, rosyjski analityk wojskowy. "Zdołaliśmy wyszkolić zdolną do prowadzenia działań bojowych armię. Najlepszym dowodem jest to, że po wyjściu wojsk radzieckich Afgańczycy przez trzy lata samodzielnie stawiali skuteczny opór duszmanom".

    Według "Sueddeutsche Zeitung" publikacja materiałów pokazuje, że "wojna pod Hindukuszem jest bardziej brudna, przynosi większe straty i przebiega bardziej niekorzystne dla Zachodu niż dotąd informowano". "Armia USA zabija więcej cywili niż wiedziano do tej pory oraz ukrywa siłę talibów" - pisze bawarski dziennik.

    Komentator gazety ocenia, że dokumenty to "prawie 92 tysiące autentycznych raportów z frontu w Afganistanie i Pakistanie, epizodów o wojnie, potyczkach, bezzałogowych lotach szpiegowskich, przemytnikach, handlarzach narkotyków, agentach i podwójnych agentach, politycznych oportunistach, małych spekulantach i dużych hersztach band".

    "W sumie raporty te dają deprymujący obraz skażonego wojną regionu z nieostrymi podziałami, zmiennymi stosunkami lojalności oraz mglistymi celami wojny. Nasuwa się wrażenie, że celem życia talibów i wielu Afgańczyków jest walka. I przede wszystkim nasuwa się osąd, że 46 narodów na tym niegościnnym obszarze niczego nie przegrało, bo nie ma nic do wygrania".

    Według gazety "sensacyjna jest za to liczba dowodów, obrazujących rozmiary rezygnacji". "Sama liczba meldunków o niepowodzeniach pokazuje, że przez wiele lat nigdy nie udało się zmienić zasadniczej dynamiki konfliktu. Jak bardzo cudzoziemcy by się starali, kraj nigdy nie chciał funkcjonować według ich reguł. Ale także to nie jest już niczym nowym".

    Także Polacy zostali wymienieni w dokumentach ujawnionych przez WikiLeaks. Jeden z meldunków - z 1 lipca 2008 r. - dotyczy ostrzeżeń polskiego wywiadu przed atakiem na ambasadę Indii. "Talibowie planują atak na ambasadę indyjską w Kabulu. TB (talibowie) wyznaczyli inżyniera do przeprowadzenia tej akcji. Zamierza on wykorzystać kradzione wozy ANA/ANP (afgańskiej armii i policji) i nosi mundur wojskowy. Mówi językiem dari z irańskim akcentem. Podobno jest właścicielem firmy" - czytamy w meldunku.

    Do zamachu rzeczywiście doszło wkrótce potem - 7 lipca. Zamachowiec-samobójca staranował bramę ambasady Indii w Kabulu samochodem wyładowanym środkami wybuchowymi. Zginęło 58 osób, a ponad 140 zostało rannych.

    Inny raport - z 16 sierpnia 2007 r., czyli z dnia, kiedy polscy żołnierze ostrzelali wioskę Nangar Khel, zabijając 6 osób - dotyczy ataku polskich żołnierzy na wioskę afgańską, w której odbywało się przyjęcie weselne. Żołnierze otworzyli ogień, bo zauważyli czterech rebeliantów. "Według jednego z doniesień wystrzelili w sumie 26 pocisków. Jeden trafił w dach domu, jeden w podwórko, a jeden przebił dach i wybuchł wewnątrz domu. W budynku trwało wesele, co tłumaczy wysoką liczbę rannych" - pisze autor meldunku, zastrzegając, że podaje fakty w postaci, w jakiej je zdobył, i wszystkie mogą być nieścisłe. Wśród ujawnionych dokumentów jest też notka oparta na depeszy PAP z 20 lutego 2007 r. Minister obrony narodowej Akleksander Szczygło informował wtedy, że polscy żołnierze zostaną rozmieszczeni w trzech agańskich prowincjach Ghazni, Kandahar i Paktika, przy czym jednostki GROM będą działać głownie w okolicach Kandaharu.

    https://deon.pl/swiat/czy-to-nowa-afera-pentagon-papers,67917

  • W Afganistanie doszło do zbrodni wojennych?

    https://static.deon.pl/storage/image/core_files/2010/7/26/2819fb307db39f834f00ef1771631ea2/jpg/deon/articles-thumb-xlarge-breakpoint-xmedium/w-afganistanie-doszlo-do-zbrodni-wojennych.webp
    Julian Assange, założyciel portalu WikiLeaks, który opublikował tajne materiały o wojnie w Afganistanie, zaznaczył w Londynie, że dokumenty mogą ujawniać popełnienie zbrodni wojennych przez koalicję międzynarodową. Zapowiedział publikację kolejnych materiałów. Jak oznajmił Assange w poniedziałek na konferencji prasowej, jego zdaniem "tysiące" ataków przeprowadzonych przez USA w Afganistanie można zbadać pod kątem zbrodni wojennych. To do sądu należy decyzja, czy coś w rzeczywistości okaże się zbrodnią zastrzegł. Wydaje się, że w tych materiałach są dowody zbrodni wojennych dodał.

    Assange zapowiedział, że opublikowanie ponad 90 tys. tajnych amerykańskich materiałów wojskowych to dopiero początek, który "odsłania tylko powierzchnię". WikiLeaks cały czas sprawdza około 150 tys. dokumentów na temat Afganistanu - oznajmił przedstawiciel portalu.

    Według niego opublikowanie materiałów "to odpowiednik otwarcia archiwów Stasi". W jego ocenie ujawnienie dokumentów "pozwala zrozumieć, czym była wojna (w Afganistanie) w ciągu sześciu ostatnich lat" i pokazuje, że jej bieg "powinien się zmienić".

    Zapytany o źródła przecieków oznajmił: "Nie mamy żadnego powodu, by wątpić w pewność tych dokumentów".

    W odpowiedzi na reakcję Białego Domu, który oznajmił, że publikacja może zagrażać bezpieczeństwu narodowemu USA, Assange odparł, że portal WikiLeaks jest przyzwyczajony do prób "zdyskredytowania przez tych, których nadużycia ujawnił".

    Dodał, że portal ma wiele innych dokumentów, dotyczących krajów z całego świata. "Mamy zgromadzone ogromne zalegające informacje ujawnione przez whistleblowers (anonimowych informatorów). W tych zaległościach mamy materiały, które dotyczą każdego kraju na świecie o populacji powyżej 1 miliona" - oznajmił Assange. Odmówił podania szczegółów, ale dodał, że informacje te to "tysiące baz danych i dokumentów o krajach wszelkiego rodzaju".

    Biały Dom uważa, że WikiLeaks "nie jest portalem informacyjnym, ale raczej organizacją, która sprzeciwia się polityce amerykańskiej w Afganistanie" - powiedział cytowany przez AFP przedstawiciel władz amerykańskich, wypowiadający się anonimowo.

    Według tajnych amerykańskich dokumentów, ujawnionych na portalu WikiLeaks, Iran prowadził operacje przeciwko zagranicznym siłom kierowanym przez USA w Afganistanie, dostarczając talibom broń, finansując ich i szkoląc. Doniesienia mówią również o wspieraniu talibskich bojowników przez pakistańskie służby specjalne oraz o tym, że liczba cywilów w Afganistanie jest zaniżana przez siły międzynarodowe. Publikacje zostały natychmiast ostro skrytykowane przez Biały Dom.

    Assange, pochodzący z Australii, był w przeszłości hakerem i informatykiem - dodaje AFP.

    Afganistan: Władze "zaszokowane" przeciekiem

    Władze Afganistanu oświadczyły w poniedziałek, że są zaszokowane ogromną liczbą opublikowanych przez portal internetowy WikiLeaks tajnych dokumentów dotyczących wojny w Afganistanie, nie są jednak zdziwione ich zawartością.

    Rzecznik prezydenta Afganistanu Wahid Omar oświadczył, że władze afgańskie studiują materiały, zwłaszcza te dotyczące ofiar cywilnych operacji w Afganistanie i roli wywiadu pakistańskiego w destabilizowaniu działań w Afganistanie.

    Rzecznik prezydenta Hamida Karzaja powiedział, że przyznał on, iż zawartość ujawnionych materiałów nie jest nowością.

    - Będziemy mogli powiedzieć więcej, gdy wszystko przeczytamy - powiedział rzecznik afgańskiego prezydenta.
    https://deon.pl/swiat/wiadomosci-ze-swiata/w-afganistanie-doszlo-do-zbrodni-wojennych,67782

  • Afganistan: prawdy i manipulacje

    Przedłużająca się obecność Amerykanów pchnęła do walki z okupantem ugrupowania, które nigdy nie były sojusznikami talibów, a nawet z nimi walczyły

    Prof. Stanisław Zapaśnik, antropolog, ekspert ds. Azji Stanisław Zapaśnik absolwent filologii polskiej i filozofii UW. Doktorat z filozofii w 1970 r., habilitacja w 1984 r. na UW. Obecnie profesor w Katedrze Socjologii Obyczajów i Prawa w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego. Zajmuje się m.in. kulturą społeczeństw Azji Centralnej oraz stosunkami między państwami obszaru byłego ZSSR a państwami Azji. Autor wielu publikacji, m.in. „Polityka Turcji wobec państw obszaru byłego ZSRR a stosunki z Rosją” (1997), „Wojna w Afganistanie a interesy Rosji w Azji Środkowej” (1988), „Rosja-Chiny. Granice strategicznego partnerstwa” (1998).

    Choć Afganistan dzieli od granic Polski ponad 7 tys. km, to informacje o niepokojach w tym kraju docierają do nas już od ponad 30 lat. W końcu lat 70. interwencję wojskową prowadził tam ZSRR, od ośmiu lat robią to Amerykanie, a od roku także Polacy. Czy Rosjanom w Afganistanie chodziło o to samo co Amerykanom?
    – Nie. Zostali oni wciągnięci w konflikt w 1979 r. przez działania amerykańskie. Ówczesny szef Biura Studiów Strategicznych CIA Robert Gates oraz doradca prezydenta Jimmy’ego Cartera ds. bezpieczeństwa narodowego Zbigniew Brzeziński wpadli na pomysł, że ze względu na rosnącą dynamicznie populację muzułmanów i spadek urodzin ludności słowiańskiej będą się zaostrzały w ZSRR konflikty pomiędzy wyznawcami islamu a ateistycznymi Słowianami. Postanowili w interesie Stanów Zjednoczonych stworzyć w Afganistanie przeciwko ZSRR siły zbrojne złożone z muzułmanów. Mieli nadzieję, że dzięki temu uda się prędzej czy później oderwać od ZSRR „najbardziej islamską” republikę radziecką, Uzbekistan. Głównym jednak celem było stworzenie w Afganistanie czegoś na kształt „wietnamskiej pułapki”, aby wciągnąć tam wojska ZSRR. Stosowne dokumenty prezydent Carter podpisał 3 lipca 1979 r. Było to równoznaczne z ogłoszeniem Dżihadu – świętej wojny. Początkowo partyzantów afgańskich, mudżahedinów, szkolono w Pakistanie i USA. Amerykanom wtedy nie przeszkadzało, że „mudżahedin” to „bojownik za wiarę”. Zresztą i dziś autorzy pomysłu są dumni z odniesionego sukcesu. Np. w jednym z wywiadów Brzeziński twierdził, że dzięki temu upadł mur berliński. Przez jakiś czas CIA miała problem ze znalezieniem przywódcy tworzonego przez siebie ruchu. Wówczas Saudyjczycy wskazali jako kandydata młodego, utalentowanego człowieka, syna saudyjskiego milionera Osamę bin Ladena. W ten sposób stanął on na czele „Arabów afgańskich”, by przy wsparciu CIA walczyć o sprawę islamu. Paradoksalnie w ówczesnej sytuacji pierwszoplanowym celem Sowietów było obalenie reżimu Hafizullaha Amina, którego polityka przymusowej laicyzacji kraju wywoływała zbrojny opór muzułmanów.
    Bin Laden, który wspierany m.in. przez USA wyruszył do Afganistanu do walki z komunistami, z czasem został uznany za banitę w świecie arabskim, przebywał w Sudanie, Jemenie, organizując zamachy terrorystyczne, bo jednak za największego wroga uznał nie Rosjan, ale Amerykę. Stworzył organizację skupiającą dawnych uczestników wojny w Afganistanie i w tym kraju znalazł w końcu azyl, co z kolei stało się jednym z motywów amerykańskiego ataku na Afganistan.
    – Od momentu jego pojawienia się w Kandaharze w 1996 r. do ucieczki z Tora-Bora w 2001 r. wiedziałem o Bin Ladenie niemal wszystko. Przypisywano mu zorganizowanie, finansowanie lub inspirowanie wielu akcji terrorystycznych, w tym zamachu w World Trade Center w 1993 r. (zginęło w nim sześć osób), nalotów na amerykańskie bazy wojskowe w Rijadzie i Az-Zahran (1996), ataków na ambasady USA w Dar Es-Salaam i Nairobi (1998), a wreszcie najstraszliwszych zamachów 11 września 2001 r. w Nowym Jorku i Waszyngtonie. Amerykanie rozpoczęli w październiku 2001 r. operację militarną w Afganistanie w celu schwytania bin Ladena i przeciwko udzielającym mu schronienia w tym kraju talibom. Działania amerykańskie wspomagały oddziały tzw. Sojuszu Północnego. Talibowie zostali pokonani i stracili kontrolę nad większością terytorium kraju, a na konferencji w Petersbergu k. Bonn przedstawiciele opozycji antytalibańskiej powołali koalicyjny rząd tymczasowy z premierem Hamidem Karzajem – obecnie wybranym znowu na prezydenta. Jednak prosta manipulacja polegająca na zmianie nazwy ukrywa przed opinią światową fakt, iż ów Sojusz Północny, sojusznik USA w wojnie z talibami, składa się z ugrupowań, które w 1997 r. utworzyły Zjednoczony Front Islamski dla Zbawienia Afganistanu. Wśród przywódców tych ugrupowań znajdują się fundamentaliści islamscy obwiniani o rozmaite zbrodnie wojenne i gwałty na ludności.

    Propagandowe mity
    O co więc walczą Amerykanie?
    – Atak amerykański w październiku 2001 r. był odwetem za akty terroru z 11 września 2001 r. Jednak po upadku talibów kraj rozpadł się na liczne domeny władzy dowódców wojskowych, afgańskich sojuszników USA, walczących ze sobą. Ofiarą tych walk była ludność cywilna. To umożliwiło talibom odzyskanie poparcia ludności na dużych obszarach kraju. Aby zrozumieć, jak to było możliwe, trzeba zdać sobie sprawę, jak manipuluje się opinią publiczną. Zmieniono nie tylko nazwę, wykreowano też sylwetki polityczne niektórych przywódców Sojuszu Północnego. Dobrym przykładem jest postać Ahmada Masuda (zamordowanego w 2001 r.). Jest on przedstawiany jako bohater wojny z ZSRR, mimo że z posiadanych przeze mnie informacji wynika, że przez ostatnie dwa lata okupacji sowieckiej nie walczył z wojskami ZSRR, lecz z sojusznikami Pakistanu w Afganistanie. To zapewniło mu poparcie Iranu. W 1997 r. Masud otrzymał dzięki Rosji do dyspozycji lotnisko wojskowe w okolicach Kulabu w Tadżykistanie, na które samoloty irańskie przywoziły rosyjską broń. W naszych mediach Masud występował niemal jako liberał, ukończył bowiem liceum francuskie w Kabulu, potrafił rozmawiać z dziennikarzami itd. A z drugiej strony raporty amerykańskiego Departamentu Stanu opisywały gwałty dokonywane przez żołnierzy Masuda na kobietach, które odstąpiły od islamu. Takich zbrodniarzy wojennych motywowanych religijnie i działających zgodnie z wytycznymi płynącymi z Iranu lub Pakistanu jest wśród ugrupowań Sojuszu Północnego więcej. Mówienie o budowaniu w Afganistanie zrębów demokracji, sprawiedliwości i wolności jest więc czystą hipokryzją. Świadczy o tym np. ogłoszony w grudniu 2007 r. manifest Rewolucyjnego Związku Kobiet Afgańskich RAWA.
    Czyli odsunięcie talibów od władzy w istocie niewiele w Afganistanie zmieniło?
    – Niestety nie. Prezydentowi Karzajowi nie udało się, mimo pomocy amerykańskiej, uzyskać władzy nad całym krajem, nawet nad Kabulem. Był zmuszony iść na kompromisy z lokalnymi watażkami, czego najbardziej chyba wymownym wyrazem jest udział gen. Dostuma w prowadzonej przez prezydenta kampanii wyborczej. Pozostaje on członkiem administracji państwa, mimo że w lipcu br. prezydent Barack Obama polecił służbom bezpieczeństwa USA sprawdzenie doniesień o udziale wojsk amerykańskich w zbrodniach wojennych popełnionych przez żołnierzy Dostuma w końcu 1991 r.
    Warto wspomnieć, że współczesny Afganistan jest największym w świecie producentem opium i produktów jego przerobu. W ostatnich dwóch latach swoich rządów talibowie konsekwentnie zwalczali uprawy maku i produkcję narkotyków. Dziś propagowany na Zachodzie obraz „demokratycznego” Afganistanu przesłania rzeczywisty stan rzeczy. Afganistan pozostał – jak w czasach rządów talibów – państwem religijnym. Żadna instytucja ustanowiona przez talibów, w tym osławione Ministerstwo Moralności, nie została zlikwidowana. Jednym z niedawnych posunięć tego ostatniego był zakaz pokazywania w telewizji tak uwielbianych przez Afgańczyków filmów produkcji Bollywoodu jako sprzecznych z islamem. W ostatnich paru latach media zachodnie donosiły o wyrokach sądów, skazujących na śmierć za odstępstwo od islamu i przyjęcie innej religii. Nie zmieniła się na lepsze sytuacja kobiet, rzec można nawet, że uległa pogorszeniu. Niedawno w Afganistanie wprowadzono ustawodawstwo, które zezwala mężom na karanie żon głodem w przypadku odmowy świadczenia usług erotycznych, pozbawia kobietę prawa do wychowania dzieci i przekazuje te prawa na wyłączność ojcom i dziadkom, uzależnia też od zgody męża podjęcie przez żonę pracy.
    Co jest powodem, że tak łatwo dajemy się zmanipulować różnym doniesieniom z Afganistanu?
    – Myślę, że jest to wynik wielu czynników: zachodniej mentalności uznającej nasze modele demokratyczne jako odpowiednie dla Azji, arogancji polityków waszyngtońskich, niekompetencji Amerykanów i ich sojuszników, w tym chyba najważniejszej, bo lingwistycznej. Afganistan to kraj wieloetniczny, w którym dominującą grupą są Pasztuni, tymczasem np. wojsko brytyjskie nie ma ani jednego tłumacza z języka pasztu i skarży się na niedostateczną liczbę tłumaczy z języka dari, pełniącego funkcję lingua franca w Afganistanie. Czytałem o przypadkach, że do bazy
    Guantanamo trafiali nieszczęśnicy, którzy w momencie spotkania żołnierzy amerykańskich mieli brody, a nie potrafili wyjaśnić po angielsku, co robili w miejscu, gdzie ich schwytano.
    Raporty amerykańskiego Departamenu Stanu nie wspominają o sytuacji religijnej w Afganistanie. Natomiast nagłaśnia się propagandowo mit o tym, że odbyły się tam demokratyczne wybory. Tymczasem jako antropolog wiem z badań terenowych, jak przebiegają takie wybory. Wynik wyborów jest z góry ustalany przez przywódców plemiennych, rodowych i wojskowych, oni wystawiają kandydatury i wydają ludności polecenia, jak ma głosować.
    Np. bohater wojny z komunistami, a później talibami, Ismail Chan, organizując w 2002 r. wybory na gubernatora Heratu, ograniczył liczbę uprawnionych do głosowania wyłącznie do swoich żołnierzy i wydał odpowiedni rozkaz. W prasie amerykańskiej czytałem natomiast takie tytuły: „Wczoraj rządzili talibowie, a dziś są pierwsze wolne wybory”.

    Nierozwiązane problemy
    Po zwycięskich wyborach prezydenckich uwaga jest zwrócona na Hamida Karzaja. Czego możemy się spodziewać po tym polityku?
    – Jego rodzina była związana z ostatnim panującym w Afganistanie, Zahir Szachem. Sam Karzaj był swego czasu pracownikiem amerykańskiego koncernu UNOCAL, który zajmował się budową gazociągu z Turkmenii do Pakistanu, a na tej inwestycji bardzo zależało Waszyngtonowi. Z racji zaangażowania UNOCAL Departament Stanu do połowy 1997 r. popierał talibów, ale wskutek licznych protestów, przede wszystkim amerykańskich feministek, poparcie to wygasło. Lekceważy się obecnie związki Karzaja z talibami, a wszak miał on być nawet ambasadorem Afganistanu przy ONZ za czasów ich rządów, co jednak nie nastąpiło, ponieważ ten kraj nie został do organizacji przyjęty. Karzaj ma w USA dwóch braci, o których mówi się, że mają dobre dojścia do CIA. To dzięki swym braciom został przez Amerykanów odkryty i mianowany prezydentem. Fakt, że musiał utrzymać stworzone przez talibów państwo religijne, że na swym terenie toleruje władzę fundamentalistów – to wszystko jest bagatelizowane lub przemilczane. Zachodnia opinia publiczna nadal daje się nabierać na różne manipulacje medialne. Np. gdy przedstawicielka wspomnianej już organizacji RAWA wystąpiła w 2006 r. w telewizji, co uznano na Zachodzie za sukces afgańskiej demokracji, została najzwyczajniej ocenzurowana. W jej wypowiedzi nie było żadnych konkretów, żadnych nazwisk, pozostał tylko ogólnikowy bełkot. Jednak ze względów językowych ta manipulacja nie została w ogóle zauważona przez obserwatorów zachodnich.
    Szalejąca w kraju korupcja nie omija najwyższych szczebli władzy państwowej, prezydenta nie wyłączając. Wskutek tego znaczne ilości broni amerykańskiej trafiają do walczących z wojskami NATO ugrupowań afgańskich. Te w mediach zachodnich występują nieodmiennie jako „talibowie”, co ukrywa przed nami prawdziwy charakter toczącej się obecnie wojny i służy jej moralnemu usprawiedliwieniu. Afgańczycy zawsze występowali zbrojnie przeciw obecności obcych wojsk na swojej ziemi. Przedłużająca się obecność amerykańska pchnęła do zbrojnej walki z okupantem ugrupowania, które nigdy nie były sojusznikami talibów, a nawet w niedalekiej przeszłości walczyły z nimi.
    Czy wszystkie wysiłki prowadzące do zmiany oblicza Afganistanu są nieskuteczne?
    – Tak. Z trudem rozumiemy, co się w tym kraju dzieje. Nie rozumiemy np., że w społeczeństwach plemiennych obowiązuje inna lojalność niż w naszym i trudno zlikwidować jakieś instytucje prawa zwyczajowego. To dotyczy islamu. Przenosimy na islam pojęcie religii znane nam z naszej kultury. Nie pojmujemy, że w islamie nie ma hierarchicznej organizacji orzekającej, co jest zgodne lub niezgodne z wiarą. Islam jest religią wspólnot samorządowych i to ich przywódcy ustalają, co będzie nauczane jako treść wiary. Wszędzie, gdzie badałem islam, spotykałem normy prawa zwyczajowego uważane za normy szarijatu. Dla badacza jest oczywiste, że Afganistan talibów nie był państwem szarijackim, bo jako Pasztuni mylili oni szarijat z pasztunwali, prawem zwyczajowym Pasztunów. Nie dziwi więc wcale, że Karzaj musi tolerować istnienie państwa religijnego. Jest Pasztunem i Pasztunowie stanowią jego elektorat.
    A przy okazji warto się rozprawić z innym mitem, dotyczącym związków talibów z Al Kaidą. Poza osobą bin Ladena nic ich nie łączy. Ruch talibów początkowo składał się ze studentów szkół religijnych utworzonych za pieniądze Arabii Saudyjskiej i Emiratów Arabskich na terenie Prowincji Północno-Zachodniej w Pakistanie. Powstało około
    8 tys. takich szkół, których programy nauczania uczyły nienawiści do szyizmu. Chodziło o stworzenie pasa sanitarnego wokół Iranu, aby przeciwstawić się rozprzestrzenianiu rewolucji społecznej z tego kraju. Z tych uczniów władze Pakistanu utworzyły liczącą 2 tys. ludzi jednostkę wojskową, która po przeszkoleniu przez armię pakistańską miała konwojować transporty pakistańskie przechodzące przez terytorium Afganistanu. W czasie jednej z takich wypraw talibowie zajęli Kandahar i rozpoczęli pochód w głąb Afganistanu z poparciem ludności uciskanej przez różnych watażków wojskowych, witającej talibów jako wyzwolicieli.
    Talibowie udzielili gościny bin Ladenowi ze względu na jego udział w walkach z komunistami i odmawiali jego wydania posłuszni nakazom gościnności pasztunwali.
    W każdym razie do inwazji amerykańskiej talibowie i Al Kaida nie byli sojusznikami ideologicznymi. Warto wiedzieć, że nazwę Al Kaida wymyśliło FBI w 1998 r. dla potrzeb śledztwa prowadzonego w związku z zamachami w Kenii i Tanzanii. Jedyną podstawą prawną, jaką w tym celu mogło się posłużyć FBI, było ustawodawstwo antymafijne, a że każda mafia ma jakąś nazwę, sięgnięto po arabską nazwę, której bin Laden używał w okresie walk z komunistami dla jednej z baz szkoleniowych swoich oddziałów. W rzeczywistości słowo to oznacza również przepis, sposób lub metodę i dlatego zaczęły sięgać po tę nazwę dla identyfikacji własnej rozmaite ugrupowania radykalne planujące akty terrorystyczne. Założona w 1998 r. organizacja Osamy bin Ladena nazywa się Światowy Front Islamskiego Dżihadu przeciwko Żydom i Krzyżowcom. Poza popularnością nazwy Al Kaida nic nie potwierdza istnienia „międzynarodówki islamskiej”, nie zdołano bowiem wykazać istnienia powiązań organizacyjnych pomiędzy poszczególnymi grupami dokonującymi zamachów np. w samym Londynie. Jestem przekonany, że widmo Al Kaidy jako organizacji międzynarodowej służy usprawiedliwieniu prowadzonych przez USA wojen.

    Potrzeba wielu pokoleń
    Kiedy w Afganistanie coś się zmieni?
    – Obawiam się, że demokratyzacja tego kraju to sprawa paru pokoleń. Mylą nas pozory. Ci Afgańczycy, którzy nawet ubierają się po europejsku, korzystają z telefonów komórkowych, komputerów itd., mają zupełnie inną mentalność niż my.
    n O co walczą Polacy w Afganistanie?
    – Są po prostu sprzymierzeńcami Amerykanów w NATO.
    n Są jakieś szanse na szybkie zakończenie tej wojny?
    – Myślę, że do polityków dotarło wreszcie, że ten konflikt można zakończyć tylko i wyłącznie metodami politycznymi. Amerykanie prędzej czy później wycofają się, a my natychmiast razem z nimi. Pozostanie wtedy pytanie, jak zachowają się obecni sojusznicy Amerykanów, którzy po zmianie władzy trafią pod sąd. I jak przekonać opinię publiczną, że talibowie mogą być jednak partnerami dla Zachodu? Musimy też zdawać sobie sprawę, że w założonych za pieniądze CIA obozach szkoleniowych po zakończeniu wojny z komunistami przygotowywano terrorystów do walki w Kaszmirze, Bośni, Czeczenii… I że te obozy szkoleniowe nadal będą istniały.
    n Czy nasza obecność w Afganistanie kiedyś się Polsce opłaci?
    – Jeśli wierzyć, że polityka zagraniczna USA będzie korzystna dla nas w Europie Wschodniej, że będzie nas broniła przed Rosją, to w jakiejś mierze to nam się opłaci. Uważam Rosję za potencjalne zagrożenie, choć inna sprawa, czy nie jest ono wynikiem błędów naszej polityki zagranicznej.

    https://www.tygodnikprzeglad.pl/afganistan-prawdy-i-manipulacje/

  • Prawda o Afganistanie

  • Po Afganistanie – koniec „wieku europejskiej niewinności”.

    Analitycy są zgodni, że zaangażowanie USA będzie w najbliższym czasie maleć. Robin Niblett, dyrektor brytyjskiego think tanku Chatham House pisze w „Foreign Affairs”, że to co się stało w Afganistanie nie wstrząśnie systemem sojuszy Stanów Zjednoczonych i ich nie nadwyręży, przede wszystkim z tego powodu, że partnerzy Waszyngtonu zdają sobie sprawę, że teraz Ameryka potrzebuje ich bardziej niźli kiedykolwiek w przeszłości.

    Odważny to pogląd, zwłaszcza jeśli śledzi się reakcje europejskich polityków i kręgów eksperckich, tym bardziej argumentacja Nibletta warta jest przytoczenia. Jak słusznie zauważa brytyjski analityk fiasko amerykańskiej interwencji w Afganistanie, postrzegane przede wszystkim przez pryzmat chaotycznej i źle przygotowanej ewakuacji, wywołało szok, niedowierzanie a nawet wściekłość w europejskich stolicach. Stało się tak co najmniej z kilku powodów. Po pierwsze europejscy partnerzy Waszyngtonu nie byli konsultowani przez administrację Bidena w kluczowej sprawie jaką była decyzja o terminie wycofania. Na ostatnim szczycie NATO, kilka państw, w tym Wielka Brytania i Włochy, ważni alianci Stanów Zjednoczonych w Europie, ostro występowali przeciw tej decyzji, co jednak nie wpłynęło na determinację Białego Domu. Nietrudno zatem zrozumieć, że europejscy liderzy poczuli się w pewnym sensie oszukani, z pewnością opuszczeni przez Amerykę, co pogłębiło nieufność po obu stronach Atlantyku zapoczątkowaną polityką administracji Trumpa. Co więcej, tempo ofensywy Talibów ugruntowało w Europie wątpliwości czy kompetencje amerykańskich służb specjalnych i dyplomatów, a przecież wraz z objęciem władzy przez Bidena mieli do służby państwowej wrócić fachowcy, są w istocie godnymi zaufania.

    Kryzys w relacjach atlantyckich? Niekoniecznie
    Jednak w opinii Nibletta, fiasko interwencji w Afganistanie i źle przygotowany, a nawet chaotyczny odwrót Amerykanów nie zwiastują kryzysu w relacjach atlantyckich, bo w nowej rzeczywistości międzynarodowej, charakteryzującej się większą liczbą ognisk zapalnych i wyzwań, dotychczasowi partnerzy będą potrzebować siebie nawzajem bardziej a nie mniej, i to jest najlepszą gwarancją utrzymania spoistości obozu Zachodu.

    Jednak najpierw należy zrozumieć naturę zwrotu w polityce zagranicznej Stanów Zjednoczonych. Niblett proponuje aby poważnie traktować deklaracje obecnej administracji, iż chce uprawiać politykę zagraniczną w interesie amerykańskiej klasy średniej. Oznacza to, w jego opinii, większe skupienie się na wewnętrznych korzyściach jakie są efektem międzynarodowego zaangażowania Waszyngtonu. Ale dlaczego na tej podstawie, i tu brytyjski ekspert stawia kluczowe, również z naszego punktu widzenia pytanie, amerykański przedstawiciel klasy średniej, czy szerzej, podatnik, ma być w większym stopniu zainteresowany bezpieczeństwem Litwy, Łotwy czy Tajwanu, niźli Afganistanu? Jeśli Biden z taką łatwością w swym ubiegłotygodniowym wystąpieniu uzasadniając decyzję o ewakuacji amerykańskich żołnierzy z Kabulu oskarżył rząd prezydenta Ghani o to, że lojalne mu służby nie chciały walczyć o swą wolność, to co może powstrzymać Bidena, pyta Niblett, przed podobnym postawieniem sprawy zwłaszcza wobec tych sojuszników z NATO, którzy wydają niewiele ponad 1 proc. PKB na swe bezpieczeństwo?

    W opinii brytyjskiego eksperta są przynajmniej trzy powody pozwalające sądzić, że w przypadku Europy Stany Zjednoczone uprawiać będą zupełnie inną politykę. Po pierwsze, ewakuację Afganistanu, z czym zgadzają się niemal wszyscy eksperci, należy uznać za potwierdzenie strategicznego zwrotu w amerykańskiej polityce zagranicznej. Traci na znaczeniu szeroko rozumiany Bliski Wschód, gdzie zaangażowanie Stanów Zjednoczonych będzie maleć a strategicznym staje się rywalizacja z równorzędnymi przeciwnikami, przede wszystkim z Chinami, ale również Rosją. Podobne przysunięcie akcentów było już wyraźne za czasów administracji Trupa, ale, jak argumentuje Niblett, w przeciwieństwie do swego poprzednika Joe Biden zdaje sobie sprawę, że tę rywalizację Ameryka może przesądzić na swoją korzyść wyłącznie współpracując z sojusznikami, bez nich ma mniejsze szanse. To przeświadczenie fundamentalnie zmienia relacje atlantyckie, powodując, że Waszyngton w znacznie większym stopniu gotów jest zabiegać o ich trwałość.

    Europejscy sojusznicy Waszyngtonu odgrywają kluczową rolę w tej strategii pisze Robin Niblett.

    Oczywiście nie ze względu na swoje położenie geograficzne, ale ze względu na istotne powiązania Chin z europejskimi gospodarkami oraz ze względu na silny głos krajów europejskich w instytucjach wielostronnych, w których Chiny próbują zmienić globalne zasady handlu, inwestycji i zarządzania technologią. Podział transatlantycki osłabia politykę Stanów Zjednoczonych wobec Chin, podczas gdy zaangażowanie USA w stosunki transatlantyckie pomaga zapewnić sobie europejskie wsparcie.

    W istocie mamy do czynienia z czymś w rodzaju „targu” między Europą a Stanami Zjednoczonymi, na który zgadza się administracja Bidena. Ceną za europejskie poparcie dla polityki „powstrzymywania Chin”, która musi mieć też wymiar gospodarczy i technologiczny jest kontynuowanie zaangażowania Ameryki w ochronę Europy przez rosyjskim rewizjonizmem, który na starym kontynencie jest postrzegany jako większe zagrożenia niźli rosnąca potęga Chin.

    Po drugie, jak argumentuje Niblett, porażka w Kabulu zaczęła być, wbrew intencjom amerykańskiej administracji, porównywana do chaotycznej ewakuacji Sajgonu w 1975 roku. To zaś winno skłonić w najbliższym czasie ekipę Bidena do pokazania siły Stanów Zjednoczonych, po to aby udowodnić, że nie może być mowy o przegranej. W praktyce, również w związku z wagą dla amerykańskiej strategii więzi atlantyckich, oznaczać to będzie, w opinii Nibletta, większą skłonność Waszyngtonu aby wsłuchiwać się w głosy liderów państw europejskich, podobnie jak większe zaangażowanie w gwarantowanie wolności żeglugi czy działanie na rzecz wzmocnienia współpracy z Indiami.

    Brak alternatywy dla Europy
    Trzecim argumentem na rzecz tezy, że będziemy mieć w najbliższej przyszłości do czynienia z korzystnym wpływem afgańskich doświadczeń na siłę europejsko-amerykańskiego sojuszu jest brak politycznej alternatywy po stronie Europy. Jej stolice zbyt duża zainwestowały, w opinii Nibletta, w sukces administracji Bidena, aby teraz zacząć wykonywać nerwowe ruchy czy wręcz ryzykować nadwątleniem więzi atlantyckich. Brytyjski ekspert dostrzega zagrożenie związane z faktem, iż amerykańska porażka w Afganistanie wzmocni europejski obóz zwolenników większej „autonomii strategicznej”, ale jest zdania, że nieuchronne zmiany raczej będą prowadziły do przekształcenia relacji atlantyckich w układ o bardziej partnerskim charakterze, w którym interesy i zdanie Europy liczyło się będzie bardziej niźli w przeszłości. W tym sensie „autonomia strategiczna” starego kontynentu jest raczej uzupełnieniem i wzmocnieniem siły, a nie alternatywą, wobec tego co zwykliśmy określać mianem kolektywnego Zachodu.

    Oczywiście wielką niewiadomą jest na razie to, w jaki sposób przeciwnicy Stanów Zjednoczonych, przede wszystkim Chiny oraz Rosja będą starały się wyzyskać wielkie upokorzenie Ameryki czego byliśmy w ostatnich dniach świadkami. To, że będą się starały, nie ulega zdaniem brytyjskiego eksperta wątpliwości. Tak jak porażka w Wietnamie nie zatrzymała Ameryki w dążeniu do uzyskaniu światowej hegemonii, którą udało się osiągnąć wraz z upadkiem ZSRR, tak i przegrana w Afganistanie nie musi zwiastować degradacji pozycji Stanów Zjednoczonych w XXI wieku. Tym bardziej, że jak zauważa Niblett „siła w stosunkach międzynarodowych jest zawsze relatywna. A w tym ujęciu Stany Zjednoczone mają o wiele więcej strukturalnych i społecznych atutów niż ich dwaj główni rywale geopolityczni, zwłaszcza jeśli ściśle współpracują, aby osiągnąć wspólne cele, ze swoimi sojusznikami.”

    Ten optymistyczny pogląd brytyjskiego eksperta warto skonfrontować z opiniami innych europejskich analityków, którzy zapytani zostali przez Atlantic Council o wpływ Afganistanu na relacje atlantyckie. Gérard Araud, były ambasador Francji w Stanach Zjednoczonych powiedział, że niezależnie od perspektywy kolejnego kryzysu migracyjnego przed którym staje Europa i co, zwłaszcza w roku wyborczym w Niemczech i Francji nie jest tym z czego należałoby się cieszyć, to porażka Ameryki niewiele zmieni w jej relacjach z sojusznikami ze starego kontynentu. Europejczycy, w opinii francuskiego polityka zdążyli już się przyzwyczaić do tego, że podejmując strategiczne decyzje Waszyngton nie konsultuje ich z nimi. Ale nie mają realnej alternatywy czy pola manewru. Im sytuacja w świecie staje się bardziej napięta i mniej stabilna, tym stolice Europy gotowe są więcej płacić za amerykański parasol bezpieczeństwa. „To, co było uderzające w przemówieniu Bidena z 16 sierpnia argumentuje Araud, to jego zapewnienie, że Stany Zjednoczone będą walczyć wyłącznie w obronie swoich podstawowych interesów sugerując, że interesy te zostaną zdefiniowane w sposób restrykcyjny. Oznacza to, że Stany Zjednoczone wypełniłyby swoje zobowiązania wynikające z traktatu NATO, ale nie zrobiłyby nic poza literalnym wywiązaniem się ze zobowiązań sojuszniczych. W szczególności Europejczycy nie mogą oczekiwać od Stanów Zjednoczonych na Ukrainie, w Syrii, Libii i Sahelu niczego więcej prócz wsparcia dyplomatycznego. Europa płonie, ale strażak z USA nie przyjdzie.” Na dodatek Araud jest pesymistą i uważa, że Europa, mimo wielokrotnych wezwań Emmanuela Macrona aby więcej zainwestować w swe bezpieczeństwo, nie zrobi tego. Porażka w Afganistanie nie będzie dla niej „dzwonkiem alarmowym” a dyskusja na ten temat ograniczy się do środowiska ekspertów i think tanków.

    Odpowiedzialność za bezpieczeństwo
    Wtóruje mu Nathalie Loiseau, członkini Parlamentu Europejskiego, w przeszłości minister ds. europejskich, która mówi, że „skończył się właśnie europejski wiek niewinności”, rozumiany raczej jako nieponoszenie odpowiedzialności za własne bezpieczeństwo.

    Jeśli myśleliśmy, że nowe amerykańskie przywództwo oznacza większe zaangażowanie w sprawy światowe, myliliśmy się argumentuje Loiseau.

    Jeśli uważamy, że Afganistan jest odległym kryzysem bez konsekwencji dla Europy, to też się mylimy. Terroryzm, handel narkotykami i możliwy masowy exodus Afgańczyków to wyzwania dla Europy.

    Co gorsza, stary kontynent będzie zmuszony radzić sobie samodzielnie z tymi wyzwaniami, bez oglądania się na zaatlantyckiego sojusznika. Francuska polityk wzywa do wspólnych wysiłków Europy, w tym do ochrony granic zewnętrznych kontynentu, co wydaje się świadectwem tego na ile, również w środowisku liberalnym zmieniły się nastroje w porównaniu z 2015 rokiem.

    Bruno Maçães, były wiceminister spraw zagranicznych Portugalii, obecnie ekspert ds. międzynarodowych jest zdania, że o ile za czasów administracji Trumpa Europa mogła mieć wątpliwości jeśli chodzi o amerykańskie intencje, o tyle po doświadczeniach tego jak ekipa Bidena przeprowadziła ewakuację Afganistanu można wątpić w amerykańskie kompetencje.

    Odpowiedzią może być jedynie zwiększenie zdolności Europy do stawienia czoła coraz bardziej niebezpiecznemu światu argumentuje Maçães.

    Ta reakcja stała się pilna po katastrofie w Afganistanie. Co równie ważne, musimy być bardziej otwarci w naszych własnych pomysłach na to, jak globalnie projektować wpływy Zachodu. Wiele idei pochodzących z Waszyngtonu wyraźnie przestało działać. Czy to chwila Europy? Wezwanie to było często powtarzane i może wywołać uśmiechy zakłopotania. Ale dziś naprawdę nie ma alternatywy.

    W gruncie rzeczy, niezależnie od przytaczanych argumentów, wszyscy przywoływani analitycy są zgodni, że zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w sprawach międzynarodowych będzie w najbliższym czasie maleć. Oznaczać to musi wzięcie większej odpowiedzialności na siebie przez ich sojuszników, zwłaszcza w Europie, na peryferiach której już tli się wiele ognisk zapalnych. Większy wysiłek musi prowadzić do większej samodzielności, przedsiębiorczości i odpowiedzialności. Niektórzy z wypowiadających się w tej debacie, tacy jak Robin Niblett są optymistami i uważają, że skutkiem rysujących się trendów będzie odbudowa sojuszu atlantyckiego na nowych, bardziej partnerskich zasadach. Innych zaliczyć można do grupy sceptyków czy pesymistów, obawiających się, że raczej będziemy mieli do czynienia z amerykańskim désintéressement w szeregu kwestii o peryferyjnym dla Ameryki znaczeniu a ważnych dla Europy. Niezależnie od tego, w którą stronę potoczą się wydarzenia, trzeba zgodzić się z opinią Nathalie Loiseau. Kończy się „europejski wiek niewinności” i państwom naszego kontynentu przyjdzie mierzyć się z nowymi realiami samodzielnie.

    https://wpolityce.pl/swiat/563417-po-afganistanie-koniec-wieku-europejskiej-niewinnosci

  • Ciekawe jest, w co Biden wyposażył Taliban.

    Ciekawe jest, w co Biden wyposażył Taliban. Lista jest zaiste imponująca:
    1 -2,000 Armored Vehicles Including Humvees and MRAP’s
    2 -75,989 Total Vehicles: FMTV, M35, Ford Rangers, Ford F350, Ford Vans, Toyota Pickups, Armored Security Vehicles etc
    3 -45 UH-60 Blachhawk Helicopters
    4 -50 MD530G Scout Attack Choppers
    5 -ScanEagle Military Drones
    6 -30 Military Version Cessnas
    7 -4 C-130’s
    8 -29 Brazilian made A-29 Super Tocano Ground Attack Aircraft
    =208+ Aircraft Total!!
    9 -At least 600,000+ Small arms M16, M249 SAWs, M24 Sniper Systems, 50 Calibers, 1,394 M203 Grenade Launchers, M134 Mini Gun, 20mm Gatling Guns and Ammunition
    10 -61,000 M203 Rounds
    11 -20,040 Grenades
    12 -Howitzers
    13 -Mortars +1,000’s of Rounds
    14 -162,000 pieces of Encrypted Military Comunications Gear
    15 -16,000+ Night Vision Goggles
    16 -Newest Technology Night Vision Scopes
    17 -Thermal Scopes and Thermal Mono Googles
    18 -10,000 2.75 inch Air to Ground Rockets
    19 -Recconaissance Equipment (ISR)
    20 -Laser Aiming Units
    21 -Explosives Ordnance C-4, Semtex, Detonators, Shaped Charges, Thermite, Incendiaries, AP/API/APIT
    22 -2,520 Bombs
    23 -Administration Encrypted Cell Phones and Laptops ALL operational
    24 -Pallets with Millions of Dollars in US Currency
    25 -Millions of Rounds of Ammunition including but not limited to 20,150,600 rounds of 7.62mm, 9,000,000 rounds of 50.caliber
    26 -Large Stockpile of Plate Carriers and Body Armor
    27 -US Military HIIDE, for Handheld Interagency Identity Detection Equipment Biometrics
    No to tak z grubsza.
                                                                                                         Ci wszyscy, którzy przez dziesięciolecia drwili z Anglików, którzy zaliczyli podobnie "imponującą" ewakuację w 1940 roku pod Dunkierką, mogą wreszcie dać sobie i Brytyjczykom spokój. Teraz będziemy przez dziesięciolecia podziwiali "osiągnięcie" Bidena, Blinkena i Austina oraz ich kumpli, nie zapominając rzecz jasna o Kamali.
      

  • Żaden amerykański generał nie postawił się Bidenowi. Dziwne!

    Żaden nie odmówił wykonania głupich rozkazów i nie podał się do dymisji. Kilku generałów w stanie spoczynku gotowych jest natychmiast wrócić do Afganistanu i zaradzić sytuacji. Wiedzą jak i to nie byłoby nic trudnego. Brak jedynie rozkazu Bidena. Nawet nie rozkazu, ale zwykłego zezwolenia. W tej chwili ratowaniem cywilów zajmują się firmy prywatne. Za darmo. Różne wojskowe agencje do wynajęcia, emerytowani pracownicy CIA i elitarnych jednostek. Skrzyknęli się w sieci, korzystają z tego, co mają, i nie jest tego mało. Mają podgląd satelitarny na lotnisko w Kabulu i prowadzą swoich rodaków oraz afgańskich kolegów dookoła posterunków wystawionych przez taliban. Zgodnie z zasadą NIE ZOSTAWIAMY NIKOGO! Posługują się prostymi sposobami, bo Biden nie zezwala na stosowanie sprzętu amerykańskiej armii i służb. Sceny jak z filmów. Afgański towarzysz broni odbiera instrukcje na zwykłym telefonie komórkowym. Jest prowadzony przez amerykańskiego kolegę weterana. Walczyli razem. Ucieka z rodziną. Skręć w lewo. W lewo, bo tam, gdzie teraz idziesz, taliby was zabiją. Amerykański żołnierz walczył ramię w ramię z Afgańczykiem i stara się go ratować wbrew rozkazom własnego prezydenta. Nie trzeba wojskowych geniuszy, by wiedzieć, jak należało opuścić Afganistan. Plan był gotowy dawno, opracowany za Trumpa. Trump gadał z talibami. Powiedział im wprost, co im zrobi, jeżeli będą przeszkadzać. Najpierw wycofujemy wszystkich cywilów Amerykanów i Afgańczyków zagrożonych śmiercią za współpracę z USA. Potem wycofujemy większość wojskowych i cały sprzęt, zwijając się stopniowo do mocnej bazy i lotniska Bagram. Na samym końcu odlatują ostatnie jednostki i bombardują bazę i lotnisko tak, aby w rękach wroga nie pozostało nic. Płonące rumowisko w miejscu, gdzie były urządzenia wojskowe. Biden zrobił na odwrót. Najpierw wycofał wojsko, kazał porzucić bazy, sprzęt i lotnisko Bagram. Taliban dostał w prezencie uzbrojenie, które wystarczy im na 20 lat. Są w tej chwili najlepiej wyposażoną armią w regionie. Biden cywili zostawił na koniec. Porzucił w strefie wojennej kilkanaście tysięcy swoich obywateli. Administracja nie umie nawet powiedzieć, ilu Amerykanów zostało, podają szacunkowo pomiędzy 10 a 15 tys. osób. Bagram jest jedynym dużym lotniskiem w Afganistanie, a lotnisko w Kabulu jest małe. To tak, jakby najpierw opuścić Okęcie, a potem ewakuować tysiące ludzi z małego lotniska na Bemowie. Weterani wojny w Afganistanie mówią otwarcie, że za tę akcję Biden powinien iść pod sąd wojenny. Jedyny oficer który powiedział głośno prawdę został natychmiastowo wydalony z zajmowanej pozycji. Nazywa się Stuart Scheller. To nie są żarty.... żydowsko-bolszewicki reżim kończy zaciskanie pętli.