Warto z nim się zapoznać i przemyśleć, dlatego zamieszczam.

Krótko po ubezpieczeniu na życie przez pracodawcę Rafał Koczan i Sławomir Ś. spłonęli w samochodzie pod Chełmnem / Źródło: KP PSP CHEŁMNO                                                                                                                                                                                                                                                                          Przedsiębiorca z Torunia ubezpieczył na życie pracowników i siebie wyznaczył do odebrania pieniędzy. Czterech ubezpieczonych już nie żyje. Dwaj to bezdomni, dwaj kolejni zginęli w dziwnym wypadku. Rafał Koczan miał 22 lata. Mieszkał z ojcem w Toruniu. Wcześniej skończył liceum ogólnokształcące, więc chciał się dalej kształcić. Chodził do policealnego technikum informatycznego. Prawie je ukończył, zostało kilka egzaminów. Pracował w Dortechu. Nie przelewało się. Dlatego ojciec od lat go wspierał. Przez parę ostatnich lat w sumie wpłacił na konto syna ponad 40 tys. zł. Rafał też chciał pomóc tacie. Załatwiał mu pracę w swoim zakładzie. Sam miał go szkolić jako nowego pracownika. Rafał oprócz swojego normalnego zajęcia postanowił dorabiać. Ktoś dał mu namiar na toruńskiego przedsiębiorcę działającego w branży budowlanej Macieja B. Ojcu od początku nie podobało się kilka rzeczy. Podpisanie umowy na pracę nie w biurze, ale przy samochodzie na parkingu miejscowej galerii handlowej, zrobienie zdjęć dokumentów Rafała. Jak mi o tym Rafał powiedział, to mu poradziłem, żeby zastrzegł dowód osobisty. On to zrobił. Sprawdziłem potem, jego dokument jest zastrzeżony opowiada „Do Rzeczy” Andrzej Koczan. Rafał chciał jednak dorobić. Cieszył się też z obietnicy załatwienia używanego samochodu. Przedsiębiorca miał go połączyć ze swoim znajomym, który w dobrej cenie pozbędzie się starego renault. Nie znał się na nieruchomościach, ale w tej firmie miał zacząć jako kierowca, a potem wdrożyć się do tych spraw relacjonuje ojciec,                                                                                                                                                     Spaleni w matizie                                                                                                                                                                         28 listopada Rafał pojechał pracować dla Macieja B. Pierwszy raz. Służbowym autem okazał się warty kilkaset złotych malutki daewoo matiz. Jechał z nim też Sławomir Ś., również zatrudniony przez toruńskiego przedsiębiorcę. Mieli oglądać jakąś nieruchomość w okolicach Chełmna w Kujawsko-Pomorskiem. Rozmawiałem z nim jeszcze tego samego dnia, w sobotę, ok. godz. 13 wspomina Andrzej Koczan. Ale potem się już nie odezwał. Mówił mi, kiedy wróci, więc gdy nie przyjechał, zacząłem się denerwować. W niedzielę zawiadomiłem policję o zaginięciu. Tymczasem poprzedniego dnia wieczorem Rafał nigdzie nie dojechał. Na wąskiej gminnej drodze prowadzącej do Starogrodu Dolnego ktoś zauważył płonącego matiza, który stoczył się z kilkumetrowej skarpy. Na miejsce przybyli strażacy. Po ugaszeniu ognia w samochodzie odkryli dwa ciała. Rafała i Sławomira Ś. Na samochodzie nie znaleziono żadnych uszkodzeń. Nikt w niego nie uderzył. Kierowca też nie mógł w nic uderzyć. Jak więc wypadł z drogi? Nie wiadomo. Prokuratura z Chełmna, która standardowo badała ten wypadek, uznała jednak, że nie było to niemożliwe. Ogień? Też możliwy, gdy samochód przekoziołkuje i przeleją się w nim płyny. Jedyne, co udało się ustalić, to fakt, że Ś. miał w organizmie trzy promile. Jedno z ciał miało też uszkodzenie nogi. Byli w środku tak splątani po wypadku, że nie udało się określić, kto kierował. Zgon? Najprawdopodobniej od ognia. Najprawdopodobniej bo po spaleniu nie da się tego powiedzieć na pewno.                                                                                                                             Pierwsza polisa                                                                                                                                                                       Andrzej Koczan był zszokowany wiadomością o śmierci syna. Drugi szok przeżył, gdy odebrał wezwania do zapłacenia składki na ubezpieczenie na życie syna. Okazało się, że Rafał został przed wypadkiem ubezpieczony grupowo na życie wraz z sześcioma innymi osobami, które zatrudnił Maciej B. Uposażonym do odebrania pieniędzy z ich polis po śmierci jest… Maciej B.  Polisa Rafała kończyła się tuż po wypadku. Czy to nie dziwne? pyta mnie ojcie. Potem Andrzej Koczan odbierał informacje o kolejnych polisach. Na początku było ich siedem. Dziś wie już o 11. Jego syn został ubezpieczony w wielu towarzystwach naraz. Człowiek, z którym spłonął w samochodzie, również. Według informacji, do których dotarł wcześniej Polsat, suma ubezpieczeń pracowników pana B. sięga 6 mln zł. Jeszcze gdy trwało postępowanie w Chełmnie, ojciec ruszył z polisą, by zwrócić uwagę na tę rzecz. Od początku napotkał mur obojętności. Najpierw rozmawiałem z policjantem, widziałem, że niewiele wskóram. Prosiłem o kontakt do prokuratora i wyraźnie widziałem, że nie chcą mi go dać. Funkcjonariusz zwlekał z tym podczas rozmowy opowiada pan Andrzej. Do prokuratora dotarł. Opowiadał mu wszystko, pokazywał. I kiedy ja tak o tym mówię, to widzę, że on potakuje i nic więcej wspomina Andrzej Koczan. W końcu nie wytrzymałem i zapytałem zdziwiony: Czy pan to w ogóle odnotuje? I dopiero po tym zaczął to zapisywać. Śledczy jednak ograniczyli się do wypadku. Samochód zjechał z drogi, spalił się, ludzie zginęli, koniec. Prokuratura w Chełmnie przeprowadziła standardowe postępowanie. Przeglądaliśmy te akta. Nic nie wzbudziło tam podejrzeń śledczych. Sprawa została umorzona mówi adwokat Andrzej Pazdyga, który reprezentuje Andrzeja Koczana. Mój klient uważa jednak, że taki zbieg okoliczności był niemożliwy. Tymczasem, jak wynika z nieoficjalnych informacji „Do Rzeczy”, jeszcze przed umorzeniem śledztwa do sprawy wkroczyli ubezpieczyciele. Widzieli, dokąd zmierza postępowanie w Chełmnie, próbowali wpłynąć na to, by przenieść je do Torunia. Zakłady ubezpieczeń wymieniają między sobą informacje. Zauważono, że przedsiębiorca ubezpieczył ludzi na życie w wielu zakładach i siebie uposażył do odebrania ubezpieczenia. Takie rzeczy się nie zdarzają mówi „Do Rzeczy” informator z branży ubezpieczeniowej. Drugi sygnał, który wzbudził wątpliwości zakładów, to okoliczności tego wypadku. Samochód służbowy za 500 zł? Takich aut się nie kupuje na firmowe. A wypadek na fragmencie drogi, który trudno uznać za niebezpieczny? Do tego zatrudnieni ludzie, którzy nie mieli doświadczenia na rynku mieszkaniowym? W dodatku wyszły na jaw inne rzeczy. Okazało się, że wcześniej, w 2020 r., zmarło już dwóch innych ludzi zatrudnionych przez przedsiębiorcę B. Reporterzy Polsatu dotarli do schroniska dla bezdomnych, gdzie byli oni dobrze znani. O jednym z nich pracownicy tej instytucji mówili nieoficjalnie, że pił już nawet płyn do odkażania. W przypadku tych osób upoważnionym do odebrania pieniędzy także jest pracodawca. Jeden z tych pracowników zmarł zaledwie dwa tygodnie po ubezpieczeniu.                                                                                                                                                                                            Nowy trop.                                                                                                                                                                                                                       Prokuratura dalej zaczęła zajmować się tą sprawę. Obecnie śledztwo jest w rękach śledczych z Torunia. O postępach w nim na razie prokuratorzy informować nie chcą. W tej sprawie przysłano do mnie policjantów, co ciekawe z Chełmna, a nie miejscowych z Torunia opowiada Andrzej Koczan. Przeszukiwali mieszkanie, sprawdzali komputer syna. Więcej nie wolno mi powiedzieć na ten temat. Postępowanie nie będzie łatwe, bo zwłoki Rafała i Sławomira Ś. po wypadku rodziny postanowiły skremować. Nie udadzą się więc już np. badania toksykologiczne, które mogłyby wykryć jakieś substancje w ich ciałach. Choć śledczy trzymają jedną nitkę, która może doprowadzić ich do nowych informacji. Chodzi o to, jak Rafał znalazł się na miejscu wypadku. Według nieoficjalnych informacji, do których dotarliśmy, śledczy mają też badać, czy podpisy na polisach na życie były oryginalne. Maciej B. przed kamerami potwierdził, że ubezpieczył na życie ludzi, którzy zmarli, że fotografował ich dokumenty. Nie widział w tym niczego dziwnego.  Chodziło po prostu o to, że ja po prostu pomogę załatwiać jakieś sprawy, gdyby coś, ewentualnie… Ja to rozumiałem w taki sposób, że będę osobą, która będzie załatwiała pewne rzeczy tłumaczył reporterowi „Raportu” Polsat News. Ja się z tym człowiekiem nigdy wcześniej nie kontaktowałem mówi „Do Rzeczy” ojciec Rafała. Potem nie mogłem wytrzymać, dzwoniłem, ale telefon był głuchy. Człowiek, który przedstawiał się jako kuzyn pana B., a który pośredniczył w załatwieniu tej pracy dla Rafała, powiedział mi, że ten przedsiębiorca jest obecnie za granicą. Andrzej Koczan pracuje dziś w firmie, w której pracę miał mu załatwić Rafał, ale bez syna. To nie on go szkolił, nie jeżdżą razem i nie wracają razem do domu. Nie wierzy, że śmierć Rafała była przypadkowa. – Samochód prowadził, odkąd miał prawo jazdy. Jeździł dobrze. Zapinał pasy, a jego ciało walało się po tym spalonym matizie  wylicza. I wzdycha: Bardzo chciałbym, żeby ten, kto to zrobił, poniósł karę. Albo ci, którzy to zrobili, bo sądzę, że mogło być ich więcej.                        Autor Zboralski