Czego nie chciano wiedzieć..Piotr Semka

Wszystkie przestrogi, że początkowe indywidualne próby przekroczenia granicy zamienią się z czasem w masowy napór, były odrzucane.

                                                                                                         

Wszystkie przestrogi, że początkowe indywidualne próby przekroczenia granicy zamienią się z czasem w masowy napór, były odrzucane. Teraz, gdy już to nastąpiło, warto zdefiniować, jakie lekcje historyczne całkowicie zatarły się w pamięci zbiorowej sporej części Polaków.

Niedawno wezwałem do akcji wysyłania paczek świątecznych dla żołnierzy Straży Granicznej. Wydawało mi się to oczywistością. W sytuacji zagrożenia suwerenności Polski takie oddolne gesty budują poczucie sensu misji i społecznego poparcia dla funkcjonariuszy służb broniących granic. Nie przyszło mi do głowy, że ktokolwiek może uznać to za coś niestosownego lub groteskowego. A jednak oprócz wielu reakcji pozytywnych znacznie więcej było szyderstw lub demonstracji niechęci do strażników granicy RP. Kpiarsko pytano, czy polscy żołnierze głodują, że trzeba ich dożywiać paczkami. Inni oburzali się, jak można porównywać funkcjonariuszy „ścigających dzieci po lasach” z biednymi, zziębniętymi emigrantami.

Uderzyło mnie odwrócenie hierarchii sympatii. Ktoś pilnujący naszej granicy wydawać się powinien emocjonalnie bliższy niż ktoś, kto łamie prawo, wdzierając się na teren Polski w sposób nielegalny, nawet jeśli kieruje nim pragnienie lepszego życia. Oczywiście tę różnicę starano się zatrzeć poprzez skupianie uwagi odbiorców mediów na kobietach i dzieciach – osób wyjątkowo słabych lub narażonych na śmierć. Trzeba było dopiero kolejnej fazy operacji Białorusi przeciwko Polsce, aby potwierdziło się podejrzenie, które dotąd zbywano za pomocą moralnego szantażu. Od niedzieli polską granicę próbują forsować spore grupy składające się w 80 proc. z młodych ludzi w sile wieku. Agresywnych i cynicznie grających współczuciem dla dzieci. Wszystkie wcześniejsze przestrogi, że początkowe indywidualne próby przekroczenia granicy zamienią się z czasem w masowy napór, były odrzucane. Teraz, gdy już to nastąpiło, warto zdefiniować, jakie nienowe prawdy odrzucano i jakie lekcje historyczne całkowicie zatarły się w pamięci zbiorowej sporej części Polaków.

Sześć lat zapomnienia

W 2015 r. przebieg wydarzeń na granicy węgiersko-serbskiej był podobny, choć niedokładnie taki sam. Wówczas Turcja przestała blokować granice i umożliwiła setkom tysięcy osób, które opuściły Syrię, Irak czy Afganistan, przemarsz w kierunku Serbii. Kandydaci na emigrantów byli kierowani przez nieformalne grupy, które stawiały sprawę jasno: chcemy dostać się do Niemiec, gdzie jest dobre życie. Najbardziej naiwni wierzyli, że w RFN czekają na nich gratisowe wille i samochody, a ci bardziej trzeźwo myślący zakładali, że osiągną status emigranta z bardzo wysokim poziomem pomocy socjalnej. To, co wówczas oburzyło bardzo wielu Węgrów, to przekonanie większości przybyszy, że Węgry mają natychmiast zgodzić się na przemarsz przez terytorium węgierskie w kierunku Niemiec ze złamaniem wszystkich normalnych zasad dotyczących przekraczania granicy.

Gdy Węgrzy zaczęli stawiać ogrodzenie i wzmacniać siły policyjne w strefie przygranicznej, w Europie rozpoczęła się histeria i fala obraźliwych komentarzy na temat polityki Viktora Orbána. Jedna z niemieckich firm produkujących drut kolczasty ogłosiła, że wstrzymuje dalsze dostawy dla rządu w Budapeszcie. Jak z emfazą ogłoszono w specjalnym oświadczeniu – drut kolczasty jest przeciwko wrogim najeźdźcom, a nie przeciw zrozpaczonym kobietom i dzieciom. Już wówczas co bardziej trzeźwi obserwatorzy wskazywali, że w relacjach znad granicy węgierskiej fotoreporterzy i kamerzyści zazwyczaj skupiali się na kobietach i dzieciach, podczas gdy zdecydowaną większość stanowili jednak mężczyźni w sile wieku. Zupełnie ignorowano zjawisko handlarzy ludźmi, którzy stymulowali nastroje i działania w grupach atakujących węgierską granicę. Za to do niebotycznych rozmiarów rozdęto incydent, w którym węgierska operatorka kamery popełniła godny potępienia gest kopnięcia jednej z imigrantek.

Wtedy w 2015 r. imigranci dopięli swego. Węgrzy podstawili pociągi, które zawiozły ich do Niemiec, gdzie panowała euforia Willkommenskultur. Trzeba było dłuższego czasu, by Niemcy zorientowali się, że tak masowa emigracja spowodowała ileś przypadków ataków na zwykłych Niemców. Ataków tym bardziej szokujących, że brali w nich udział ludzie, którzy skorzystali z niemieckiej wielkoduszności. Jeszcze więcej czasu wymagało, by Angela Merkel zrozumiała, jakie są skutki łaskawości dla emigrantów. Bo ona stanęła na czele akcji dyplomatycznej, która skłoniła prezydenta Turcji Recepa Erdoğana do ponownego zablokowania granicy w zamian za sowite fundusze wypłacane mu przez Unię. Ani Angela Merkel, ani inni politycy UE nie przyznali, że Węgry miały rację. Po sześciu latach sytuacja z Węgier powtórzyła się na nowo na granicy polsko-białoruskiej. W tym wypadku jest jeszcze gorzej niż na granicy węgiersko-serbskiej.

O ile w 2015 r. Serbowie byli bierni i pozwalali grupom emigrantów przedostawać się na granicę Madziarów, o tyle w wypadku Białorusi służby naszych sąsiadów sterowały i pomagały w naruszeniu naszej granicy. A jednak europejskie gazety, w tym niemieckie, od początku przyjmowały ton sugerujący, że w tym spektaklu są dwa równoważne „szwarccharaktery”. Chodziło oczywiście o stawianie na jednym poziomie prowokacji służb Łukaszenki i bezwzględności polskiej służby granicznej. Dopiero gdy konflikt zaczął gwałtownie zwyżkować, w niemieckich gazetach pojawiły się pełne zaniepokojenia opinie. Ale Unia jako całość dalej stawiała wyżej niechęć do Polski, niż była gotowa do pomagania rządowi w Warszawie. Komisja Europejska odmówiła pieniędzy na pomoc w budowie muru granicznego, a lewica w europarlamencie przeforsowała nawet postulat obcięcia funduszy dla Frontexu, który dostał za swoje, bo pochwalił Polskę za determinację w ochronie granic Unii.

Wszystko to obnażało wewnętrzne zakłamanie. Politycy Unii wiedzą już, że imigracja bez barier to groźne zjawisko, ale gdy „pechowcy” mają to nieszczęście, by zderzyć się z taką falą, dominuje ton, w którym polscy strażnicy graniczni czy urzędnicy Frontexu kojarzeni są z „siepaczami z 1972 r., prześladującymi biednych i zmarzniętych Wietnamczyków”.

Kto pamięta o „hanoi jane”?

Kiedy w latach 80. czytałem książkę Normana Podhoretza pt. „Dlaczego byliśmy w Wietnamie”, mimo całej wiedzy o naiwności Zachodu zdumiewałem się nad skutecznością operacji psychologicznej, która pomogła komunistom wygrać ten konflikt. Udało się pchnąć bardzo wielu Amerykanów do wrogości wobec własnej armii. Wystarczyło porównać stosunek Amerykanów do walk swoich żołnierzy w Korei w latach 50., do sukcesów kampanii antywojennej, która przedstawiała US Army jako zbrodniarzy.

Symbolem tej przemiany był wyjazd w 1972 r. gwiazdy amerykańskiego kina Jane Fondy do Hanoi, stolicy komunistycznego Wietnamu. Fonda pozowała w hełmie wietnamskim na stanowisku baterii przeciwlotniczej, z której strzelano do amerykańskich bombowców. Jak z goryczą wskazywali weterani, w tym samym czasie w Hanoi w ciężkim więzieniu torturowano amerykańskich więźniów, których nakłaniano do wystąpienia na konferencji prasowej i potępienia polityki Waszyngtonu.

Nawet tak drastyczne lekceważenie lojalności wobec własnego państwa nie spowodowało bynajmniej końca kariery skandalistki. Nadal dostawała atrakcyjne role w Hollywood, a protesty weteranów przeciwko „Hanoi Jane” zbywano w mediach jako przykład zacietrzewienia.

Polskie elity, z racji doświadczeń historii zimnej wojny – zdawałoby się – powinny być wyjątkowo wyczulone na techniki sowieckiej dezinformacji i manipulacji. A jednak porównania z zaczadzeniem części amerykańskich elit w epoce Wietnamu mało komu przychodziły na myśl. Aktorzy, pisarze i gwiazdy reklamy porównały straż graniczną do esesmanów, tak jak w epoce Wietnamu koszary US Army oblewano wiadrami świńskiej krwi. Trzeba było dopiero nienawistnych tyrad obrażających polskich żołnierzy w wykonaniu Władysława Frasyniuka, a potem Barbary Kurdej-Szatan, by pojawiły się dość słabe zresztą protesty. Doskonale miały się za to deklaracje, że Kaczyński i Łukaszenka wspólnie korzystają z konfliktu, że Polacy są solidarni z imigrantami, a budowanie muru na granicy to wyrzucanie pieniędzy w błoto.

Charakterystyczne były podobne cechy relacjonowania konfliktu w liberalnych mediach – zarówno tego w Wietnamie, jak i tego na granicy z Białorusią. W wypadku wojny wietnamskiej też koncentrowano się na kobietach i dzieciach, pomijając agresywną politykę komunistycznych władz Wietnamu. Tak samo też zresztą odwoływano się do sumienia żołnierzy, zachęcając ich do tego, by ignorowali rozkazy. I wreszcie tak samo jak w wypadku konfliktu wietnamskiego liberalne lewicowe media często powtarzały twierdzenia propagandy komunistycznej jako prawdę objawioną, tak i teraz np. reporterki z opozycyjnych mediów uznawały każde drastyczne relacje zatrzymanych uchodźców jako fakty, które nie wymagają sprawdzenia. Mało kto chciał je konfrontować z opiniami straży granicznej. Odwracano też chętnie głowę od niewygodnej obserwacji, że tłumy uchodźców jako jednostki mogą być 26 osobami oszukanymi lub manipulowanymi, ale nie zmienia to faktu, że migranci sterowani przez białoruskich kagebistów mogą być dla Polski bardzo groźni. Osobnym zjawiskiem był brak zdecydowania polskiego Kościoła, jakie stanowisko zająć wobec tego konfliktu. Widać było wyraźnie, że biskupi są bardzo wyczuleni na proemigrancką linię papieża Franciszka. Bardzo łatwo wysuwano np. postulat korytarzy humanitarnych, choć tworzenie takich śluz w sytuacji, gdy jest się obiektem agresji wyjątkowo perfidnego przeciwnika, może być trudne do zrealizowania. Padały sformułowania, które dziś zdumiewają swoją niefrasobliwością.

W sierpniu bp Krzysztof Zadarko, szef Rady Episkopatu ds. Migracji, Turystyki i Pielgrzymek, głosił: „Nie wyobrażam sobie zagrożenia ze strony ludzi, którzy uciekają przed śmiercią”. Zrozumieć można było troskę o tych imigrantów, których straż graniczna znajdowała w lesie w stanie wychłodzenia. Ale nie można już tak łatwo wyjaśnić, dlaczego doświadczony biskup w ogóle wyklucza możliwość sytuacji, w której uchodźcy mogą zostać użyci jako taran przeciwko Polsce. Zdumiewający był też jeden z fragmentów sprawozdania ze spotkania kard. Nycza i bp. Zadarki z organizacjami, które pomagają uchodźcom. Jak pisał bp Zadarko: „Uczestnicy spotkania zgodzili się, że wielu funkcjonariuszy państwa stało przed niezwykle trudnymi wyborami moralnymi, rodzącymi się na styku obowiązku pełnienia służby a głosem sumienia i potrzebą ratowania życia”. Zdanie to można interpretować jako legitymowanie dla sugestii lewicy, że działania broniące granicy są niemoralne i skazują żołnierzy na konflikt sumienia. Jeśli się takie sądy formułuje, to trzeba podać konkretne przykłady, a nie sugerować, że to, co robią funkcjonariusze na granicy, jest niemoralne.

Czasami też głos akcentujący powinności chrześcijańskie bywa szokująco naiwny. Oto w czasie kryzysu na Podlasiu pojawił się w Polsce Rocco Buttiglione. Polityk, który w trakcie tworzenia Komisji Europejskiej został utrącony za to, że wyznał, iż jest przeciw małżeństwom homoseksualnym. Jego wypowiedź liberalne media akcentowały z wyjątkowym zapałem, gdyż Buttiglione zyskał w Polsce wiele sympatii z racji ataków na niego za deklaracje zgodne z chrześcijańskim sumieniem. Jednak tym razem Buttiglione w rozmowie z dziennikarzem Katolickiej Agencji Informacyjnej przyrównał politykę walki z nielegalnym naporem emigrantów do biblijnej przypowieści o dobrym Samarytaninie. I wskazywał: „Nie możecie pozwolić imigrantom umierać na granicy. Potem może będziecie mogli ich odesłać do ich własnych krajów, regionów albo uda się wypracować jakieś dobre międzynarodowe rozwiązanie, nad tym już trzeba myśleć.

Ale teraz, tu i teraz, szczególnie przy tak niskich temperaturach, kiedy życie tych ludzi jest zagrożone, oni po prostu muszą otrzymać schronienie”. Oczywiście każda sytuacja, w której polscy policjanci czy funkcjonariusze Straży Granicznej znajdują kogoś w stanie wychłodzenia czy zagrożenia życia, wymaga humanitarnej reakcji. Tu nie ma sporu. Ale Buttiglione nie wyjaśnia, co będzie, jeżeli kolejne tysiące imigrantów będą przepuszczane i trafiać będą do polskich obozów. Powtórzy się przecież sytuacja, która występuje na wyspie Lesbos w Grecji czy na włoskiej Lampedusie. Sugerowanie, że po jakimś czasie będzie można ich odesłać do ich własnych krajów, jest naiwne. Nie po to płacili grube pieniądze za dostanie się w okolice Niemiec, aby wracać do swoich biednych, zagrożonych kolejną wojną ojczyzn. Z kolei pomysły na rozdzielanie imigrantów między różne kraje są przez Polaków odrzucane, ponieważ nie chcą, by Polska była krajem imigracyjnym.

Łukaszenka dostał trzy miesiące

Tylko ci, którzy stoją twarzą w twarz z rosyjsko-białoruskimi prowokacjami na granicy, mogliby opowiedzieć, jak naiwne są postulaty posłów opozycji czy działaczy organizacji pozarządowych. Te postulaty są bardzo często wyrazem czy to niechęci do rządu, czy wyznawaniem bardzo szczytnych ideałów, ale nijak mają się do realiów wojny hybrydowej. Dało to białoruskiemu KGB luksus aż trzech miesięcy rozwoju kryzysu. Jest diaboliczną cechą wojny hybrydowej to, że agresor wykorzystuje szlachetne porywy serca do realizowania planów, które niosą zniewolenie i destabilizację. I znów przypomina się porównanie z wojną wietnamską. Wielu amerykańskich duchownych oglądało w telewizjach zdjęcia cierpiących mieszkanek Wietnamu, Laosu czy Kambodży, widziało zdjęcia płaczu dzieci przerażonych strzelaniną i reagowało hasłem: „Zakończyć wojnę w Indochinach za wszelką cenę”. Wojna, owszem, się zakończyła, Amerykanie wyjechali, ale np. Sajgon zaczynał być kontrolowany przez wietnamską bezpiekę, która setki tysięcy ludzi wtrącała do więzień. W wypadku Kambodży zakończenie wojny powodowało zamienienie przez zwycięskich Czerwonych Khmerów Kambodży w jeden wielki obóz koncentracyjny. Wtedy wielu idealistów spod szyldu „Stop War NOW” nabrało wody w usta. Czy ktoś wyciągnie wnioski z tego tym razem?

https://dorzeczy.pl/opinie/225952/kryzys-przy-granicy-z-bialorusia-semka-czego-nie-chciano                                                                                                                                                           Ps..Bardzo ciekawy i pouczający tekst, dlatego zamieszczam i zachęcam do dyskusji. 

kula Lis 70

kula Lis 70 - Zagorzały Antybolszewik herbu Jastrzębiec

Podobał Ci się post? Wystaw ocenę!

1

liczba ocen: 37

  • Otwarta konfrontacja! Migranci przypuścili szturm na granicę.

    W ruch poszły kamienie, policjant został poważnie ranny
    https://wpolityce.pl/polityka/574209-relacja-migranci-przypuscili-szturm-na-polska-granice

    Wypuścić Lempertównę w kagańcu, a jak będą niegrzeczni - zdjąć kaganiec.

    Nie wiem jak „odpowiedziała polska strona” ale wiem , że jeżeli odpowiedź była „mizerna” to należy się spodziewać kolejnych napadów. Czas „odpowiadać” tak aby ich zniechęcić do napadów ! Grecy potraktowali agresywnych nachodźców prysznicem z gnojowicy świńskiej. Działa jak woda święconą na diabła. Generał de Gaulle czy generał Persching utopił by we krwi tych dżihadystów. Jeszcze w latach 50-tych i 60-tych ub. wieku przywódcy krajów europejskich nie obawiali się rozwiązań siłowych. Nie cackać się z tą dziczą, to są mordercy oni nawet swoje żony obrzucali kamieniami i kazali małym dzieciom rzucać kamieniami w swoją matkę, dopóki ja nie zabili. Gonić to od Polski i Polaków.

  • Gdyby hordy nachodzców

    wdarły się do Polski to rabowaliby majątek, gwałcili kobiety i palili polskie domy. Dzisiejsza obrona granicy to nie pryncypialne zasady ale obrona domu ojczystego przed hordami najeźdźców. Może zacznie do nachodźców docierać, że zostali oszwabieni i ograbieni i skierują swoją agresję na białoruski reżim. Oni to potrafią. Pokazali to w zachodniej Europie pokażą i we wschodniej.

  • "Uderzyło mnie odwrócenie hierarchii sympatii. "

    -------------------------
    Powyższe wynika ze skali nienawiści - jaki żywi wewnętrzny wróg Polaków czyli polskojęzyczna, V, czarcia kolumna na co dzień zażerająca się polskim chlebem - do Polaków. Czarci pomiot bardziej nienawidzi Polaków niż tych beżowych - szturmujących granicę.
    Wniosek?
    Jak wygląda prawdziwy uchodźca - widać na kronikach filmowych choćby z okresu II WŚ.

  • To nie są migranci

    To nie migranci, to kanalie niedobitki terrorystów Państwa Islamskiego.
    Dlaczego nie chcą polecieć bezpośrednio do Niemiec?

  • Otwarta konfrontacja!

    https://media.wplm.pl/thumbs/77d/OTYwL3VfMS9jY18zMGU5NS9wLzIwMjEvMTEvMTYvMTIwMC83NTQvZWZjNmJhYTAwOTBjNGFiNjljNTFjY2E1N2M1ODhhNmEuanBlZw==.jpeg
    Część migrantów znów zbiera się na przejściu granicznym. "Propaganda Łukaszenki gotowa do zdjęć". W Kuźnicy doszło do ataku imigrantów na polskich żołnierzy i funkcjonariuszy! W stronę Polaków poleciały kamienie i inne przedmioty, a nawet granaty hukowe. Polska strona odpowiedziała używając polewaczki i granatów hukowych. Stanisław Żaryn poinformował, że pierwsza fala ataków została zatrzymana. Zapraszamy do śledzenia relacji z wydarzeń na granicy polsko-białoruskiej.
    https://twitter.com/i/status/1460673786907443213

    https://wpolityce.pl/polityka/574209-relacja-migranci-przypuscili-szturm-na-polska-granice


    Ps...Z informacji na ukraińskich portalach wynika ,że rannych zostało siedmiu ludzi po polskiej stronie. Czyżby skutek rozmowy cioci Angeli z wujkiem Łukaszenko? Imigranci mogli to odczytać, że taktycznie Europa jest skłonna pójść na ustępstwa, ich przyjąć, a wredna Polska nie chce ich wpuścić. A gdzie jest, k…(tu popularny polski przecinek), polski Episkopat? Polak, Gądecki, Nycz? Grecy potraktowali agresywnych nachodźców prysznicem z gnojowicy świńskiej. Działa jak woda święconą na diabła! Ile jest warte państwo, które nie potrafi obronić się przed bandą obdarciuchów? Nie może bandyta rzucać w Policjanta, żołnierza kamieniami lub używać procy ,…odpowiedź ,..drugi szereg policji ,…..kule, wykonać!

  • „Głaskać węża” czyli kilka słów o etyce niektórych katolików wobec migrantów

    https://media.wplm.pl/thumbs/e8c/OTYwL3VfMS9jY19hYjE1My9wLzIwMjEvMTEvMTYvMTYwMC8xMDY2LzMxYWI3MjJlYTA1NDQ5NWRhMTQ1Yzg5Njc2ZWRhODgwLmpwZWc=.jpeg
    Kilka lat temu w Chorwacji wydarzyła się pouczająca historia, która niewiele brakowało, aby zakończyła się tragicznie. Młoda para turystów z Holandii spacerowała po górach Biokovo, na północy moje ojczyzny, podziwiając piękno chorwackiej natury. W pewnym momencie dziewczyna zobaczyła węża. Była to żmija nosoroga, prawdopodobnie najbardziej jadowity wąż żyjący w Chorwacji. Holenderka, nie wiadomo z jakiego powodu, postanowiła pogłaskać węża, który jak nietrudno się domyśleć, czując zagrożenie, błyskawicznie ją ugryzł. Dziewczyna wciąż nieświadoma zagrożenia nagrała wszystko telefonem komórkowym. Dzięki opanowaniu chłopaka i szybkiemu przybyciu karetki szybko dostała antidotum i przeżyła ugryzienie. Historia zakończyła się szczęśliwie, ale ten dość dziwaczny epizod odbił się echem wśród chorwackiej opinii publicznej.

    Holenderka z generacji milenialsów, jej lekceważenie rzeczywistości i infantylny optymizm, który nie widzi zagrożenia nawet w zwierzęciu będącym symbolem okrutnej natury, stały się paradygmatem.

    W kilku analizach wydarzeń społecznych i politycznych pojawiło się wyrażenie „pogłaskać żmiję nosorogą”. Była to metafora sytuacji, w której ktoś zupełnie ignorując niebezpieczeństwo i powagę zjawiska, podchodzi do niego zbyt lekkomyślnie. Metafora pojawiła się niedawno w chorwackich mediach jako komentarz zbyt lekkomyślnego traktowania przez niektórych Chorwatów, problemu migrantów.

    Przypomniałem sobie tę metaforę w tych dniach, obserwując reakcje niektórych katolików (wielu znam osobiście) na sceny na wschodniej granicy Polski. Wydaje mi się, że wielu z nich robi dokładnie to, co Holenderka na Biokovo „głaska żmiję nosorogą”.

    Aby przewidzieć wszystkie oskarżenia… Nie, nie chodzi mi o utożsamianie migrantów z groźnym wężem i odczłowieczanie ich.

    Chodzi mi o coś innego.

    O wielu katolików którzy, myśląc, że zachowują się po chrześcijańsku, całkowicie ignorują niebezpieczeństwo, jakie niesie wojna hybrydowa z Polską.

    W rzeczywistości ich postawa jest infantylna, niedojrzała i nieodpowiedzialna. Mimo tego przedstawiają swoje zachowanie jako zgodne z moralnością katolicką.

    Po raz kolejny, nie chodzi o odmawianie komuś pomocy. Każdy człowiek, któremu grozi głód, zimno, choroba, powinien tę pomoc otrzymać. I wierzę, że właśnie to dzieje się w tej chwili na naszej wschodniej granicy. Jednak udzielanie chrześcijańskiej pomocy nie może oznaczać ignorowania całego kontekstu, w którym to wszystko się dzieje. Ignorowania niebezpieczeństwa wojny hybrydowej, jaką prowadzą przeciwko nam Putin i Łukaszenka. Ignorowania zagrożeń związanych z nielegalną imigracją, których największą ofiarą są właśnie sami imigranci. Ignorowania możliwości, że wśród nich znajdują się członkowie islamskich grup terrorystycznych, gotowych do ataku.

    Czy będziemy udawać, że nie widzimy tych zagrożeń i tak jak ta Holenderka zdecydujemy się na „zbratanie z naturą”, a etykę katolicką rozwijaną przez najlepszych synów i córki Kościoła pod natchnieniem Ducha Świętego przez 2000 lat sprowadzimy do infantylizmu i nieodpowiedzialności?

    Czy naprawdę zamierzamy „głaskać żmiję nosorogą”?

    Mam nadzieję, że nie.

    Goran Andrijanić Komentator i publicysta.

    Ps...To są w 100% bandyci, dorośli ludzie którzy tu przyjechali z zamiarem popełniania ZBRODNI. Należy STRZELAĆ, stosować gazy bojowe paraliżująco-drgawkowe, a nie narażać życie naszych chłopców.